Moravský Kras, 08-12.11.2006

Dzień I. Wyjazd: Wrocław - Rudice, 08.11.2006

Sprawa wydawała się prosta: zebrać ekipę chętną na wyjazdu, nawiązać kontakt z Czechami, dogadać szczegóły, zebrać się, zapakować niezbędny sprzęt, wyjechać i korzystać z wyjazdu ile się da. No tak łatwo powiedzieć, teoria nie zawsze ma pokrycie w praktyce...

Ekipa zbierała się strasznie powoli, kilka emaili, telefonów, namawiania, aż wreszcie wyklarowały się chętne i prawie osoby pewne:

  1. Janusz, Seba a. Kaleka, Joła i ja zdecydowaliśmy się na opcję długiego weekendu
  2. Koń, Marta, Aga i Kamil opcja późna weekendowa (przyjazd w piątek późno w nocy)
  3. Zbychu Grzela instruktor PZA, Alina Robert i Jola opcja wczesna weekendowa (przyjazd w piątek koło południa)

Janusz Szczepański Nawiązanie kontaktu z Czechami też nie było łatwą sprawą. Posiadaliśmy jakiś numer telefonu do Olda Stos a. Spider. Próbowałem kilkakrotnie się z nim skontaktować i wreszcie udało się nawiązać kontakt telefoniczny. Po wielu telefonach udało ustalić się prawidłowy adres email (może jestem za tępy, lub po prostu mój czeski nie jest tak dobry...) i już rozmawialiśmy o wyjeździe poprzez pocztę elektroniczna. Ja po polsku on po czesku dogadaliśmy szczegóły naszego pobytu na Morawach: termin, ilość osób, miejsce do spania, no i trochę o naszej działalności tam.

Umówiliśmy się z Koniem w klubie po odbiór sprzętu z magazynu o godz. 17:05. Janusz podjechał swoim nowiutkim samochodzikiem, zapakował sprzęt i raptem po kilkudziesięciu (ach te korki we Wrocławiu) minutach już był u mnie na Kuźnikach. Wstąpiliśmy jeszcze po Jołę i jedziemy w stronę Lisowic po kalekę.

Jedzonko pod kościołem Już teraz w komplecie (jest godzina 19:00) mkniemy przez polskie, nierówne o kiepskiej nawierzchni drogi w stronę Międzylesia. Po drodze zakupy żywieniowo-pitne, aby nam kierowca Janusz nie padł. Niby jesteśmy w Unii a tu musimy się zatrzymywać, pokazywać dokumenty na granicy. Żenada...Jesteśmy już w Czechach i już po trochę lepszej jakości asfalcie, lecz bardziej krętym zdobywamy kolejne kilometry.

Z czechami byliśmy umówieni na 10:00 w Rudicach w barze pod miłą nazwą Tumperek. Niestety wrocławskie korki opóźniły nasze pojawienie się w Czechach. Dojechaliśmy gładko do Blańska i dalej już trochę błądząc dojeżdżamy do Rudic.

Niestety marzenia o pysznym smażonym serze z hranolkami zostały rozwiane z chwilą naciśnięcia klamki restauracji - zamknięte na wszystkie spusty.

Olda wysłał smsa, że mamy wziąć klucze z restauracji (ha, ha ciekawe jak), a jak nie zdążymy to mamy przekimać jakoś, gdzieś (bliżej nieokreślony byt) do rana i wtedy je wziąć.

Pozostało wybranie odpowiedniego miejsca na nocleg pod chmurką. Przestrzeń pomiędzy kościołem, a boiskiem piłkarskim wydawała się najwłaściwsza. Ubraliśmy się dosyć solidnie, zapakowaliśmy nasze ciałka do spiworków i wreszcie rest. Jedyne czym można w tej chwili się przejmować to faktem, że na kolację mamy paczkę ciastek i po pół jabłka. No nie jest to wymarzona strawa dla strudzonego wędrowca...

Trudno trzeba iść spać aby przetrzymać do rana...

Dzień II. Jaskinie turystyczne..., 09.11.2006

Sytuacja z Livorno wydarzyła się po raz kolejny: spanie pod chmurką, a za budzik robił deszcz. Jedyna pociecha że nie o 6:00 a koło 9:00. Noc minęła spokojnie, nie było może za ciepło i trzeba było schować głowę głęboko w śpiwór, aby nie obmarzła. Niestety gdzieś pomiędzy coraz bardziej kolorowymi snami (ach ta podświadomość) trzeba było wstać, wygrzebać się z ciepłego śpiworka, założyć buty odejść kawałek, znaleźć "maleństwo" i opróżnić pęcherz - uff jaka ulga.

Wstaliśmy rano z nadzieją na gorący pyszny, ciągnący się smażony ser w barze Tumperek. Niestety okazało się (po trzecim przeczytaniu kartki na drzwiach), że otwierają dopiero koło 14:00. Jedyna pociecha to, że udało nam się dogadać z panią w kuchni, o klucze pozostawione dla nas. "Mieliście być wczoraj" powiedziała, pani z uśmiechem na ustach. Pokiwaliśmy głową dziękując i udaliśmy się oglądnąć miejsce naszego noclegu na najbliższe kilka dni.

Koło boiska piłkarskiego, mają taki budynek, z szatniami, łazienkami itd., a na piętrze jest kilkanaście łóżek i jadalnia, wszystko w klimacie ala późny Gierek. Warunki jak dla nas idealne, a do tego wszystko za 80 koron.

Postanowiliśmy nie marnować czasu, bo Spider miał nas odwiedzić dopiero wieczorem, więc obraliśmy kierunek Jedovnice, aby namierzyć jakiś otwarty bar z jedzeniem. Co za kraj: jak już udało nam się znaleźć otwarty bar to jedzenia i tak nie serwowali, bo nie minęła jakaś tam godzina.

jaskinia No nic na głodnego jedziemy na parking koło Propast Macocha. Tam udaje nam się znaleźć jakąś otwartą budkę i po wciągnięciu Langosa (takie ciasto pieczone na oleju i posypane żółtym serem), popatrzeniu na 188 metrową dziurę w ziemi docieramy do górnej stacji kolejki linowej prowadzącej do Jeskyně Punkevní. Pewnie, że mogliśmy skorzystać z oznakowanego szlaku, lecz jak poznawać kulturę to w każdy możliwy sposób.

Kupiliśmy bilety na wejście (50 koron, bo jeszcze student, a co, młodo wyglądam) i dodatkowo bilecik na możliwość pstrykania w środku i po kilkunastu minutach zaczynamy tour po jaskini.

jaskinia Jaskinia obszerna i przyjemna o bardzo dużym nagromadzeniu pięknych nacieków w rozsądny sposób podświetlona (nie to co na Krymie). Jedyny minus to pani przewodnik, która najwyraźniej utrudniała mi skorzystanie z biletu na fotografowanie gasząc bardzo szybko światła. Jej rola w sumie sprowadzała się do obsługi pilota, bo nic nie musiała mówić, gdyż wszystkie wiadomości były "puszczane z taśmy"

jaskinia Po około 30 minutach skończył się wybetonowany chodnik i siedliśmy w łodziach, aby resztę jaskini pokonać płynąc w zalanych korytarzach. Całość ładnie podświetlona, dodatkowo głębokie miejsca posiadały światełko zanurzone hen hen głęboko, aby pokazać ile nam brakuje do dna, oj dużo...

Jaskinię opuściliśmy około 13:00, więc postanowiliśmy, że zdążymy zwiedzić jeszcze jedną pobliską pieczarę, a mianowicie Jeskym Kateřinská. Tym razem spacerkiem wśród pięknie barwionych jesienią drzew docieramy do kasy biletowej. Kupujemy jak zwykle 2 normalne i 2 studenckie. Już po zakupie tak coś mnie tknęło, aby spróbować wykorzystać naszą klubową (Speleoklub Wrocław) legitymację (notabene nie podbitą na 2006 rok). Okazało się że bardzo miła pani uznała moją legitkę oraz Janusza kartę taternika i my mieliśmy wjazd za free.

Po wejściu do jaskini czułem się jak na prywatnym tripie, bo oprócz nas czterech była jeszcze pani przewodnik i nikt więcej. Fajnie... Pieczara jest dużo mniejsza, ale także bardzo naciekowa. Jej najbardziej charakterystyczne formy naciekowe są w kształcie tyczek bambusowych. Wygląda to bardzo przyjemnie i miło. Tym razem nie musiałem, aż tak bardzo się spieszyć ze zdjęciami.

jaskinia jaskinia Wracając z jaskini postanowiliśmy spróbować jazdę kolejnym środkiem lokomocji, czyli taką ciuchcią ala na Krupówkach, czy taką, która jeździ po Wrocławiu. Po 10 minutach przesiedliśmy się w kolejkę linową. Wybraliśmy się jeszcze na mały spacer do niższego mostku nad Macochą i dalej już samochodem Janusza w kierunku Rudic, a dokładniej do baru Tumperek, aby wreszcie skosztować pysznego smażonego sera. Jesteśmy już tyle godzin w Czechach, a nic serowego nie pojawiło się w naszych ustach - koszmar, skandal, prowokacja, czy co?

No tak w drodze daliśmy się ponieść wyobraźni, że ser nie zając nie ucieknie i , że zdołamy jeszcze zobaczyć okolice Rudické Propadání, lecz zatrzymał nas znak zakaz ruchu. Widoki po drodze aż prosiły się, aby je uwiecznić, zarejestrować co najmniej na moim twardym dysku, o nazwie mózg, bo niestety chłopaki nie pozwalały, lub nie dawały dostatecznej ilości czasu na porządne uwiecznienie tego na matrycy dosyć dotartego już 4megapikselowca...

Odwiedziny w miejscowym sklepiku, aby wyposażyć się w jadełko na śniadanko, kolacyjkę i inne przekąski w międzyczasie.

Wszyscy zadowoleni, uśmiechnięci dorwali się do "menu" i wybór był prosty: "jaskiniowy ser", czyli mieszanka 3 serów: Edam, jakiś pleśniowy oraz coś ala camembert. Dalej już pisać chyba nie muszę co się działo..

4 piwa później zbliżyła się godzina 20:00, czyli czas spotkania ze Spiderem. Pojawił się trochę spóźniony (oczywiście mu wybaczamy, w końcu jest naszym "gospodarzem") i zaczęło się kreowanie planów na najbliższy weekend. Po chwili już było wszystko wiadomo:

  1. piątek mamy do wyboru jaskinię Rudické Propadání, ale trzy możliwe przejścia (wejścia), wersja canioingowa odpadła (po Korsyce jakoś nam w nie smak, tym bardziej bez pianek), druga to wersja drabinowa i tą właśnie wybraliśmy i trzecia to linowa (po linach to w Tatrach możemy sobie pochodzić), a zamierzenie wyjazdu to zapełnienie karty wieloma megabajtami rewelacyjnych nacieków. Z opowieści wynikało, że będzie wody po pas i to cały czas, do tego dał namiary na Romana (dzięki Roman) i on miał dać nam klucze, pokazać otwór i takie niezbędne duperele, aby wejście i powrót z dziury doszły do skutku.
  2. sobota, pomysł był aby iść do Amatérská Jeskyně, aby zwiedzić partie dostępne poprzez nowy otwór odkryty kilka lat temu, prowadzić nas miał Zdeněk Motyčka,
  3. niedziela, maiła być też jakaś fajna, za przewodnika miał być Spider i mieliśmy iść "gdzieś", przy czym gdzieś na chwilę obecną miało być bliżej nieokreślonym bytem

Generalnie weekend zapowiada się ciekawie i dosyć pracowicie, co nas bardzo cieszy. Jako, że Spiderowi się trochę spieszyło, no i nam już dupy przyrosły do siedzenia to pożegnaliśmy się i poszliśmy do naszego "legowiska".

Dzień III. Rudické Propadání, 10.11.2006

Jak ja nie lubię wstawać, z resztą kto lubi? Postanowiłem, że ustawię budzik na 7:45, aby zwlec swoje ciało z bardzo miękkiego łóżka, które środkiem zapada się, ponieważ plan był taki, że przed przyjazdem "ekipy Zbycha" zdążyć zwiedzić jaskinię turystyczną Balcarka.

Wiadomo, że rano wszystkie czynności wykonuje się powoli. Najgorsze jest wykonanie pierwszej czynności, czyli otwarcie ciężkich jak cholera powiek, aby być w stanie znaleźć w przestrzeni urządzenie, które wyzwala z siebie "La Bambe". Co za kretyn ustawił taką melodyjkę - ups to chyba ja. OK dalej trzeba rozpiąć cieplutki, milutki śpiworek, który jeszcze chwilę temu był oazą spokoju. No nic, gdzie moje gacie, skarpetki, spodnie i takie niezbędne ciuszki, ręcznik, pasta, szczoteczka i zataczając się powłóczę nogami do jadalni, mijam drzwi, schodzę po schodach i szukam w gąszczu drzwi te właściwe. Sikanko, szybkie mycie i powrót do jadalni, aby zdążyć wrzucić w siebie jakieś pożywienie i picie. Reszta już też zdołała wygramolić się z łóżek i szykują jakieś jedzonko.

jaskinia Dojechaliśmy na miejsce kilka minut przed 9:00. Kupujemy bilety, legitymacja scw znowu działa, lecz tutaj dorzucają już nie gratis bilet za parking. No cóż jak nie tak to tak...

Generalnie znowu mamy prywatny Trip, sami podążamy za panią przewodnik. Czy to nie dziwne, że we wszystkich trzech jaskiniach jakie zwiedzaliśmy za przewodników mieliśmy same panie? Szkoda, że lata świetności tych pań już dawno przeminęły, bo mogłoby być znacznie przyjemniej. A nie ważne - takie dyrdymały.

jaskinia Jaskinia bardzo przyjemna, kilka dużych sal i korytarzy. Zwiedzanie jej to tylko 45 minut i pani przewodnik nigdzie się aż tak nie spieszyło, więc coś tam można było pstryknąć. Piszę pstryknąć, bo żeby zrobić coś ciekawego to nie było czasu. Trudno. Chcieliśmy jeszcze zwiedzić za jednym zamachem jaskinię Sloupsko-šošůvské , lecz okazało się, że jest zamknięta bo wysiadł prąd czy coś w ten deseń. A w niej znajduje się najdłuższy udostępniony obszar do zwiedzania.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu więc postanowiliśmy zobaczyć muzeum znajdujące się w rudickim młynie wiatrowym. Wchodzimy przez małe drzwi schylając swoje mądre główki, aby ich przypadkiem nie uszkodzić, pokonujemy korytarzyk i pukamy do kolejnych małych drzwi. W środku siedzi jakiś wiekowy pan, przegląda gazetę i zaprasza nas serdecznie do środka.

Generalnie coś tam opowiada po czesku (choć i była propozycja w angielskim, niemieckim, francuskim, nieźle co? Pewnie jakaś zdarta kaseta), historię młyna i bardzo szybko przechodzi do bilecików. Próbuje nam sprzedać studenckie 8Kr i normalne 16Kr. Na to ja wyskakuję, że jesteśmy ze speleoklubu, mamy legitkę, taki standard. Pan na to sprzedaje nam wszystkie 4 po 16Kr. No trudno czasami lepiej się nie odzywać, a z drugiej strony niech ma, przecież to grosze...

Muzeum pierwsze piętro to jakaś wystawa potłuczonych garnków, kamieni i jakiś tam bzdet, lecz górne piętro to wystawa speleologiczna, opisująca eksplorację Morawskiego Krasu, oraz działań czeskich speleologów na świecie. Makiety jaskiń, ładne zdjęcia, plakaty, manekiny w pełnym jaskiniowym i nurkowym rynsztunku. Bardzo fajne, dla górnego piętra warto było tu przychodzić.

jaskinia Pojechaliśmy do urzędu miasta, aby spotkać się z Romanem. To taki gość, z którym pojechaliśmy z powrotem do muzeum, bo za nim mają swoją bazę. Dał nam klucze oraz folder o jaskini Rudické Propadání, oraz pokazał mniej więcej gdzie znajduje się otwór oraz wyjaśnił skomplikowany system otwierania drzwi wejściowych. Podjechaliśmy na bazę na drugie śniadanie i w międzyczasie pojawił się Zbych, Alina, Jola oraz Robert. Zebraliśmy się do kupy, przepakowaliśmy sprzęt, nabiliśmy karbidówki, spakowaliśmy statywy i aparaty i wyruszyliśmy we wnętrzach w stronę dziury.

jaskinia No tak Roman niby nam pokazał, w którym miejscu mamy wejść w las, wtedy wydawało się to proste, że nie można nie trafić. No tak teraz jak przyszło co do czego to mamy zgryz. Nie wiadomo dlaczego, ale chyba facet przewidział nasze małe problemy z trafieniem w odpowiednie miejsce, więc dał znać jakiemuś innemu Morawiakowi, aby miał na oku bandę dziurołazów z polski i w razie co pomógł osiągnąć zamierzony cel. Pojawił się na szczycie górki wskazując miejsce. Teraz to już łatwo bo po ścieżynie leśnej idziemy wzdłuż skał, dochodzimy do ścieku (rzeczki?). Czyli wszystko wiadomo, doszliśmy za daleko i teraz musimy się troszeczkę cofnąć. Hurra – pełnia sukcesu, znaleźliśmy wejście.

Aby nie było tak, że przebraliśmy się na darmo, najpierw poszedłem do drzwi aby spróbować otworzyć te wrota, bo patent jest strasznie skomplikowany. Po dłuższych próbach, mając w pamięci rysuneczek naszkicowany przez Romana pokazujący poszczególne kroki, jakie należy wykonać aby uległy drzwi, 2/3 zabezpieczeń udało sforsować się, dalszą częścią zajął się nasz Zbyszek Grzela, instruktor PZA. Uff, udało się. Nie pozostało nic innego jak wślizgnąć się niczym wąż w kombinezony odpalić karbidówy. Ha, ha, jaskinia wodna, lecz najpierw do wody trzeba dojść. Nikt nie pomyślał o tej jakże banalnej sprawie, w końcu to urlop kompletne rozprężenie. Osoby posiadające nadmierne ilości śliny napluły do ariany, a reszta na elektrykach.

jaskinia Zaczynamy systemem drabin. Pierwsza wygląda na prawie funkiel nówkę, Zbysio napiera pierwszy, w miejscach, gdzie leży lina zaczepia ją o drabinę, kilkukrotnie upewniając się, czy aby na pewno jest dobrze zamocowana, aby nie było powtórki z Picosowa... Czym niżej tym drabiny są gorszej jakości, lecz nadal akceptowalnej. Po pokonaniu najdłuższej z nich, czyli około 17 metrowej dotarliśmy na spąg w miejscu o nazwie "Hugonuv dom", czyli gdzie znajdowała się już woda. Tak naprawdę trudno ten płyn nazwać to wodą, bo przezroczysta to ona nie jest, śmierdzi jak nie wiem co, mnóstwo jakiegoś badziewia – no tak szambonurek czułby się jak w domu. Generalnie to czym teraz brodzimy to jakiś nie ciek a ściek, normalne pomyje, proszek, szampon, kibel (oby nie).

Początek jak zwykle, każdy chce jak najmniej zamoczyć kaloszki w wodzie. Po co się niepotrzebnie wystawiać na kontakt z tą cieczą. Ściany rzeczywiście są pokryte ładnymi naciekami, nie to co w jaskiniach turystycznych odwiedzonych wcześniej, lecz też tego jest całkiem sporo. Poruszmy się do przodu, aż ciecz staje się głębsza i głębsza, aż w "Sifon prostrileny" nie można już zacieraczką przejść, bo jest tak szeroko, więc wstrzymuję oddech i Zbychu władował się do wody już bez pieprzenia, więc i ja i wlało się do jednego kalosza, później do drugiego. Myślałem że będzie gorzej. Po chwili już wszyscy brodzimy w cieczy, a poziom utrzymuje się trochę powyżej kolanka, no oczywiście to zależy gdzie kto ma te kolanka.

Korytarze bardzo obszerne, powstały chyba na jakimś pęknięciu czy co, nie znam się. Od czasu do czasu zatrzymujemy się, aby móc coś tam zarejestrować, czyli cały proces: rozwiązanie szpeja, wyciągnięcie statywów, ustawienie aparatów, dyrygowanie, kierowanie ludem, pstryk, wstrzymanie oddechu i zamarcie w bezruchu na kilka, kilkanaście sekund i już po krzyku. Niestety fajna zabawa to była na początku, później chłopakom znudziło się.

Gdzieś po drodze w okolicach "Kasnej" jest kilkudziesięciu letnia drabinka oblana naciekami, która uwieczniona jest we wszystkich prospektach i kartkach pocztowych dotyczących Morawskiego Krasu. Kilka fotek i napieramy dalej.

jaskinia W większości korytarza poziom wody był tak trochę powyżej kolan, czasami niewiele poniżej jajek (przynajmniej moich), ale były miejsca głębsze. Na tych odcinkach powieszone były stalowe liny, po których można było swobodnie przejść. Niczym jak w cyrku bo slackline to to nie jest na pewno. Doszliśmy do syfonu, więc trzeba się wrócić aby znaleźć ciasne obejście „chodba vzdechu". Dalej już bez dużego entuzjazmu przechodzimy przez „Rudicky dom" i wyglądamy „Niżne, aby z czystym sumieniem móc zawrócić. Nikomu już nie chciało się włóczyć po tym ścieku: proszek ariel, czy omo, coraz dawał znać swoją wonią.

jaskinia Wracając ustawiliśmy się jeszcze na mała sesyjkę. Po kilku zdjęciach zaczęły się wygłupy, napisy, ćwiczenie liter, jak w przedszkolu. Generalnie trzeba wychodzić na powierzchnię, do Tumperka na jedzenie. Powrót był bardzo szybki. Szkoda że w przeciwną stronę zmarnowaliśmy tyle czasu na pieprzenie się, aby nie zamoczyć kaloszków. W jednym miejscu zagadany z naszym Zbyszkiem Grzelą instruktorem PZA, wchodzę w miejsce które było głębsze… i prawie zamaczam jajka. Oj nie wiele brakowało, a musiałbym pościć ho ho..

Po wyjściu z dziury zdjęliśmy tylko kaski i uprzęże i w całym jaskiniowym rynsztunku, bez ceregieli idziemy na bazę. Szybkie płukanie wszystkich rzeczy, prysznic, aby nic nie zaszkodziło, nie wżarło się, nie obumarło. Tak się zastanawiałem nad składem chemicznym tej cieczy z jaskini. Nie jestem biegły z chemii, lecz daje głowę że wzory związków znajdujące się tam w wodzie zajęłyby wiele, wiele stron, a do tego pewnie można je znaleźć gdzieś na WWW z listą substancji szkodliwych.

jaskinia Usadowiłem dupę w knajpie i oczekuję na porcję smażonego sera. Dookoła mnóstwo czechów, no w końcu to ich kraj jakby nie było. Krótka charakterystyka tego co się dzieje w środku: jako, że to bar, taka nasza "mordownia" tylko, że jeść dają to stężenie tytoniu chyba kilku bądź kilkunastokrotnie przekracza jakąkolwiek normę, nawet rosyjską. Do tego Zbychu, Seba, Robert jeszcze dodają do pieca. Masakra, Oczki mam takie małe, że chińczyk przy mnie to nic. Ale wracając do autochtonów, generalnie "dywanik z włosów" z tyłu dobra, chyba modna rzecz, popijają piwko jedno za drugim z pianką nawet na 3 palce, no i grają. Oj grają cały czas w karty, łupią aż miło, a do tego bardzo się emocjonują wynikiem każdej partii. Przychodzą do baru faceci, kobiety, osobno, parami, całymi grupami, aby miło spędzić czas, a nie tylko żeby się nawalić, aby zapomnieć o złych rzeczach dziejących się w domu. Nie boją się o to, że przepiją całą pensję, lub mocno nadwyrężą rodzinny budżet. Inna mentalność, inne zarobki. Bardzo swojsko... oj podali jedzenie. No to jest to po co warto przyjeżdżać do tego fajnego kraju, nie dość, że tanio to jeszcze dobrze.

Impreza trwa, rozmowy o niczym i o wszystkim. W międzyczasie info od Konia, że o 20:30 zdołali wyjechać z Wrocławia, niezły czas, niestety będą nas budzić w nocy...

Dzień IV. Amatérská Jeskyně, 11.11.2006

Kolejny okropny poranek i najtrudniejsze zadanie do wykonania, czyli zwlec się z łóżka. Plan był generalnie prosty, z resztą jak zawsze: mamy dojechać do miasteczka Sloup, a dokładniej na parking koło restauracji Brousek. No tak, wydaje się, że to banalna czynność, lecz nie w naszym gronie. Już w samych Rudicach, Zbychu gdzieś się zagubił, i po telefonie już wszyscy grzecznie zameldowali się na miejscu. Teraz tylko oczekiwanie na Zdeněk Motyčka, który miał być naszym dzisiejszym przewodnikiem.

Czekamy na naszego Guida, i obserwujemy grupę czechów, którzy zaparkowali swoje wehikuły po przeciwnej stronie drogi i przebierają się w kombajny. No tak, "nasi" pomyślał sobie każdy, a może nie każdy? Przepakowaliśmy samochody i też zakładaliśmy kombinezony na siebie.

jaskinia jaskinia jaskinia jaskinia

W międzyczasie podjechał jakiś fajny duży terenowy samochód, wysiadł z niego "turystycznie" ubrany facet i przedstawił się Zdeněk. Teraz już było wszytsko jasne. Idziemy 100 metrów dalej, jakaś mała drewniana budka i obok niej właz do trzeciego otworu Amatérská Jeskyně.

jaskinia Generalnie znowu złazimy jakieś 80 metrów po drabinach i znajdujemy się na spongu. Zdenek co jakiś czas opowiada o kolejnych częściach odkrytych 4-5 lat temu nowych odcinkach jaskini. Są to partie znajdujące się za 4 syfonami.

Najpierw poszliśmy do IV syfonu, krótka historyjka, jak to było przy nurkowaniu, jak wygląda mniej więcej zalany odcinek. Dalej pokazuje nam obejście II i III syfonu, abyśmy mogli zobaczyć więcej korytarzy. Przyjemnie, dowiadujemy się historii itd., lecz jakoś tak bez ogromnych nacieków, dużo błota, korytarze obszerne.

jaskinia Po 3 godz wyszliśmy na zewnątrz, czyli dosyć króciutka ta wycieczka. Szybkie przebranie ciuszków i napieramy do najbliższej restauracji na jedzonko. Ten cały Borusek był zarezerwowany, bo odbywała się jakaś weselna impreza, więc pojechaliśmy kawałek dalej.

Po najedzeniu się do syta wracamy na bazę i rozpoczynamy standardową imprezę, z rozmowami o głupotach. Gdyby ten tekst pisał Zbychu, instruktor PZA to pewnie by poruszył dosyć szczegółowo swoje filozoficzno-polityczno-klubowo-pierdolowo-wspomnieniowe wywody, a tak ja pozostawię to bez komentarza. Tak czy tak są gdzieś dostępne audio-wizualne dowody tego wieczoru.

Oczekujemy na Spidera, aby przedstawił nam możliwości na ostatni dzień naszego pobytu, oraz wręczamy mały prezencik od Polonii - Żubrówka, aby móc zrewanżować się za ofiarowaną opiekę i pomoc.

Niezmordowane kalambury pojawiły się już gdzieś koło północy i tak, będąc w wygrywającej ekipie, znudzony ciągłym wygrywaniem, poszedłem położyć moje zmęczone kości na mięciutkie, może nawet za bardzo łóżko. Jutro trzeba wstać.

Dzień V. Hedvabna Jeskyně, 12.11.2006

jaskinia Jak zawsze ciężko zwlec swoje ciało z łóżka, ubrać się, zjeść coś i zacząć normalnie funkcjonować. No łatwo nie jest bo na wczorajszej imprezie zjedliśmy nasze jedzonko i teraz tylko jakieś marne kawałki ciastek oraz czekolady ostały... Wiedzieliśmy co się będzie działo. Umówieni byliśmy, więc tym razem wystarczyło tylko zapakować się do samochodów i pojechać na miejsce. No tak jest tylko mały problem, a mianowicie cały syf, który zdjęliśmy z siebie wczoraj, wrzuciliśmy do czarnego worka (nie na ciało). Teraz to wygląda mało przyjemnie, a pomyśleć ze za krótki odcinek czasoprzestrzeni będzie trzeba nałożyć to na siebie.

No nic, zapakowani w samochody jedziemy znowu nad przepaść Macocha. Tam kupujemy jakieś ciepłe jedzonko, jakieś pamiątkowe broszurki i próbujemy wczytać się w plan dojścia, który wczoraj skrzętnie nadrukował nam Spider (dzięki chłopie). Nie chciało nam się załadować syfu do plecaka, więc razem z Kaleką dźwigamy na zmianę, czarny worek, ze sprzętem niczym uwaleni, brudni z kiepskimi prezentami święci Mikołaje.

jaskinia Dochodzimy do chatki grotołazów, gdzie mieliśmy odebrać klucz i generalnie ktoś z nich miał pokazać co, gdzie i jak. Domek fajny, ale idziemy już z przewodnikiem, który wytłumaczył, że gdzieś tam w jaskini, gdzie niby komnata jest duża i że niby to koniec to jest tam gdzieś miejsce, gdzie trzeba się przeczołgać i iść dalej, extra. Poinformował nas także o pewnym miejscu, gdzie jak już pojawimy się to nie mamy iść dalej. Dokładnie nie zrozumieliśmy o co chodzi, lecz zakodowaliśmy sobie aby być "czujnym".

Wejście do dziury, to taki właz do studzienki kanalizacyjnej, w leju "po bombie" pośrodku lasu. Przebieramy się, rozmowy, żarciki, w tle strzały migawek wszędobylskich cyfraków. Schodzimy pod ziemię. Pokonujemy kolejne drabiny, jak to w Czechach bywa, a nacieków nie za bardzo widać. Dochodzimy do pewnego miejsca, gdzie jest wielka drabina. Generalnie ma dokładnie 100 szczebelków (sprawdziłem empirycznie) i do tego jest bardzo chybotliwa. No cóż niektórzy wymiękli w tym miejscu, a ci "najtwardsi", ludzie o stalowych nerwach poszli i pokonali te "stairway to hell".

jaskinia Doszliśmy do miejsca, które odpowiadało naszym interpretacjom i przekładom tego co nam czescy grotołazi powiedzieli. Wczołganie się w ciasne miejsc i kolejna komnata. Napieramy dalej, znowu ciasno, ciąg dalszy czołganka (oj jak widać wiele rzeczy jest w stanie zmusić człowieka do padnięcia na kolana, nie tylko pierścionek zaręczynowy) i jesteśmy przed kilkumetrową drabinką sznurowa? A co to kur..? NO nic, Zbyszek Instruktor PZA, jako, że był najbardziej okazałych kształtów, oraz reprezentował największe obciążenie zszedł pierwszy. Nic się nie zarwało, więc idziemy dalej. NO u nas w tatrzańskich dziurach nie spotyka się takich "rarytasów" i to chyba koniec. Nie wiem czy doszliśmy do miejsca odnośnie którego ostrzegali nas Morawiacy, czy może je przeszliśmy. Kawałek dalej Janusz wczołgał się i mówi, że nic ciekawego. Chwila zadumy, rozmów, pieprzenia o głupotach i wracamy. Szkoda jedynie było ciągnięcie szpeja ze sprzętem foto, bo nacieków ani widu, ani słychu.

Wyszliśmy z dziury, przebranie się i kierunek parking, po drodze oczywiście "głupie foty". Nie pozostało nic innego jak spakowanie naszych gratów, ogarnięcie naszego "hoteliku" i kierunek "home sweet home". Po drodze, co było oczywistym zatrzymujemy się w knajpie przy drodze, aby jeszcze raz zakosztować specjałów czeskiej kuchni. Kelnerowi jakoś się nie spieszyło aby nas obsłużyć, do tego nie mogliśmy zsunąć stołów, aby razem usiąść. Co mu wisiało?

Wszyscy z wyjątkiem Janusza najedli się do syta. Biedaczek zamówił coś tam z grilla, a dostał kotlet ala "stara podeszwa buta" i jeszcze nie chciał zapłacić - kelner był oburzony. Ja najadłem się, że aż szkoda gadać, Agnieszka nie mogła skończyć swojej porcji, to pomogłem jej troszeczkę.

jaskinia Jeszcze przystanek w przydrożnym hipermarkecie i zrobienie drobnych zapasów. Co to za sklep w którym nie ma czekolady studenckiej i takiego rumowego płynu do herbaty? Lidl Masakra, do tego pani w kasie wcale nie pałała radością jak podchodziła kolejna osoba z naszej ekipy i brakowało jej troszkę koron i musiał pożyczyć "ad hoc" od kogoś. Tak czy tak kolejna osoba wychodziła, a właściwie wyjeżdżała z koszykiem pełnym obtłukujących się o siebie butelek czeskiego piwa, wina, mocniejszych trunków, z przewagą tego pierwszego. Teraz to już na prawdę koniec. No chyba że jeszcze wspomnę, że po drodze zgubiliśmy na chwilę główną drogę, reszta ekipy , czyli drugi samochód prawie się nie połapał bo twardo jechał za nami. No i napiszę jeszcze, że Janusz musi poćwiczyć drogę z Lisowic, czyli wioski gdzie odwieźliśmy Kalekę, do Wrocławia bo tym razem się ostro zgubiliśmy.

Koniec końców wpadłem do domu, rzuciłem graty, odpaliłem kompa, sprawdziłem co tam w sieci i spać. No tak jutro do roboty...

Podsumowanie

Należą się wielkie podziękowania dla ekipy z Moraw, a w szczególności Spider i Zdenek. Dzięki chłopaki za udostępnienie i oprowadzanie nas w waszych dziurach. Jeszcze się odezwiemy: Amatérská nadal na nas czeka...

galeria