Jaskinia Wielka Śnieżna, 08-10.12.2006

Kiedy byłem ostatni raz w Tatrach w jaskini? Kurcze było to tak dawno, że nie pamiętam. Całe szczęście przełamałem złą passę.

Konar dał mi znać, że jedzie w góry z ekipą około Katowicką. Czy chce jechać? Chcieć to ja zawsze, lecz nie zawsze chcieć to móc. Szybka rozmowa w klubie i wychodzi na to, że nie mogę jechać. Mam tylko niskie trekkingi, bo wysokich nie udało mi się jeszcze nabyć, a stare nie nadają się nawet do "wyrzucania gnoju". Niestety przez tak głupią sprawę jak odpowiednie obuwie miałem powiedzieć sobie nie.

Kolejny dzień siedzę w pracy - nagle telefon: Jedziesz? Podejście jest po prawie płaskim (taaa jasne, niezła ściema), śniegu nie ma (w to akurat jestem wstanie uwierzyć, pomimo, że to grudzień), akcja zajmie koło 20 godzin więc wieczorem w niedzielę będziesz we Wrocku - z tym nie mogłem polemizować bo nie wiedziałem, gdzie ile osób itd. Generalnie moje wewnętrzne ja powiedziało -TAK, JADĘ. I całe szczęście, że ono zadecydowało za mnie...

Plan był prosty: czwartek wieczorem spakować manatki, szpej i z całym dobytkiem, upychając nogą aparat i dodatkowe karty pamięci na drugi dzień trzeba iść do pracy.

Wreszcie nastała godzina 16:00 więc zakładam plecaczek i napieram w stronę PKP. Tam już jest łatwo (tylko nie w trakcie wsiadania do pociągu, a właściwie w momencie walki przy drzwiach: kto wejdzie pierwszy aby usiąść, kto wejdzie drugi aby wsiąść i kto będzie trzeci, bo ci nie łapią się ani na pierwszą ani na druga opcję). Tym razem nie było takich zawodników, a ja znalazłem się w pierwszej grupie, więc wygodnie zasiadam w fotelu i czytam aż do Katowic.

Tutaj mam poczekać na jakieś nieznane mi osoby przy budce z gyrosem (that's what I'm talking about!!!). Plany się zmieniają, komuś tam zepsuł się samochód, przejeżdżają po mnie Ewa i Konar, jedziemy do chyba Tarnowskich Gór po Felka, później namawiamy Rumuna, któremu zepsuł się samochód, w międzyczasie Sapiech szuka po całych Katowicach czołówki, Iwona powoli pakuje dobytek.... I tak można by w nieskończoność. Koniec końców spotykamy się koło "I'm loving McDonalds", wsuwamy jakiegoś fast-fooda i jedziemy. Uff udało się.

Około godz 2:00 wpadamy na bazę u Galicowej, gdzie grupka grotołazów już nabiera siły na przyszły dzień. Częstują nas żubrówką, później coś tam jeszcze, smichy chichy i trzeba iść spać aby nasze wyjście doszło do skutku. Jeszcze przed zawinięciem się w kokon kochanego śpiworka, wykładamy swoje karty taternika, aby Sapiech - kierownik wyjścia mógł spokojnie iść rano po zezwolenia dla wszystkich nie musząc budzić nikogo. Sprytne nie?

Poranek nie był tak kolorowy: Sapiech wstał chyba w środku nocy poszedł po zezwolenie i wrócił i zaczął mędzić niczym Zbychu, aby wszyscy już wstali, bo nie zdążymy, bo coś tam innego... masakra. Dałby człowiekowi pospać, w końcu mamy weekend i trzeba odpocząć, a osobie która w ustawie napisała, że taternictwo jaskiniowe to rekreacja to chyba trzeba nakopać do dupy. Ładna mi rekreacja: trzeba rano wstać, coś zjeść ubrać się załadować ciężki wór ze sprzętem osobistym, doładować liny i inne gadżety (całe szczęście nie tym razem - ale za to dostaliśmy 2 butle do nurkowania do przetransportowania aż w okolice Syfonu Dziadka), dalej trzeba podejść około 4 godzin pod otwór, przebrać się zjechać do umówionego miejsca - tym razem to Syfon Dominiki czyli -742m, a że wchodzimy otworem Śnieżnej to do pokonania mamy tylko, albo aż 567 metró głębokości a później to trzeba wszystko wymałpować, znowu przebrać się i wrócić na bazę. Gdzie tu ta rekreacja? Gdzie odpoczywanie, relaks? Sam nie wiem...ale nie o tym ten tekst. Jakoś nikt nie miał spręża, nie licząc Sapiecha. Powoli mijało śniadanko bacznie obserwując, czy aby pogoda nie pogorszyła się, bo główna zasada to

"Turysto, w niepewną pogodę nie wychodź na szlak".

Tak czy tak nie pozostało nam nic innego jak zapakować się w samochody i podjechać do wylotu doliny Małej Łąki. Wory na plecy i napieramy.

Podejście jak to podejście nigdy nie jest przyjemne, ani miłe po prostu trzeba napierać pod górę. Okazuję się że mamy grudzień, a śnieg jest tylko na widokówkach, jest błoto, wietrznie, lecz na pewno nie ma temperatury poniżej 0, ani śniegu po pas, jak to przystało na zimę w Tatrach. Czyżby kolejny objaw efektu cieplarnianego? Odpoczynek u wlotu na Wielką Polanę, czekamy aż cała ekipa porozrzucana po szlaku uzbiera się w jednym miejscu i idziemy dalej. Tuż przed Niżnią Świstówką, odbijamy ze szlaku prowadzącego na Kondracką Przełęcz i idziemy już pod otwór. Jako, że wszyscy oprócz mnie byli już w Wielkiej Śnieżnej to oni wiedzieli jak jeszcze daleko, a ja nie więc szło mi się jeszcze gorzej.

Dotarliśmy po około 4 godzinach na miejsce, szybkie, czytaj około godziny przebranie się w cały jaskiniowy majdan, podczas którego zawsze okazuje się, kto co zapomniał i napieramy do dziury. Jest godzina 16:00, sobota 9 grudnia 2006. "Towarzysze wyjścia" mówili że jest bardzo mało śniegu i lodu w rurze, lecz za to bardzo słychać wodę. Palce skostniały mi na śmierć, nie mam kompletnie czucia, jakby 10 gałązek przyczepionych do dłoni, czyli operowanie sprzętem idzie trochę wolniej niż zawsze. Pokonujemy kolejno lodospad, na którym lodu jest dużo mniej niż zwykle. Zjeżdżamy Wielką Studnię. Oj będzie co dymać z powrotem do góry, już teraz czuje, jak zjeżdżam na tych długich odcinkach między przepinkami, że rękawice przepala i prawie nie sposób utrzymać równą prędkość zjazdu. Pokonujemy kolejne Płytowce, aż do Prożku Jenny'ego. Wszystko sprawnie i szybko, w palcach wraca czucie, bo teraz pojawiło się cholerne mrowienie, znak, że nie są to sztuczne kikuty. Dochodzimy do Wodociągów, wszyscy jeszcze uśmiechnięci i zadowoleni z akcji. Wody jest dosyć dużo, brodzimy cały czas w niej uważając aby nie nalało się do kalosza. Optymizm w zespole trochę spada, pojawiają się małe marudzenia, pomysły o powrocie, przecież ja już tu byłem i takie tam. Sapiech pomimo, że napierał na początku to jakby podświadomie wiedział co tam dzieje się w ogonie i chyba celowo po przejściu trawersu Konia, nie skęcił w lewo na Suchy Biwak tylko poszedł w prawo aby zjeżdżać w kierunku Wodospadów. Słusznie, będzie z niego dobry Instruktor.

Już teraz wiem czemu te kolejne zjazdy nazywają się II Wodospad, III Wodospad. Leje się, że masakra. Całe szczęście, że zaporęczowane jest tak, aby nie wjeżdżać w wodę, jakieś liny kierunkowe, pomoc kolegi bardzo ułatwiają zjazd i pozostanie w miarę suchym stanie. Pokonujemy jeszcze Marmit i jesteśmy po 5 godzinach od wejścia na II-gim Biwaku. A tutaj sielanka, piwko, jedzonko, picie, czekoladka, batoniki... i zasłużony odpoczynek. Spotykamy także ekipę, której kawałek dalej oddamy butle.

Rumun ma trochę inny pomysł na ogrzanie się niż wcześniej widziałem. Zazwyczaj każdy ładuje arianę pod pazuchę, a on rozpina kombinezon i wnętrze, zdejmuje palnik i przystawia go jak najbliżej klaty, ala Indianin. Podobno działa.

Oj jak przyjemnie wypić coś ciepłego, poczuć smak rozpuszczającej się taniej czekolady w ustach. Wszyscy zmęczeni, ale zadowoleni coś tam mruczą pod nosem, że może warto już wracać, ze już daleko dojechaliśmy, ale nie: napieramy dalej (dobrze, że z nami Sapiech jest...).

Jedziemy dalej przez IV Wodospad, dalej Pochylnia (tutaj Ewa z Konarem postanawiają wracać) i w miejscu Trawersu rozstaje się z moim garbem, tzn. kilkukilogramową butlą hurra! Sapiech poręczuje Studnię Wiatrów. Zjeżdżając nią, nie mogłem wymyślić skąd ta nazwa. Miało się lać a do tego wiatr zawiewać i takim mokrym biczem w pysk, a tu nic (na szczęście). Pytając się chłopaków o morfologię tej nazwy, mówili: poczekaj aż będziesz wychodził tą studnią (a może tę studnię, jak wiesz to sobie sam wybierz odpowiednią formę, albo wstaw swoją).

Dochodzimy do momentu , gdzie zaczyna zwężać się a do tego wody coraz więcej. JA tu nie byłem więc nie wiem czy jesteśmy w odpowiednim miejscu. Chłopaki szukają rozglądają się, aż wreszcie gdzieś tam wisi jakaś lina więc napieramy po niej do góry. Po wymałowaniu do końca po linie, przełknąłem mocno ślinę i delikatnie jak najbardziej potrafiłem wyszedłem już w światło korytarza. Lina nie była przywiązana żadnym węzłem do spita bądź karabinka. Po prostu zawiązany na niej supełek zaklinował się o kamień, nic więcej, więc zrobiło mi się jeszcze bardziej gorąco. Dalej przeczołgaliśmy się przez korytarzyk, krótki zjazd i jesteśmy w odpowiednim miejscu -742m (567 metrów poniżej otworu Śnieżnej): Syfon Dominiki. Całość 7 godzin od wejścia do dziury.

Aby uniknąć niepotrzebnych tramwajów, marznięcia i czekania na siebie po drodze, umówiliśmy się na II Biwaku. Felek, Rumun i Ja poszliśmy w pierwszej ekipie, a Iwona i Sapiech za nami.

W sumie nie ma nad czym się zastanawiać. Każde wyjście z dziury jest takie samo: kolejne odcinki linowe, kolejne odliczania, najpierw do tylu ile się da, później chociaż do 10 ,8 ,5, 4 no i w najgorszym razie jedno dygnięcie i rest i tak aż do wyjścia. Nie ma czasu, a dokładniej ochoty na emocje, na rozmyślania o egzystencji - myślisz tylko o tym aby jak najszybciej już stąd wyjść. Pragnienia człowieka sprowadzają się do tych podstawowych: nikt nie myśli o kupnie samochodu, wybudowania domu czy sprawdzeniu poczty email, skupiasz się na sobie , na swoich kolejnych ruchach i marzysz o łyku gorącej, mocno słodzonej herbaty, o kęsie czekolady, lub kawałku mięsa, o jajecznicy na bekonie, o cieple śpiwora i suchych rzeczach.

Napieram dalej, z moją karbidówką już dawno temu zaczęło dziać się coś niedobrego i musiałem posłużyć się tikką. Teraz już wiem czemu owo miejsce to Studnia Wiatru. Każdy podmuch niesie kropelki wody która osadza się na tobie i daje zimno i uczucie mokrości. Chcesz wyjść jak najszybciej, lecz siły na to nie pozwalają. Po pewnym czasie jest już ci obojętne czy będziesz tylko trochę mokry czy bardzo. Po prostu musisz odpocząć, dać trochę wytchnienia swoim mięśniom.

Dochodzimy na II Biwak, i każdy znajduje jakąś karimatę i dostaję trochę wody do picia którą zostawili Ewa i Konar, dzięki wam za to. No tak miało to być maksymalnie 2 godziny tam i z powrotem, a droga II Biwak - Syfon Dominiki - II Biwak to jazda 4 godzin, wliczając błądzenie po drodze, czyli jesteśmy już 9 godzin w akcji. Układamy się w jak najbardziej wygodnych pozycjach i powieki zamykają się same.

Budzą nas Iwona z Sapiechem. Dopiero teraz zaczynam trząść się z zimna. Pogaduszki i znowu umawiamy się tym razem na Suchym Biwaku. Napieramy dalej: Felek, Ja, Rumun.

Pokonujemy kolejne wodospady i dochodzimy do biwaku, automatycznie, mechanicznie… Rozkładamy karimaty, NRC-ty i idziemy spać, czekając na ostatnią dwójkę, która zjawia się po jakimś czasie. Iwona jest dosyć mocno zmęczona i od razu kładzie się do naszego łoża. Sapiech namawia nas, żebyśmy już wychodzili. Wreszcie zrywamy się i idziemy dalej. Umawiamy się, że tym razem spotykamy się na bazie, bo to nigdy nie wiadomo jaka pogoda nas zastanie pod otworem.

W wodociągu trochę pogubiliśmy się, bo zamiast w lewo skręciliśmy w prawo i doszliśmy nie pod prożek Jenny'ego tylko chyba gdzieś w kierunku Warszawskich Kaskad (?), ale połapaliśmy się i już tym razem obraliśmy dobry kierunek i napieramy.

Felek chyba ma trochę więcej energii, bo nas trochę odsadza. Staram się dotrzymywać mu kroku, lecz z marnym skutkiem. Dochodzę do Wielkiej Studni i tutaj potrzebuję dłuższej chwili, aby złapać oddech przed tym wyzwaniem. No i chcę jeszcze zaczekać za Rumunem, który gdzieś idzie, trochę wolniej z tyłu. Po jakimś dłuższym czasie, gdy słyszałem sapania Rumuna zacząłem moją walkę z Wielką Studnią. Nie było mowy o liczeniu do 10, nawet do 5. Początek to po prostu 2 dygnięcie i długi Rest. Już mi było wszystko obojętne czy mokro, czy leje się czy nie. Po prostu odpoczynek to była najważniejsza sprawa w tym momencie.

Trudno powiedzieć, że przemałpowałem te odcinki linowe, po prostu je przemęczyłem. A do tego walka jeszcze się nie skończyła, bo przede mną został jeszcze Lodospad i cholerna Rura. Oj dłużyły się te odcinki, lecz po pewnym bliżej nie określonym czasie zobaczyłem folie, która zakrywa wejście do Wielkiej Śnieżnej.

Wyszedłem. Jest godz. 7:30, niedziela 10 grudnia 2006. Felek schowany w swoją puchówkę śpi. Na dworze przypadało trochę śniegu, widoczność dochodząca w porywach do kilku metrów, generalnie wszędobylskie mleko. Powoli przebieram się w suche, lecz wilgotne rzeczy. Czemu ja nie wziąłem ze sobą polarowych spodni, ani kaleson. Z resztą tak czy tak zapomniałem na ten wyjazd wielu rzeczy… Teraz tylko czekanie na Rumuna i napieramy w dół.

Po około 30 minutach pojawia się Rumun, przebranie kęsy kanapki i napieramy na dół. Oj cholernie ślisko jest, nie tyle na zmrożonych trawach co na błocie. I tak krok za krokiem w ciszy, raz po raz naciskając spust migawki idziemy w dół do cywilizacji, do ciepła, do jedzenia, picia, spania.

Już w dolinie Małej Łąki rozpoczęliśmy rozmowy o tym co sobie zjemy, o jajecznicy na bekonie, o świętach o tradycyjnych potrawach. Zamówiliśmy także, taxi w postaci Konara.

Jedziemy jeszcze po zakupy i jesteśmy z powrotem na bazie w cieple. Zaczynamy robić jedzenie, jakiś szybki prysznic, czyste, ciepłe ciuszki i rozmowy i czekanie na Iwonę i Sapiecha. Trochę się zaczęliśmy o nich martwić, bo nie włączył telefonu do tej pory. Jak się później okazało oboje zostawili wyłączone telefony w śpiworze na bazie...smart?

Jak już wszyscy bezpiecznie znaleźli się na bazie, delikatnie posileni i napojeni zapadliśmy w długi sen, mógłby być dłuższy, lecz niestety ja musiałem w poniedziałek dojechać do pracy, a ostatni rozsądny pociąg miałem o 23:56 z Katowic.

Pobudka, pakowanie syfu, wyjazd, po drodze zakupy w bacówce i kierunek Katowice. Zdążyliśmy: kupiłem, bilet, kilka bananów, wsiadłem do mocno załadowanego już pociągu, miejsce siedzące, lecz na korytarzu, zawsze mogło być gorzej. Spotkałem mojego byłego współlokatora, opowieści o niczym, później odstąpił mi swoje miejsce w przedziale, abym mógł trochę przekimać (dzięki Bartek) i tak o 4 nad ranem byłem już w moim mieszkaniu. Zdążyłem tylko wywalić cały syf z plecaka i porozrzucać po pokoju, wykąpać się i spać. W końcu o 7:30 pobudka i do pracy ?

Dzięki wszystkim za wyjazd. Do następnego razu.

Uczestnicy:

Ewa Zientarska TKTJ

Iwona Sapieszko TKTJ

Darek "Sapiech" Sapieszko KKS

Tomek "Rumun" Stopik TKTJ

Marcin "Felek" Feldman TKTJ

Łukasz "Sid" Kędzierski SCW

Michał "Konar" Konarski SCW

zobacz zdjęcia

Łukasz (Kęda) Kędzierski