Z cyklu: niedzielna wycieczka za miasto z geologiem

Część druga: Jaskinia Śnieżna

W czasie gdy zmrok nieśmiało zaczynał otulać gęstniejącą mgiełką szarości cały wszechświat, cytryna Bobika majestatycznie wtaczała się na autostradę, a Koń prawdopodobnie odpalał swój zaprzęg pod domem. Nie upłynęło wiele czasu nim u Galicowej snuliśmy wszyscy razem ożywione rozmowy długo w rozświetloną blaskiem księżyca piątkową noc. Nazajutrz Bobik z towarzyszkami wyruszył ku podniebnym szczytom, natomiast Koń z fanklubem skierował się na podbój podziemnego królestwa, do którego wrota miały znajdować się w Pomarańczarni. Spieczeni niemal równikowym, bezlitosnym słońcem i wysmagani niemal arktycznym, lodowatym wiatrem dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Niewyjaśnione do tej pory i bardzo zawiłe okoliczności przyrody sprawiły, że tym razem wrót do królestwa mroku nie przekroczyliśmy, natomiast z nieukrywanym entuzjazmem i zapałem bez reszty oddaliśmy się wnikliwej eksploracji przyotworowych partii jaskini, niczym Alicje-w-Krainie-Czarów gmerające w jamie Białego Królika. Tego dnia również nadciągnęły od strony Wrocławia, naszej kolebki, posiłki w osobach Olafa i Tomka, z których ten ostatni przekroczył właśnie wrota dorosłości. Wydarzenie to celebrowaliśmy z należytym namaszczeniem, prowadząc zajmujące dyskursy o wzniosłych treściach, aż nastała długo oczekiwana niedziela. W rześki niedzielny poranek, spowite promieniami listopadowego słońca całe nasze, już całkowicie pełnoletnie, grono ruszyło na spotkanie przygodzie. Przy akompaniamencie dźwięcznych chichotów i szczebiotów, walcząc z narastającym mroźnym wiatrem wdrapaliśmy się na stok Małołączniaka i stanęliśmy całą siódemką u bram Jaskini Śnieżnej. Teraz już nic nie mogło nas powstrzymać. Wyposażeni w niezbędne żelastwo i wyśmienite humory zanurzyliśmy się w otchłań niewiadomego. Szybkim ślizgiem pokonaliśmy Lodospad, aby po chwili zawisnąć na gumie od majtek nad osiemdziesięciometrową Wielką Studnią. Niewiarygodne, ile radości może sprawić przepinanie się przez punkt przy świadomości, że możemy być wystrzeleni jak z procy do punktu wyjściowego. Jeszcze tylko Płytowce przy rozlegającej się raz po raz budującej napięcie Koniowej monorecytacji 'szur, szur, szur, to idą umarli...' i już siedzieliśmy na I Biwaku, gdzie chłopaki demonstrowali zawartość wojskowych racji żywnościowych. Aby zgubić spożyte kalorie, przebiegliśmy się Wodociągiem i niebawem gnani wizją domowej atmosfery Halita postanowiliśmy czym prędzej zrobić odwrót, żeby zdążyć tam przed zamknięciem. Podczas gdy fanklub raźno podśpiewując pod batutą Konia '...oni przychodzą po mnie, ale ja nie pójdę...' pokonywał kolejne odcinki Płytowców i Studni, chłopaki z wielkim hartem ducha zwijali zbędne już liny. Najlepsza zabawa czekała nas na blisko sześćdziesięciometrowej wyślizganej lodowej pochyli, która dawała nieograniczone pole do prezentacji wszelkich technik wychodzenia. Zdecydowanie najbardziej popularna okazała się technika 'kolankowa', chociaż wielkie uznanie wzbudzała dużo bardziej dynamiczna i spektakularna technika 'padnij-powstań', często okraszona bojowymi okrzykami 'ała! ała!'. Koń natomiast wzbił się na wyżyny wirtuozerii prezentując technikę 'na brzuszku' i 'na pleckach' i tym samym został niekwestionowanym zwycięzcą konkursu. Przebrani już w suche ciuszki, pogryzając batoniki, graliśmy w łapki w zaciszu nyży przyotworowej czekając na naszych najdzielniejszych bohaterów. Chłodny blask księżyca srebrzył wierzchołki gór, w dole migotały ciepłe światełka domów, mroźny wietrzyk targał nasze zakapturzone głowy. Daleko przed nastaniem północy dobiegły nas z osłoniętej płachtą czeluści soczyste słowa i dobrze znany dźwięk ubijania liny w worze. Nareszcie! To przecież nie mógł być nikt inny jak Olaf z Tomkiem. Ślizgając się w księżycowej poświacie na kamieniach i pokrytych szronem trawkach, podśpiewując wesoło '...transylvanian vampirella, nosferatu vampirella...', zagrzewani marzeniem o ciepłym Halicie, sturlaliśmy się na parking przy wejściu do Małej Łąki, gdzie Koń, odwiózłszy już pierwszą turę uczestników wycieczki, zakomunikował nam tą najstraszniejszą z najstraszniejszych wiadomości: Halit zamknięty! Cały orszak gibiąc się w prawo i w lewo do rytmu 'szur, szur, szur...' popędził krwistoczerwoną strzałą do Zakopanego, aby zrekompensować bezpowrotnie utracone marzenia. Wykąpani i pachnący, w cieple Galicowego kominka dzieliliśmy się opowieściami ze Śnieżnej, próbując przedłużyć w nieskończoność tą przecudną noc. Wreszcie pokonani zmęczeniem i coraz większym ciężarem powiek zawinęliśmy się w ciepłe śpiwory. Za oknem w czarnej ciemności długo jeszcze dało się słyszeć 'szur, szur, szur...', ale nikt już nie miał siły, żeby sprawdzić, czy to 'transylvanian vampirella', czy tylko jesienne liście. W poniedziałek Olaf z Tomkiem pojechali do domu, a nasza piątka udała się na Rusinową Polanę. Wylegując się leniwie w słońcu nazywaliśmy dawno już nazwane szczyty i zabawialiśmy się rozmowami na temat rzeczy łatwych i przyjemnych. Leniwy poniedziałek zakończyliśmy na Wielkim Łożu zaśmiewając się z coraz to głupszych zdjęć i z tęskną nutką wspominając tegoroczną wyprawę w Picos. We wtorek rano udowodniliśmy, że samochód Konia jednak jest z gumy i wyruszyliśmy krętymi dróżkami przez skąpane w porannym, niemalże wiosennym słońcu wioseczki do domu, kończąc w ten sposób naszą kolejną przygodę.

Na zakończenie należy dodać, że nagrodę "Złote Usta Wyjazdu" otrzymała Marta Maślanka za wypowiedziane na Lodospadzie zaskakujące wynurzenie: 'Gocha, puść, bo mi ciągnie po jajkach'. Staramy się nie dociekać, o co tak naprawdę chodziło, ale niewątpliwie słowa te dostarczyły pożywki dla naszej i tak już wystarczająco bujnej wyobraźni zbiorowej.

Dla ciekawych: całego aktualnego hymnu fanklubu Konia można posłuchać tu: http://www.wrzuta.pl/audio/3VtieS0RNL/kazik_-_szur_szur

W wycieczce udział wzięli: Koń i fanklub (Marta, Agnieszka, Maślanka, Małgosia), gościnnie: Olaf i Tomek oraz Jacek z Asią i Lamą

Specjalne podziękowania: Wyjazd ten nie byłby taki, jaki był, gdyby nie nieoceniona uprzejmość kolegów i koleżanek z Sekcji :)

Zdjęcia: Aparat Konia, Tekst: Małgosia Tofiluk