Picos 2006 – relacja z wyprawy

Jest to nieco zmodyfikowana (lepsza) wersja artykułu z jaskiń. A dlaczego? Bo bez cenzury…

Znudzeni siedzimy pod Szwajcarką. Jak co roku świętujemy urodziny Stacha i oblewamy powrót z wyprawy. Niektórzy ledwo, ledwo mogą skupić wzrok na ekranie. Laptop wyświetla znane wszystkim widoki. Głowy chwieją się od alkoholu i zmęczenia.

– O! Górka łączności!

-To te kozice jeszcze żyją?!

-Przewiń to do cholery!

Doszliśmy do sedna. Co roku to samo. Wyprawa w to samo miejsce. Wyjazd w lipcu, sierpniu. We wrześniu spotkanie powyprawowe. Prezentacje zdjęć i filmów, które co roku przedstawiają te same kozice, lapiazy, szczyty. Ile tak można? Okazuje się, że całkiem długo. Obiecujesz sobie: to ostatni raz. Wracasz i jedziesz za rok lub za dwa. Znowu…

1

15. wyprawa Speleoklubu Wrocław zaczęła się jak zwykle. Pakowanie przed klubem w asyście gapiów i żegnających. W ogólnym zamieszaniu i zaćmieniu umysłów ładujemy za mało plakietek pod spity. Zemści się to na nas później. Wsiadamy do auta, w którym stwierdzam zaskakująco dużo wolnego miejsca. No tak. Nie jedzie z nami chłodnica do Mercedesa- pełen luksus. Podróż jak zwykle. Długa i męcząca, ale za to bez usterek i napraw. Po drodze krótki spór ideologiczny o to, na której plaży wymoczymy tyłki. Ale jest jak zawsze. Playa de San Antolin, wino i błogi sen w pobliżu drogi szybkiego ruchu.

Następny dzień poświęcamy na zakupy i wreszcie ruszamy w góry. Uśmiecham się ukradkiem, kiedy widzę jak Kuba, który jest w Picos pierwszy raz, trzyma się blisko nas na Wielkiej Obsranej Łące. Widocznie wziął sobie do serca opowieści o legendarnej mgle. Pogoda jest jednak bajeczna. Kiedy docieramy na górę, czuję spokój. Jestem u siebie. Nieważne, że na bazie nie ma kropli wody, a namioty jeszcze nierozbite. Rozpoznaję charakterystyczny kształt Aguja de Enol- piramidy zwieszającej się nad naszą bazą. Zapada pierwszy na tej wyprawie zmierzch. Wydaje mi się, że wanty rozrzucone na Barrastrosas są trollami, czyhającymi na brak czujności. Ale to nasze trolle. Któregoś wieczoru, gdy dzielę się z chłopakami płodami swojej wyobraźni, zauważam konsternację kierownika. Wreszcie „Stahoo” proponuje reszcie, żeby nie zbliżała się do mnie bez czosnku. No to Kuba ma pecha, bo śpimy w jednym namiocie…

Na wyprawę pojechaliśmy głównie po to, by sprawdzić możliwości dalszej eksploracji F-3- jaskini odkrytej w 1973r. przez pasterza, eksplorowanej przez francuski Speleo Club Orsay Faculte i Speleoklub Gliwice do głębokości -323. Dalsze możliwości wiążą się z pokonaniem ciasnot przy pomocy wysadzania. W tym celu we Francji kupiliśmy ‚Krety’. W czasie bazowych prób saperskich okazało się, że do bezpiecznego i sprawnego odstrzału brakuje nam kilku elementów. Do tego tradycyjnie pani wiertarka odmówiła współpracy. W odwodzie mieliśmy tylko eksplorację powierzchniową.

Piątego sierpnia Kuba, „Stahoo” i Zbych odnaleźli dziurę, która okazała się wyprawowym Jądrem Ciemności. Podczas pierwszej próby eksploracji F-44 Młody zjechał krótką złotówkę i doszedł do zacisku, który sforsował już „Stahoo”. Za zaciskiem ziała obiecująca pustka.

2

Nasz plan szybkiego zaporęczowania F-3 definitywnie upadł, kiedy okazało się, że Kuba musi zejść do lekarza a Zbych zjechać po lądujących w Santander Konara i Krzyśka. Podczas ich nieobecności wypadły szychty moje i Stacha. „Stahoo” spitował ręcznie a ja, to dostawałam udaru siedząc nad otworem, to zamieniałam się w sopel, nasłuchując jego pukania w jaskini. „Zacisk Kubański” (na cześć Kuby) po kilku przejściach przestał wydawać się zaciskiem, można go było spokojnie pokonać z kaskiem na głowie (przynajmniej w górę). Dużo gorsza była wanta nad nim. Brak oparcia dla stóp wymagał pociągnięcia „z buły”, przy jednoczesnym oporze wora i innych „haczących” elementów. Najszczęśliwsi byli ci, którym dane było pokonywać to miejsce z wiertarką.

Kolejne dni mijały szybko. Dzięki prawdziwie hiszpańskiej lampie codziennie wychodziliśmy na eksplorację. Ostatecznie, przy odgłosach spitownicy, dotarliśmy na rozdroże na -260. Korytarz rozgałęział się tu na dwa meandry. Pamiętnego 10.08.06 na akcję sprawdzającą lewy meander poszli Kuba i Zbychu. Za nimi ruszyli, kartując ziemię nieznaną, Krzysiek i Konar. Tego dnia miałam bazowy rest, siedziałam więc na górce łączności, filmując widoczki i obserwując Stacha, który biegał po strefie G, namierzając otwory. Nagle dostrzegłam Kubę schodzącego znad G-8. Za nim kuśtykał Zbych. Nawet z odległości 800m wszystko było jasne. Przedwczesny powrót i niewesoła mina Akrobaty mówiła za siebie. Do bazówki dobiegłam przed nimi. Zaraz za mną wpadł nabuzowany Kuba.

-Co mam wyjąć dla Zbycha? -zapytałam Młodego.

-Coś na głowę – odpowiedział z przekąsem.

3

Nie miałam czasu roześmiać się, bo i Zbychu dotarł do namiotu. Skutki pięciometrowego lotu pojawiły się w tempie ekspresowym. Dobrze, że dał radę wyjść o własnych siłach. Następnego dnia nasz kaleka został odprowadzony na dół. Widząc Zbycha i Kubę, ponownie odwiedzających szpital, pielęgniarki uznały, że jest to widocznie nasz sposób na spędzanie wolnego czasu.

Siły wyprawowe zawęziły się znacznie. Część ekipy zeszła jako wsparcie, reszta obijała się na górze. Wiadomo-pańskie oko konia tuczy, a kierownik na dole….

Żeby stworzyć pozory górskiej aktywności, wybraliśmy się po wodę. Podejście pod grań i powrót były fraszką w porównaniu z procesem nabierania wody z wytapiającego się płata śnieżnego. Na dodatek nad nami wspinali się zawodowi mordercy. Do perfekcji opanowaliśmy uchylanie się przed lecącymi kamieniami, które do ostatniej sekundy zmieniały tor, rozsypując się po drodze na mniejsze pociski. Następnego dnia nie wypadało już nie pójść do jaskini. Przeszliśmy prawy meander, docierając do Sali z brekcją, która najwyraźniej okresowo zalana jest wodą, o czym świadczyć może małe jeziorko przypominające ponor i dno pokryte drobnym żwirem. Za salą kolejny meander zapraszał do pokonania.

W tym czasie na Barrastrosas rozbili się grotołazi z Walencji. Powracając słyszeliśmy jak drą się z G8, wyciągając śnieg przy pomocy naszego systemu. Ponieważ wróciliśmy sporo przed zachodem, pojawił się pomysł, żeby zdezerterować na dół, na żeberka pieczone w kominku Armanda. Tamci w bazie dolnej szykują się już do imprezki, a my tu na górze siedzimy o suchych pyskach! Po zjedzonym obiadku Krzyśkowi i Konarowi trochę przeszło, ale ja zarzuciłam plecak i pędem ruszyłam w dół. Już na przełęczy złapał mnie mrok. Ani myśląc o wycofie, doszłam do Czerwonej Ziemi. Tam zgubiłam się pierwszy raz. Wlazłam na co najmniej cztery krowy, z których każda przyprawiła mnie o stan przedzawałowy. W końcu odnalazłam ścieżkę, by krótko cieszyć się tym sukcesem. Na Wielkiej Obsranej Łące straciłam po raz wtóry orientację. Gwiazd nie widać, zarysów szczytów także. Jedynymi światełkami są oczy krów i koni odbijające blask czołówki. Myślałam już, że będę spać z nogami w plecaku, ale znowu się udało. Kiedy dobiegłam do chatki Armanda, po żeberkach zostały tylko kości i zapach. Stach i Kuba poszli następnego dnia na górę. My zaś postanowiliśmy ze Zbychem powitać na plaży ostatnich uczestników wprawy. Koniowóz dowiózł Martę, Konia, Schaba i worek papierków po krówkach. Musowo należało zrobić imprezę powitalną. W tym czasie chłopaki na górze pokonali meander za Salą z brekcją i odkryli co najmniej 100 metrową studnię. W końcu zostawiliśmy zagipsowanego Zbycha i wyruszyliśmy do bazy górnej.

4

Rozpoczęła się druga część wyprawy.

Odwieczna zasada mówi, że im więcej osób na bazie, tym wolniej idzie eksploracja. Wynika to chyba z tego, że każdy myśli: nie pójdę ja, to pójdzie ktoś inny. Wszyscy pozostali myślą tak samo… W myśl tej zasady powoli kroczyliśmy do przodka.

Zaraz po naszym wejściu popsuła się pogoda. Temperatura spadła i mżyło okropnie. Zasiedliśmy więc w bazówce, robiąc wielkie plany. Okazało się, że ktoś musi zejść po linę na parking, bo nie mamy na czym zjechać setki. Ponieważ nazajutrz przestało padać, część z nas poszła w końcu do dziury. Tego samego dnia postanowiłyśmy z Martą wejść na jakiś okoliczny szczyt. Co chwilę jednak nerwowo obserwowałyśmy przewalające się chmury i zastanawiałyśmy się jak wrócimy przez ten szwajcarski ser na dole. W drodze powrotnej z Picu de los Asturianos spotykałyśmy kartujący team-Krzyśka i Konara. Kiedy my w najlepsze rozpoczynaliśmy wieczór karciany, ekipa złożona z Kuby, Konia i Schaba walczyła na przodku. Akcje w jaskini były coraz dłuższe i nikt właściwie nie miał szans wrócić tego samego dnia. Ta noc należała do najgorszych, które przeżyłam na wyprawie. Choć czekaliśmy dzielnie na chłopaków, w końcu każdy zajął pozycję horyzontalną w śpiworze. Temperatura spadła chyba do zera. Leżałyśmy z Marta nasłuchując i wychodząc co pół godziny na górkę. Za czwartym razem, około 3.00, dostrzegłam w oddali światełka. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałam też wyraźnie słowa: Ktoś na nas czeka! – choć dzieliło nas pół godziny drogi.

5

W bazówce zupa z soczewicy „dochodziła” już na gazie, gdy otworzyło się wejście. Zadowolenia grotołaza, na którego czeka gorące jadło, nie da się opisać. Pokrzątali się chwilkę, wymościli siedziska, próbując rozprostować sprasowane kręgosłupy i podali w końcu miski. Chociaż niewiele zostało do świtu, przyszedł czas na nocne dziurołazów rozmowy. Niestety nie udało im się zjechać setki, ponieważ padła pani wiertarka. Jedyną osobą, która pałała do niej po tym zdarzeniu jakimś pozytywnym uczuciem, był Koń.

Następnego dnia „Stahoo” zszedł po niezbędne do eksploracji zakupy. Gdy kierownika nie ma na bazie, myszy harcują. Na nasze usprawiedliwienie dodam, że pogoda zrobiła się paskudna. Czasu do końca wyprawy pozostało niewiele a my ciągle w lesie…W fatalnej mżawce, pod wodzą Stacha, wyruszyliśmy następnego dnia. Część z nas poszła wysadzać w BX-2, część ruszyła do F-44. W tym czasie ziemia trzęsła się w głębi i na powierzchni. Schab z Koniem „rzeźbili” przodek w BX-2, a my na górze kombinowałyśmy, gdzie by tu uciec przed burzą. Raz waliło na górze, raz na dole. Wieczorem, kiedy tylko mieliśmy pewność, że turyści zeszli z gór, Koń kontynuował eksperymenty strzelnicze. W efekcie Krzysiek dostał potężnym odłamkiem w głowę, ale wszyscy byli szczęśliwi, że zejście do szpitala nie jest konieczne.

Następnego dnia znalazłam się na przodku, gdzie opanowałam do perfekcji nieruchome siedzenie. Wymagał tego luźny rumosz nad setką. Kiedy po godzinie „Stahoo” nie odpowiadał na moje wrzaski, zdecydowałam się delikatnie podejść. Spadł tylko jeden kamyczek, potrącił drugi a ten następny. W końcu usłyszałam niewybredną wiązankę Stacha, skierowaną niewątpliwie do mnie…Wróciliśmy z głębokości -380. W tym czasie Schab z Koniem nadal wysadzali w BX-2. Bez rezultatu.

Gonił nas czas. Niedługo miał zjechać Koniowóz, zostawiając na górze czwórkę desperados. Małymi krokami posuwaliśmy się do przodu i istniało zagrożenie, że nie zdążymy z reporęczem. Każda kolejna akcja miała być tą „ostatnią”, w związku z czym Schab miał nadzieję dotrzeć w końcu do legendarnej podziemnej rzeki. Niestety na swojej ostatniej akcji w zwisie zobaczył koniec liny.

6

Koniowóz odjechał na wschód a Krzysiek, Kuba i ja dostaliśmy szansę zakończenia dzieła. Na przodek dotarliśmy szybko i ku naszemu zaskoczeniu wiertarka odpaliła za pierwszym razem. Chcąc uwiecznić ten cud, energicznie wyciągnęłam akumulator do kamery. W tym samym momencie zobaczyłam jak spada i znika na zawsze. Na nic zdało się przeszukiwanie meandra i salki z jeziorkiem. Do rzeki też nie dotarliśmy. Po trawersie i 50 metrowej studni zabrakło nam liny. Kartowanie też nam nie poszło. Same nieszczęścia. Do końca wyprawy zostały trzy dni a końca jaskini nie ma…

„Stahoo” nie ukrywał rozczarowania, ale na pocieszenie to właśnie on i Krzysiek doszli do rzeki i połączyli F-44 z F-17. Pokonując ostatnią dużą studnię stanęli na dnie, które kryło niewielką studzienkę z syfonem. Znaleźli jednak obejście do sali o pochyłym dnie, a ta sprowadziła ich nad „Rzekę”. 28 sierpnia jaskinia F-44 zakończyła się na głębokości 582 metrów. Czekaliśmy z Kubą w napięciu na powrót chłopaków i wieści z przodka. Natychmiast po ich powrocie wyszliśmy na reporęcz.

Końcówka wyprawy okazała się gorąca dosłownie i w przenośni. W dwa dni trzeba było pościągać liny, zwinąć obóz, zanieść depozyt do jaskini G-7 i znieść rzeczy na dół. Pomagał nam Zbychu, który wszedł już bez gipsu na górę. Ostatnią kolację na Barrastrosas zjedliśmy w świetle gwiazd. 31 sierpnia pożegnaliśmy Picos w chatce Armanda. Świętując narodziny nowych metrów Sistema del Canalon de los Desvios zajadaliśmy tort przywieziony z kawiarni „Covadonga”. Nazajutrz, w nagrodę za dobre wyniki, kierownik zabrał nas na wycieczkę – mogliśmy przejść cały kanion Rio Cares i podziwiać Picu Uriellu – najbardziej charakterystyczny szczyt Picos de Europa.

A co w tym roku? Naturalnie wyprawa. Znowu w Picos de Europa. Tym razem 16. Każda kolejna jest niepowtarzalna. Podobno na tych parzystych nic się nie udaje. Pojedziemy, zobaczymy… W planach nadal eksploracja F-3.

Osoby

Stahoo lub Stach. Weteran picosowy i kierownik większości wypraw. Skarbnica wiedzy o naszym rejonie. Do jaskiń woli już nie chodzić, ale gdy musi, działa jak cyborg. Naczelny geodeta. Na tej wyprawie towarzyszył mu wielki metalowy drąg, który codziennie „Stahoo” przenosił pod otwór innej jaskini- chyba że był na akcji. W ten sposób wykonywał pomiary, których nikt z Parkowców nigdy by nie zrobił. Terra incognita powoli wypełnia się danymi.

W życiu bazowym nasz kierownik stanowi człon główny loży szyderców. Na każdej wyprawie mistrz riposty typuje tzw. Ofiarę (może być ofiara losu) i razem z pozostałymi nie daje jej żyć… Na wyprawie w Picos 15. raz

Zbychu lub Zbyszek, ale nie Zbigniew. Nasz klubowy akrobata. Podobnie jak „Stahoo” instruktor PZA. W tym roku przeżył tragikomiczny wypadek, którego szczegóły przemilczymy. Ze względu na niezwykłe umiejętności Zbych przeznaczany jest zwykle do akcji partyzanckich i kaskaderskich, jak sprawdzenie lewego meandra… Zwykle kończą się jak i tym razem. Wadą podstawową Zbycha jest szybka regeneracja. Wstaje pierwszy i według jego biologicznego zegarka wyznacza się na bazie świt. Jedynie jego namiotowy partner Stahoo nie daje się sterroryzować. Zbych w poprzednim wcieleniu bez wątpienia był Czekistą. W Picos 9. raz

Koń. Człowiek złota rączka. Jedyny przyjaciel pani wiertarki. Potrafi naprawić wszystko przy pomocy młotka. W tym roku przejawiał specjalne zdolności w dziedzinie wysadzania, w wyniku czego nie tylko w jaskini, ale i na bazie należało chodzić w kasku. Przez jaskinię BX-2 torował sobie drogę „Kretami”, niestety nie chciało puścić. Podobnie jak Zbych, Koń należy do grupy akrobatów, ale zamiast spadać, woli się toczyć. Wnętrze Konia stanowi ciekawy przykład odzieży jaskiniowej. Więcej w nim dziur niż materiału. Lecz każdy wie- Koń nie marznie. Robi za to świetną zupę z soczewicy i świetnie przypala grzanki. W jaskini F44 pokonany przez następstwa gastronomiczne. W Picos 6 raz.

Schab. Najspokojniejszy i najbardziej małomówny wyprawowicz. Nie mylić z flegmatykiem. Po powrocie z dziury, leżąc w namiocie, narzekał na rzekomą złą kondycję. Wszystkie te opowieści można między bajki włożyć. Uczestnik akcji „Poczytaj nam prezesie!”, dzięki czemu znamy treść ostatniego rozdziału „Dna”. Przywiązuje zbyt dużą uwagę do zaimka osobowego „my”: my eksplorujemy, nasza jaskinia, nasz klub. Od 2 lat „Nasz” prezes. W F44 był już tak blisko podziemnej rzeki. Znowu nie udało mu się jej zobaczyć. W Picos 5. raz.

Aga. Autorka tego tekstu. Zużyła całkiem bezsensu wiele metrów taśmy filmowej. Koledzy okazali się wbrew obietnicom słabym materiałem aktorskim a ona sama miernym kamerzystą. Pracuje nad tymi brakami, pragnąc zrehabilitować się na kolejnej wyprawie. Podczas eksploracji marzyła o reporęczu. Podczas reporęczu o transporcie w dół. Podczas transportu o wannie i łóżeczku. Teraz, w wannie i łóżeczku, o następnej wyprawie. (Głupio pisać o sobie w trzeciej osobie…) W Picos 3. raz.

Konar. Znany jako Wujek Dobra Rada. Nie należy mu ufać podczas gry w karty, nawet jeśli jest się jego najlepszym kolegą. Na wyprawie tworzył z Kogucikiem kartujący team. Zapuszczał się w meandry w miejscach, które określiłabym mianem dość nieprzyjemnych. Przeprowadzał, jak skarbnikowi przystoi, częste inwentaryzacje, zwłaszcza prowiantu. W ich wyniku najczęściej stwierdzał niepokojące nas wszystkich braki. W Picos 3. raz.

Marta. Wbrew swojemu zdaniu na temat jaskiń: że jest zimno, mokro i można umrzeć, pojechała na wyprawę. Zaraz po wejściu na bazę zapytała: „Jak wy to wszystko wnieśliście?”. Zdobywczyni Picu de los Asturianos ścianą północną. Walczyła dzielnie, zszywając wnętrze Konia, co graniczyło z cudem. Z F-44 miała być ponoć wynoszona w worze, ale nie sądzę, żeby dała się tam wsadzić. Nad każdym meandrem wyrażała swoje głębokie zdziwienie naszą rzekomą odwagą. Nie przestrzegała podstawowych zasad bezpieczeństwa, chroniąc się przed burzą w otworze. W Picos 2 raz.

Krzysiek lub Kogucik. Najlepszy kolega Konara. Ma moc w łapach. Potrafi wybić haka osadzonego na amen. I choć tylu metrów liny co „Stahoo” nie wytargał podczas reporęczu, to myślę, że w kwestii ” mocy” szykuje się zastępstwo kierownikowi. Chociaż duży, mieści się całkiem łatwo w ciasnotach. Razem z Konarem wniósł 200m liny na bazę, nie rozcinając jej (ciekawe jak było na zakosach). Jako jedyny z „żółtodziobów” doszedł do Rzeki, był tym samym na dnie F-44. W Picos 1. raz.

Kuba. Nasze wyprawowe dziecko. Rozpuszczony przez kierownika jak dziadowski bicz. Kiedy nie chciał słuchać, wyłączał aparat słuchowy. Jest jedynym przytomnym świadkiem lotu Zbycha. Po traumatycznym przeżyciu wrócił nie raz do dziury i walczył do końca. Całą wyprawę narzekał na głód. Przyłapany na podjadaniu tłumaczył: „piętka się nie liczy”. Wymiękł po żeberkach, pieczonych ziemniakach i kawałku tortu toffi. Za karę wracał do Polski przez Rzym z pielgrzymami. W Picos 1.raz.

Aga Majewska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *