Kaniony Majorki 30.03-05.04.2014

Tegoroczna zima, a raczej jej brak, spowodowała, że z czystym sumieniem można było zacząć sezon kanioningowy ponad miesiąc wcześniej niż zwykle. Na wyjazd tak wczesną porą roku nie ma jakiegoś specjalnie wielkiego wyboru w zakresie rejonów, które mogłyby być celem wyjazdu, zwłaszcza kiedy ma być to wyjazd w wariancie ekonomicznym. W tym kontekście taka Majorka, Kreta czy Madera, narzucają się same. Na Krecie byliśmy rok temu, Madera, skądinąd bardzo atrakcyjna, mimo wszystko wychodzi drożej, pozostała Majorka.

Decyzja zapadła stosunkowo szybko, w zasadzie po jednym telefonie Walerka do mnie. Moje ogłoszenie na grupie klubowej oraz Walerkowa aktywność „w rodzinie” spowodowały, że stosunkowo szybko udało się zebrać łączenie cztery osoby – dołączyli do nas Olga i Zbychu. Akurat „wkład” do jednego auta. Wiadomo, że lepiej gdyby było na dwa ale…

Szybko zamówiliśmy jeszcze w miarę tanie bilety na samolot i zaczęliśmy „dopinać” pozostałe elementy. W tzw. „międzyczasie” wieść się rozniosła i z przyjemnością powitaliśmy w naszym składzie Docentów, którzy z powodu tragicznego deficytu śniegu tej zimy zamienili planowany wyjazd skiturowy na kanioningowy. Razem było już nas 6 osób: ze Szczecina Olga i Bogusław „Walerek” Nizinkiewicz, ze Speleoklubu Dąbrowa Górnicza Monika i Grzegorz „Docent” Badurscy oraz reprezentanci naszego Klubu w osobach Zbyszka Grzeli i mojej.

Dla Walerka, Zbycha i dla mnie była to druga wizyta w kanionach Majorki. Niby nie ma ich tam zbyt wiele ale każdy z nas miał jakieś tam „zaległości” do nadrobienia. Oczywistym też było, że kanionem, którego nikt sobie nie odpuści będzie Gorg Blau & Sa Fosca.

W niedzielę 30 marca wylatujemy z lotniska Schonefeld w Berlinie i wieczorem lądujemy w Palmie na Majorce. Szybko odbieramy samochody z wypożyczalni i już po zmierzchu przemieszczamy się w stronę Inca, gdzie na południowych przedmieściach mamy wynajęty dom. Na miejscu kwatera okazuje się spełniającą nasze oczekiwania. Jest przestronnie ale bez nadmiernych luksusów, co powoduje, że ze swoim kanioningowym szpejem, który codziennie przyjdzie nam suszyć, nie czujemy się specjalnie skrępowani. Lokujemy się po dwie osoby w 3 pokojach i pozostaje nam jeszcze wspólny „salon” z kominkiem, który okaże się niezastąpiony w suszeniu rzeczy, kuchnia, łazienka i garaż. Całości dopełnia ogród z sadem zapewniający codzienną dostawę pomarańczy i cytryn oraz niewielki basen, na który, z powodów kaniningowych, jakoś nigdy nie było ani czasu, ani ochoty. Lokalizacja nie jest może najlepsza, bo codziennie przyjdzie nam „dojeżdżać” po jakieś 30 km, ale biorąc pod uwagę, same lokum, jego cenę oraz fakt, że dojazdy są w górskiej scenerii jakoś to specjalnie nam nie przeszkadza.

Następnego dnia idziemy do pierwszego „rozruchowego” kanionu. Drogą demokratycznego wyboru pada na Esmolar.

Samochody „porzucamy” na parkingu przy zamkniętej restauracji na Coll de Sabataia i po kilkunastominutowym „spacerze” jesteśmy nad krawędzią kanionu. Pierwszy zjazd przez krzaki przywodzi na myśl wenezuelską puszczę ale poniżej wszystko już jest jak należy za wyjątkiem… braku wody. Esmolar to kanion suchy a jedyne jeziorko, które można przepłynąć oraz kilka mniejszych gdzie się brodzi w stojącej wodzie nie rekompensują jej braku. Seria, raczej krótkich zjazdów, doprowadza nas do tego największego, wysokiego na 65 m, sprowadzającego na dno kanionu Pareis, do którego Esmolar wpada. Jest to najładniejsza, końcowa część kanionu.

Z dna Pareis, wg przewodnika w 1:30 godz., krętą ścieżką wracamy na parking. Gdzieś w połowie drogi, w wysokich trawach, ścieżkę gubimy. Co prawda odnajdujemy ją chwilę później ale ostatecznie powrót zajmuje nam nieco dłużej.

01

Suchy Torrent de s’ Esmolar. Na zdjęciu: bokiem Docent, tyłem Monika.

Suchy Esmolar jeszcze bardziej spotęgował chęć na jakiś wodny kanion. Następnego dnia ruszamy więc do Na Mora.

Kanion kończy się w morzu i planujemy powrót łodzią do Port Soller. Namiar „na kapitana” z 2010 r. jest nieaktualny. Trzeba więc pofatygować się do portu i sprawę załatwić osobiście. Jedziemy na dwa samochody na punkt widokowy Mirador de ses Barques. Tam na parkingu, przy restauracji, wyrzucamy cały sprzęt, zostaje Walerek i ja a reszta jedzie dwoma autami do Port Soller. Podobno łatwo nie było ale ostatecznie, po niecałych 2 godz., ekipa wraca jednym autem z wiadomością, że łódź będzie u wylotu kanionu o 18:00.

Szybko pokonujemy gaje oliwne i po ok. 45 min. jesteśmy u początku kanionu. Niestety wygląda na to, że wody dużo nie będzie. Co prawda czym dalej tym jest jej coraz więcej ale nadal jej ilość nie robi wrażenia. Zazdrośnie patrzymy na ściany kanionu, na których ewidentnie widać, że bywa więcej. Nie zmienia to faktu, że kanion jest autentycznie ładny a wszystko dzięki ciepłym kolorom skały. W końcu płynąc kolejnym jeziorkiem widać zmianę koloru wody a jej słony smak wskazuje, że zbliżamy się do końca kanionu. Za kolejnym zakrętem meandrującego biegu wyłania się widok na morze. Płynąc na plecach coraz szerszym wylotem podziwiamy otaczające skały. Wspinamy się z wody na wyraźną półkę po orograficznie prawej stronie kanionu, sprawdzamy czas i… wychodzi na to, że jesteśmy prawie 2,5 godz. przed czasem.

Czas oczekiwania na łódź każdy umila sobie po swojemu: robienie zdjęć, skoki do wody, kolejny przegląd wielokrotnie przeglądanej już beczki, sprawdzanie aktualnego czasu. Chwilę przed umówioną godziną widać wyłaniającą się zza cypla łódkę. Ta czy nie ta? Parę „zmyłek” już było. Okazuje się, że to ta. Maleństwo. Zabierze na raz tylko trzy osoby, więc musimy się podzielić. Zostaje Monika, Walerek i ja. Olga, Zbychu i Docent skaczą ze skały do wody, wchodzą do łódki i odpływają. My czekamy dalej, ponoć do 40 min. Mija jakieś 30 min. a zamiast łodzi pojawia się całkiem spore stado delfinów. Widok fantastyczny i z żalem witamy powrót łódki. Ostatni skok i płyniemy. Delfiny towarzyszą nam jakiś czas, potem zostaje już tylko podziwianie skalistych brzegów morza. W porcie okazuje się, że auto mamy zostawione nieco dalej i musimy przeparadować przez port w piankach. Cóż, nie pierwszy raz występujemy w roli członków zrzutu japońskich komandosów…

W oczekiwaniu na transport z Torrent de Na Mora. Na zdjęciu od lewej: stoi Docent, siedzi Walerek, leży w białym kasku Olga, stoi Monika, leżę ja. Fot. Zbyszek Grzela

W oczekiwaniu na transport z Torrent de Na Mora. Na zdjęciu od lewej: stoi Docent, siedzi Walerek, leży w białym kasku Olga, stoi Monika, leżę ja.

Po powrocie z Na Mora, w czasie wieczornej, „tradycyjnej”, wspólnej kolacji, nikt nie miał dylematów do jakiego kanionu pójdziemy w dniu następnym… Będzie to Gorg Blau, Sa Fosca i Pareis w wariancie „do morza”:

Liczymy na to, że zasilany z jeziora zaporowego Gorg Blau będzie miał może stały przepływ i wody nie zabraknie. Jako, że przewodnikowo ten wariant jest liczony na 7 godz. postanawiamy o godzinę wcześniej zrobić pobudkę, co szczególnie chyba cieszy Zbycha cierpiącego na legendarną już bezsenność.

Wyruszamy zgodnie z planem. Przy akwedukcie pod Gorg Blau, na parkingu, przy przydrożnym, ni to sklepiku, ni to knajpie, wyładowujemy sprzęt i zostajemy we trójkę: Olga, Zbychu i ja. Pozostali na dwa auta jadą do Sa Calobra i po ok. 40 min. cała trójka jest z powrotem. Do początku kanionu jest stosunkowo niedaleko i pomimo mojej nieukrywanej niechęci i sprzeciwu w pianki ładujemy się już na parkingu. Po raz kolejny, jak grupa japońskich komandosów, ruszamy najpierw drogą, potem przez las…

W kanionie woda jest. Pierwsze skoki cieszą nas niesamowicie. Gorg Blau jest całkiem przyjemny: trochę skakania, dużo pływania. Szkoda, że jest nieco pochmurno i słońca brakuje. Zresztą po 3 godz. i tak staje się zbędne, bo wchodzimy do całkowicie zamkniętej Sa Fosca. Gdyby nie nasz jaskiniowy rodowód zapewne uważalibyśmy tą część za nadzwyczajnie interesującą, a tak, jest jakoś tak zwyczajnie, jaskiniowo. Nie zmienia to postaci rzeczy, że jest się czym zachwycić. Największe wrażenie robią na nas skoki z wejściem pod wodę z zapalonymi czołówkami, nurkowanie syfoników w czołówkach, itp. zabawy. Miłośnicy fotografii i wideo mają co robić a niektóre sceny są powtarzane wielokrotnie. Część wymagająca użycia czołówek nad wyraz szybko się kończy i wchodzimy do kanionu Pareis. Robimy mały popas. Tu okazuje się, że Zbysiowa beczka „nie trzyma” i „troszkę” parę rzeczy się zmoczyło w tym plastikowe dokumenty i papierowe pieniądze. Nieco powyżej wypada „okryty złą sławą suchego kanionu” Esmolar. Tym razem jednak nie kierujemy się ścieżką na górę tylko wzdłuż kanionu w dół. W okresie od maja do października jest to niby szlak turystyczny. U nas zostałby okrzyknięty „Żabią Percią” i wyposażony w łańcuchy i klamry. Tu jednak trzeba zadbać sobie o te sprawy samemu. Co prawda nigdzie nie było konieczności korzystania z liny ale przy większej wodzie, kto wie jak by to było. Dwie godziny intensywnego marszu w piance zaczęły już dawać się nam we znaki i z miłą chęcią powitaliśmy widok morza i charakterystycznej dla tego miejsca plaży.

W szóstkę pakujemy się do pozostawionego w Sa Calobra auta i po uiszczeniu zaskakującego nieco rachunku za parking, który w czasie pozostawiania auta był nieczynny, jedziemy w górę po drugie auto susząc na podszybiu Zbysiowy „majątek”.

Sa Fosca. Na zdjęciu od lewej: Monika, ja, Docent.

Sa Fosca. Na zdjęciu od lewej: Monika, ja, Docent.

W czwartek pada. Postanawiamy ten dzień przeznaczyć na „prawdziwą turystykę”. Najpierw jedziemy w rejon początku kanionu Pareis czyli do klasztoru w Lluc. Zwiedzamy część zabudowaną a na ogrody jakoś nie mieliśmy w czasie deszczu ochoty. Potem przemieszczamy się do niewielkiej Pollenca i później na plażę w Port Pollenca. Akurat nie pada. Nie mogło nas też zabraknąć na półwyspie Formentor. Potencjalne, ponad 100 m wysokości skoki z tarasów wokół latarni morskiej, na większości z nas zrobiły wrażenie ale jakoś nikt się nie zdecydował… W drodze powrotnej przez półwysep zaliczyliśmy wszystkie punkty widokowe, chociaż jak twierdzą pasażerowie jednego z aut, niektórzy oszukiwali… Wracamy do Port de Pollenca i jedziemy dalej do zamkniętej w średniowiecznych murach Alcudii. Przerwa w zwiedzaniu w maleńkiej konfiterii pozwala nam uniknąć totalnego przemoczenia. Kontynuujemy zwiedzanie po ustaniu opadu i po jego zakończeniu jedziemy do Inca, gdzie robimy zakupy na wieczorną kolację. Na „bazę” docieramy wymęczeni całodzienną „prawdziwą turystyką” i to w niemalże „ekstremalnych warunkach meteo”. Prognozy pogody na dzień następny nie napawają optymizmem…

Półwysek Formentor.

Półwysek Formentor.

Śniadanie w piątkowy poranek spożywamy wgapieni w TV a konkretnie w prognozy pogody. Niektórzy odnoszą wrażenie, że pozostali zostali zahipnotyzowani przez odbiornik na nieco dłużej niż sama prognoza. Ostatecznie wniosek jest taki, że do południa pada, a po południu ma być lampa. Można by rzec, że super: będzie ładnie a wcześniej przyleje wypełniając kaniony upragnioną wodą. To nic, że pada już drugi dzień… Plan jest prosty: do południa „prawdziwa turystyka” w Palma de Mallorca a po południu krótki kanion Biniaraix.

W Palmie, pomimo tego, że zakładaliśmy „szybkie oblecenie tego, co najciekawsze” schodzi nam nieco dłużej. Przestaje padać i z każdą chwilą mamy coraz więcej słońca. Robi się też na tyle późno, że „albo teraz, albo wcale”. Oczywiście wybieramy „teraz”. Po opuszczeniu Palmy, mając przed oczami nadal jednak zachmurzone Serra Tramuntana pojawiają się wątpliwości ale… jedziemy. Szybko dojeżdżamy do Biniaraix. Jest już w miarę pogodnie ale dosyć późno. Szybki przepak i idziemy. Monika sobie „odpuszcza”, bo jej canyoneer’y wytrzymają może jeszcze jeden kanion i woli je zachować na dzień następny. Doszliśmy do potoku, który prowadzi wody z kanionu i miny nam nieco zrzedły – wody jest sporo. Olga jasno daje do zrozumienia co myśli o wejściu do kanionu przy takiej wodzie i… trudno się z nią nie zgodzić. Dolina szczególnie urokliwa, pogoda ładna, postanawiamy, że w takim razie przynajmniej się przejdziemy. Mijając po drodze w górę doliny dopływ, płynąca ilość wody od strony kanionu jakoś nas już nie przeraża. Tak dochodzimy pod ostatnią jego kaskadę i znowu okazuje się, że jest jej sporo. Idziemy w górę. Ścieżka biegnie przy kanionie i co jakiś czas mamy okazję „rzucić okiem”. Czym jesteśmy wyżej tym częściej poda stwierdzenie, że „nie jest źle”… Tak po niecałych 2 godz. docieramy do początku kanionu. Jest późno, niby „nie jest źle” i szybka decyzja: Walerek, Docent, Zbychu, ja – idziemy, najwyżej się wycofamy. Nasza początkowa euforia z każdym prożkiem i kaskadą jest coraz mniejsza i odwrotnie proporcjonalne do ilości wody, która płynie kanionem. Wszystko idzie nam dużo dłużej i po 3/4 przewodnikowego czasu przeznaczonego na kanion my jesteśmy dopiero w 1/3 jego długości. Jest okazja do wycofu, za pasem zmierzch, przed nami 2/3 kanionu z ponadprzeciętna ilością wody. Zapada jedyna słuszna w tych warunkach decyzja – wycof. Po dojściu do ścieżki spotykamy dziewczyny, które nie ukrywają zadowolenia z naszej decyzji. Razem wracamy w promieniach zachodzącego słońca do Biniaraix.

05

W Torrent de Biniaraix. Na zdjęciu Walerek.

Sobota to ostatni dzień naszego pobytu. Już dawno stwierdziliśmy, że na koniec pójdziemy do Mortitix.

Po tym, co widzieliśmy dzień wcześniej, mamy nadzieję, że wody nie zabraknie. Nie ociągamy się, bo wieczorem musimy jeszcze rzeczy wysuszyć przed porannym, niedzielnym lotem. Już przy parkowaniu auta wygląda na to, że przy sobocie będzie duży ruch w kanionie. Szybko docieramy do charakterystycznego jeziorka i można by rzec, że tradycyjnie już przebieramy się za wcześnie. Czeka nas więc jeszcze krótki spacer w piankach i jesteśmy. Woda jest ale nie jest to ilość zatrważająca. Jest w zasadzie normalnie. Mortitix jest kanionem wyjątkowo „zabawowym” i staramy się to wykorzystać jak się da a ładna pogoda tylko temu sprzyja. „Nagrodą” ma być 15 m skok. Po dojściu do tego miejsca spotykamy dwóch Hiszpanów wracających „pod prąd”. Skok jest ale 15 m to on nie ma. Jedynie Docent, skaczący jako ostatni, już po zwinięciu sprzętu przez Hiszpanów, skacze z najwyższego miejsca z jakiego się dało ale 15 i tak chyba nie ma. Wszystko, co dobre się jednak kończy i dochodzimy do morza. Parę konkretnych fal przybojowych skutecznie zniechęca do kąpieli w morzu. Z kanionu można się ewakuować na kilka sposobów: można wyjść tzw. Via Ferratą (chociaż trzeba przyznać, że użycie tego terminu to delikatne nadużycie), można wrócić „pod prąd” (pod warunkiem, że liny się zostawi), można też wybrać wariant mieszany. Na wszystkich krótkich odcinkach kanionu były pozostawione liny na stałe. Wyjątek stanowiły dwa ostatnie dłuższe odcinki. Postanawiamy więc, że wrócimy wariantem mieszanym. W pianeczkach pokonujemy cześć Via Ferraty. Jej stan już w roku 2010 budził moje zastrzeżenia. Teraz jest tylko gorzej. Na szczęście spełnia ona jedynie funkcję „asekuracji psychicznej”, bo teren nie jest trudny a jedynie eksponowany. Zgodnie stwierdziliśmy, że Via Ferrata w przypadku gdyby musiała spełnić rolę faktycznej asekuracji to mogłoby się to na niektórych odcinkach skończyć tragicznie. Może lepiej gdyby jej w ogóle nie było? Dochodzimy do trawersu i w kanionie słychać obecność sporej grupy. Troszkę schodzimy, krótki zjazd i znowu jesteśmy w kanionie, już ponad tymi dwoma ostatnimi odcinkami linowymi. Udaje się nam skompletować sprzęt do wychodzenia tak by każdy coś miał. Dobrze, że ekipa jest o jaskiniowym rodowodzie to i problemów nie będzie, bo patenty mamy przeróżne. Powrót „pod prąd” dostarcza nam wielu wrażeń i należy przyznać, że krótki Mortitix w tym wariancie znacznie zyskuje na atrakcyjności.

Po wyjściu, piękna pogoda zachęca nas do „leżakowania” pod pretekstem suszenia pianek. Zawsze pełen energii Zbysiu jednak nie wytrzymuje i po oznajmieniu „będę czekał przy samochodzie” wyrusza sam.

My po dłuższej chwili idziemy w jego ślady. Zbycha spotykamy nieco wcześniej niż na parkingu. Czekas przy otwartej jeszcze winiarni. Trzeba przyznać, że trunki są z wysokiej dosyć półki i degustacja dostarczyła miłośnikom win wielu wrażeń. Tym razem w bagażnikach upychamy nie tylko szpej ale i butelki z winem.

Na kwaterze, po kolacji, w kominku rozpalamy wyjątkowo a cały „salon” zostaje „udekorowany” rzeczami, które do rana muszą wyschnąć.

06

Końcówka Torrent Fondo de Mortitix. Na zdjęciu Docent.

Wstajemy przed świtem. Zbieramy nie do końca dosuszone rzeczy i jedziemy na lotnisko. Zdanie samochodu, ważenie i przepaki, odprawa i lecimy. W Berlinie słonecznie niczym na Majorce. Żegnamy się z Olgą i Walerkiem, którzy busem wracają do Szczecina a sami udajemy się na parking, gdzie wiernie czeka na nas Scenic Docentów. Po dwóch godzinach, po przekroczeniu granicy w Olszynie, Polska wita nas nieremontowanym od lat trzydziestych ubiegłego wieku południowym pasem autostrady. Przed nami „najdłuższe schody Europy”…

Tekst: Marek Stahoo Jędrzejczak
Zdjęcia: Zbigniew Grzela

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *