10th Balkan Cavers Camp, Vratsa 21-26.06.2016

„Za górami, za lasami, blisko bazy
żyły sobie, żyły sobie grotołazy
Trzech ich było, trzech z fasonem
Dwóch wesołych jeden smutny, bo miał żonę

A ta żona taka jędza, grotołazka
Miała wałek taki wielki, jak do ciasta
i tym wałkiem kiedy chciała
swego męża grotołaza wałkowała

Już grotołaz taki cienki jak niteczka
A do tego taki płaski jak karteczka
Ale żona uważała
Że jest gruby więc go dalej wałkowała

Już grotołaz martwy leży, martwy leży
Że od wałka żony zginął nikt nie wierzy
Gdy rodzina w głos płakała
Żona jędza jeszcze trumnę wałkowała”

Urocza ta pieśń rozlega się na dwa głosy po przepięknym bukowym lesie. Wszyscy wokół zastanawiają się co to, a to tylko polskie grotołazki zmierzają do jaskini… Słowa te (i wiele innych) stały się motywem przewodnim naszego wyjazdu.

Balkan Cavers Camp to obóz jaskiniowy organizowany przez Bałkańską Unię Speleologiczną. W tym roku odbyła się jubileuszowa, 10 edycja tego wydarzenia. Tym razem grotołazi z różnych krajów i kontynentów spotkali się w Bułgarii.

Z Polski wyruszamy w poniedziałek o 7 rano w składzie: ja – Aleksandra Robak, Mariusz „Robaczek” Robak, Arkadiusz „Tofik” Młynarczyk, Marta „Ciotka” Mielczarek, Hagrid (nasz pojazd) oraz Batman. Podróż mija mi bardzo szybko, właściwie większość przesypiam i budzę się jedynie na granicach i postojach. Serbia. My głodni. Znak na McDonald! 180km, pewnie jedyny w Serbii… 160km wyczekiwania i kolejny znak McDonald – 20km w lewo. Jak na złość jedziemy w prawo. Na szczęście po około 50km trafiamy jednak na drugiego w Serbii amerykańskiego giganta branży „restauracyjnej”.

IMAG3880
Granica serbsko-bułgarska. U celników serbskich stoi jeden człowiek, w koszulce z napisem cyrylicą, wyglądający jak uchodźca. Już chcemy go minąć, jednak macha nam ręką i prosi ładną angielszczyzną o otwarcie bagażnika. Zauważa kask i kupę szpeju i robi wielkie oczy. Na hasło: „cave camp” kiwa ze zrozumieniem głową i wierci palcem w dół na znak wchodzenia do jaskini. Jedziemy dalej. Podjeżdżamy do strażników granicy bułgarskiej, a tam widzimy chodzącego z papierami i papierosem obywatela Estonii. Wysiadamy i wspólnie szukamy celników. Pukamy w okna. Cisza. Nie ma to jak dobrze strzeżona granica UE. Z nudów pytam Mariusza: co to za dziwny strop? Odpowiedź godna budowlańca: zwykły. Ja: czyli jaki? M: zwykły gęstożebrowy.

IMAG4166

W końcu, na tyłach znajdują się celnicy. Jeden zabiera paszporty i dowód rejestracyjny. Widać za oknem, że długo nad naszymi dokumentami myśli. Może dlatego, że Hagrid ma różowe papiery (w końcu świeżo kupiony i nie dostał jeszcze stałego paszporciku).

Bułgaria. Jakieś zadupie. Dziury takie, że Hagridowi zaraz urwie zawieszenie.
Arek: o, chyba wjeżdżamy na główną
ja (ucieszona): może będzie lepsza droga! … i w tym momencie wjechaliśmy w jedną z większych dziur, a ja uderzyłam się w głowę o wystające rogi Hagrida (mocowanie pasów). Śmiechu było co niemiara, a mi został zacny guz. Jedziemy dalej, wjeżdżamy na spowalniacz.
Arek (już mocno poirytowany): żeby mieć takie drogi i jeszcze mieć czelność stawiać te ku*** spowalniacze…

Wtorek. O 4 rano dojeżdżamy na miejsce. Śpimy pod wiatą, Robaczek w hamaku z dupą na stole. Po 3 minutach drzemki zrywamy się z Martą, bo chrabąszcz tupie nam po śpiworze. Okropne uczucie! Po jako takim wyspaniu się pora na organizację campingu, zakupy, lody u ciotki, rejestrację, próby ochłodzenia się w potoku i poznawanie okolicy.

IMAG3874

Okazuje się, że Bułgaria to stan umysłu. Okolice naszego campingu nas lekko przerażają, choć jednocześnie śmieszą i zachwycają. Co chwila odkrywamy nowe „kwiatki” – dosłownie i w przenośni, gdyż wszędzie są ławki w formie kwiatków. Do tego amfiteatr w formie ślimaka, mozaiki z kostki, dziwaczne figurki (przypakowany Kopciuszek, Robin Hood transwestyta, wiewiórka wielkości Tofika itp.) czy kolorowe kosze na śmieci.

IMAG3917

IMAG4159 IMAG4160
IMAG4161 IMAG4162
IMAG4114 IMAG4113

Wieczór mija na rozmowach przy dobrym bułgarskim winie i sałatce pomidorowo-ogórkowo-jajeczno-tuńczykowej, bo w restauracji skończyło się jedzenie (sic!).

Środa 7:30. Próbujemy obudzić Tofików. Kilkukrotnie, bez skutku. Zdecydowaliśmy, że do jaskini idziemy bez nich. O 9 zebraliśmy się pod schroniskiem, gdzie poznaliśmy naszych współtowarzyszy i przewodnika. Ruszyliśmy do dziury Barki-14 wraz z grupą do Barki-8. Po niecałych 2 godzinach byliśmy pod otworem. Zostaliśmy wraz z 3 studentami z Turcji, których imion niestety nie sposób było spamiętać. Reszta poszła do oddalonej o 5 minut drugiej nory. Jaskinia Barki-14 była najdłuższą zaproponowanych podczas obozu (długość: 2600m, deniwelacja: 356m).

Barki 14
Niestety Bułgarzy zapomnieli napisać, że nie możemy przejść całej, bo po około 300m jest studnia, która nie jest zaporęczowana. Dowiedzieliśmy się o tym oczywiście dopiero pod otworem. Znowu się potwierdza że Bułgaria to stan umysłu. W jaskini spędziliśmy godzinę, chodząc po wszystkich możliwych odnogach i robiąc zdjęcie przy każdym ładniejszym nacieku.

DSCF7668

Po wyjściu postanowiliśmy pójść jeszcze do jaskini Barki-8 (długość: 733m, deniwelacja: 208m). Udało nam się namierzyć otwór dzięki rozłożonym na powalonym drzewie przepoconym koszulkom drugiej grupy. Spotkaliśmy ich już w środku.

Barki 8

Tymczasem w obozie… Bułgarskie wino zebrało swoje żniwo, więc wyczołgujemy się z namiotu około 10. Właściwie to wygania nas słońce. Poszukujemy choćby skrawka cienia i znajdujemy go w ukraińskim obozie tuż obok naszego. Spędzamy miłe przedpołudnie na delektowaniu się kawą i literaturą. W końcu wakacje. Gtorołaźna natura nie pozwala nam jednak przebimbać całego dnia na leżeniu plackiem. Podejmujemy heroiczną decyzję o pójściu do niedalekiej jaskini Reznyovete. Namiary GPS mamy. Zabieramy ekwipunek i wyruszamy. Trochę na nos Tofika, trochę na czuja, trochę na „chyba tędy”, „o tu wydeptane”. Najpierw szlakiem, krok za krokiem, by za chwilę odbić w szatańską stromiznę. Przedzieramy się przez chaszcze i kamienie mniej więcej godzinę. GPS wskazuje, że to już tuż tuż. Jeszcze 100 metrów, jeszcze 50, jeszcze 10. Wedle wskazań technologii stoimy na otworze. Doznania wzrokowe jednak temu przeczą. Kolejne 40 minut spędzamy na penetrowaniu zbocza. Zaglądamy pod każdy kamień, za każde drzewo, tupiemy, skaczemy i nic. Nie ma. W zasadzie jesteśmy już bliscy wykopaniu sobie własnej jaskini. Po kolejnych minutach nierównej walki z otoczeniem postanawiamy: wycof. Doczłapujemy się na camp i spędzamy czas nad Kamenicą – doskonałym bułgarskim piwem. Wyglądamy Robaczków w oczekiwaniu na kolację.

Po powrocie odnaleźliśmy Tofików odpoczywających w cieniu. Upał doskwierał, więc postanowiliśmy pójść pod prysznic. Dzięki temu mamy nowe doświadczenia kąpielowe – zima woda i gorący żel pod prysznic. Przyszedł czas na wykupioną kolację. Przed nami stoją miski z ogórkami i pomidorami. Zjedliśmy i zastanawiamy się ‚czy to już wszystko’? W końcu nie zrozumieliśmy pisanego cyrylicą menu. Na szczęście po 15 minutach okazuje się że nie, choć już byliśmy bliscy utraty nadziei.

Wieczorem odbyło się oficjalne otwarcie obozu. Przedstawiono 5 różnych prezesów – parku, federacji, klubu bułgarskiego, miasta i federacji Ameryki łacińskiej. Potem różne osoby przedstawiały różne prezentacje. Popijaliśmy wino i słuchaliśmy kolegów z różnych krajów. Najciekawszą był film z nurkowania jaskiniowego, w którym pokonywano podwodny zacisk. Siedzieliśmy jak na ‚Szczękch’.

Czwartek, znów 7:30. Tym razem z bulika dochodzą oznaki życia. Szybkie śniadanie i już wyruszamy do jaskini Zmeyova Dupka z najprzystojniejszych przewodnikiem, co bardzo cieszyło mnie i Ciotkę. Naszych chłopaków, nie wiedzieć czemu, mniej…

Zmeyova Dupka

Zapytaliśmy jak długo będziemy iść, a w odpowiedzi usłyszeliśmy 4,5h. Myśleliśmy że to żarty, jednak okazało się, że faktycznie tyle szła grupa wczoraj. Nasza uwinęła się w 2h, co wywołało u przewodnika wytrzeszcz oczu i zachwyt. Był bardzo zadowolony z tak silnej grupy, w której było 4 Polaków, 3 Rumunów (w tym Florian – rumuński Kalosz z jeszcze większą energią), 1 Turek i 2 Bułgarów.

IMAG3931

Zmeyova Dupka jest bardzo mała i jednocześnie najpiękniejszą w okolicy jaskinią, do której prowadzi ~50m studnia wlotowa. Po zjechaniu można zejść na zawał. Tylu nacieków w jednej, maleńkiej jaskini jeszcze nie widziałam. Jaskinia ta powinna być obowiązkowa dla kursantów.

IMAG3959_1

Tofik (a właściwie wszyscy) miał już dość ciągłego „nie ruszaj się, świeć na ścianę”. Nie dawałam jednak za wygraną!

IMAG3974 IMAG3980

Po wyjściu z jaskini nasz przystojniak zapytał, czy nie chcemy iść dzisiaj do jeszcze jednej jaskini. Oczywiście byliśmy chętni, dlatego w tym samym dniu zaliczyliśmy jeszcze jaskinię Reznyovete. Jaskinia znajduje się bardzo blisko campingu, spod otworu słychać było grającą muzykę. Okazało się, że poprzedniego dnia Tofiki mogły sobie jej szukać jeszcze ze trzy godziny. Namiary GPS rozjechały się
z rzeczywistością o dobre pół kilometra.

Reznyovete

IMAG4051

33m zjazdu i przepiękne nacieki. Czekając na wyjście z dziury nasz przystojny przewodnik pozachwycał się jeszcze naszym zespołem. Było nam strasznie miło, a dodatkowo Florin chwalił po wyjściu polskie kobiety jako ‚very strong’. Kolejnym tekstem wyjazdu stało się „rapido ciach ciach”. Okrutnie się zdziwił, gdy Marta uświadomiła mu, że nie jesteśmy polskimi asami, a dodatkowo przez upał i zmęczenie jesteśmy dość słabe i wolne jak na swoje możliwości.

IMAG4022
W trakcie powrotu do campingu stanęliśmy na rozdrożu. Nasz przystojny przewodnik zastanawiał się gdzie iść. ‚Here! I’m of course’ – powiedział Mariusz wskazując drogę. Ubawiliśmy się niebywale, a tekst pozostał na cały wyjazd.

W piątek postanowiliśmy pójść do jaskini Belyar.

Belyar

Wejście do jaskini nie zachęca do późniejszego wyjścia z niej. Przy przeciśnięciu się od razu myślałam „jak ja tutaj wyjdę?!”. Oczywiście Robaczek i Tofik byli w siódmym niebie, bo mogli w otworze kręcić piruety.

IMAG4079

Sama jaskinia jest jednym wielkim zawaliskiem. Najlepiej się idzie, jeżeli się za dużo człowiek nie rozgląda, bo wszędzie są poklinowane wanty. Właściwie to całe przejście to kluczenie między wantami. Bułgarzy rozciągnęli nawet małą niebieską linkę dla ułatwienia orienatcji w jaskini.

IMAG4094

Po dobrej godzinie czołgania, rozciągania i wyginania się w najróżniejsze strony, w końcu dochodzi się do większej sali, gdzie można się wyprostować. Tam postanowiliśmy zawrócić, gdyż zmęczenie wzięło górę, a jaskinia i tak nie przypadła nam go gustu. W myślach mieliśmy jeszcze powrót tą samą drogą oraz wyjście. Pierwszy wyszedł Robaczek. Oczywiście zrobił to z właściwą do swoich rozmiarów i sprawności gracją. Przyszła kolej na mnie. Męczyłam się, obracałam, podciągałam. Można powiedzieć, że już jedną nogą byłam na powierzchni, choć nogi miałam ciągle w jaskini… Pod koniec już prawie się popłakałam i poprosiłam męża o pomoc. Ciotka też nie miała lekko…

Po wyjściu z jaskini byłyśmy z Ciotką poobijane jak po 2 tygodniach wyprawy w Picos de Europa. Poczekaliśmy jeszcze na resztę ekipy i wróciliśmy na bazę. Wieczorem tradycyjnie spożywaliśmy bułgarskie wino. Dodatkowo w okolicy campingu zaczął się regionalny festyn i mieliśmy możliwość spróbować wielu pyszności, w tym genialnych pączków, a także zakupić lokalne rękodzieła oraz podzwonić na dzwoneczkach.

IMAG4163

IMAG4112

Sobota. Śniadanie, pakowanie, pożegnania i szybka wizyta w pobliskiej jaskini turystycznej Ledenika Cave. Jest to jedna z największych jaskiń turystycznych w Bułgarii. Budynek prowadzący do jaskini jest wielkim nietopatrzem. W środku znajduje się niewielka sala kinowa oraz wystawa.

home-zM70xM-r0MBvq_11_b

źródło: http://www.parkledenika.org/en/the-bat/

Wejście do jaskini potwierdza nasze wcześniejsze stwierdzenie: Bułgaria to stan umysłu. Wielki plastikowy tunel skalny z olbrzymią mrówką z kilofem na szczycie.

IMAG3904

Jaskinia ma przepiękne nacieki, które niestety są mocno zniszczone przez ruch turystyczny. W połowie jaskini znajduje się ogromna sala, w której wyświetlany jest film na wodzie oraz prezentowany jest „laser show”. Pierwszy raz się spotkaliśmy z czymś takim. Było to bardzo fajne, ale czemu robić to w jaskini? Na to pytanie nie umieliśmy sobie odpowiedzieć.

Tu będzie film z laser show.

Po tych atrakcjach wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Nie prowadziła ona jednak prosto do Wrocławia. Po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze jezioro Balaton na Węgrzech – największe jezioro Europy Środkowej. Podróż uprzyjemniały nam różne gry słowne oraz komórkowe. Największą popularnością cieszyła się gra „literka P” polegająca na wytłumaczeniu słowa używając tylko wyrazów na literę P. Niekwestionowanymi hitami tej gry stały się hasła:
– pojemnik, pożywienie, prawodopodobnie pizdzi – lodówka
– poniżej penisa, powyżej pięt – kolano

Testowaliśmy także nowe dla nas gry, takie jak: żulionerzy, kumpeliada czy prawda i fałsz. W końcu, w nocy dojechaliśmy nad Balaton. Po długich poszukiwaniach campingu postanowiliśmy położyć się w losowo wybranym miejscu. Okazało się, że wybraliśmy niewielki park tuż obok 9 „tatarskich schronów”. Dokładniej były to schrony przeciwko Tatarom, wykute przez mieszkańców w pobliskiej skale. Oczywiście jako grotołazi nie mogliśmy odwiedzić choćby jednego z nich.

IMAG4169

Nad samym Balatonem próbowaliśmy zjeść ludzkie śniadanie. Niestety nasze wysiłki skończyły się na frytkach, hamburgerach i gyrosie w bułce popijanych coca-colą, kawą i mrożonymi jagodami (pycha!). Popluskaliśmy nogi w jeziorze, połaziliśmy po okolicy i strzaskaliśmy nasze blade ciała węgierskim słońcem. Około 12 wyruszyliśmy w dalszą podróż ku ojczyźnie. Tym razem przygód na granicach nie było. Do Wrocławia szczęśliwie dojechaliśmy około 22.

To był bardzo udany wyjazd! W przyszłym roku Balkan Cavers Camp odbędzie się w Grecji. Już teraz planujemy tam być.

Tekst: Aleksandra Robak (z pomocą przyszła Marta Mielczarek)
Zdjęcia i filmy: Aleksandra Robak, Birgul Kalkan (Turcja)

3 myśli nt. „10th Balkan Cavers Camp, Vratsa 21-26.06.2016

  1. seba

    Jak się patrzy a te zdjęcia to i tak jestem pełen podziwu, że nie cofnęli Was do Syrii 😛

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *