Zajęcia linowe 2 – Góra Birów 21-22.04.2018

Nasze zajęcia zaczęły się tak naprawdę jeszcze przed wyjazdem na Jur ę Krakowsko-Częstochowską od wyboru i pobrania sprzętu potrzebnego na wyjazd. Z magazynu klubu pobraliśmy 5 worków pełnych lin, taśm, różnych rodzajów karabinków, protektorów na liny, zapasowych worków szpejowych oraz innych przyrządów, które mogą się przydać w skałach. Sprzęt został rozdysponowany między kursantów na czas transportu.
W piątek wieczorem zjawiliśmy się w prawie pełnym składzie w Podzamczu. Ten wieczór był też wieczorem integracyjnym, który bardzo miło spędziliśmy rozmawiając o rzeczach ważnych i mniej ważnych.

Czas na pierwszy dzień zajęć. W sobotę rano idziemy pod Górę Birów, oddaloną od pola namiotowego o ok 0,5 km. Szybko docieramy na miejsce. Pierwsze spojrzenie na ściany powoduje u części z nas małe wątpliwości: czy my to naprawdę robimy, serio? Nie ma na nie jednak czasu, gdyż poznajemy naszych Instruktorów: Emka, Mikiego i Przemka. Wstępne wyjaśnienie zasad działania i przedstawienie planu pierwszego dnia ćwiczeń przebiega szybko. Zabieramy się więc za przygotowanie sprzętu własnego i zespołowego. Ubieramy na siebie uprzęże, kaski, sprawdzamy przyrządy, rozkładamy liny i karabinki. Instruktorzy i wspomagający nas klubowicze poręczują drogi. Jesteśmy gotowi do działania. Przed nami ponad 7 godzin ćwiczenia umiejętności nabytych na pierwszych zajęciach na ściance wspinaczkowej. Mamy do dyspozycji 8 lin pełnych przepinek. Jest też jedna z odciągiem. Później dochodzą jeszcze węzły, które mamy pokonywać zjeżdżając na linie i wchodząc po niej. Swoje robi też wysokość, gdyż niektórzy z nas mają z nią problem. Część dróg jest dość prosta do pokonania, za to pełna przepinek. Część ma nas przygotować do oswojenia się z wiszeniem na linie bez kontaktu ze ścianą lub do wahadeł, przewieszeń, ciaśniejszych przejść w których biegnie lina. Bywają sytuacje, w których pomagają nam radą instruktorzy i klubowicze. Zawsze ktoś nas pilnuje i możemy się spytać, jak mamy pokonać daną trudność. Jednak to my musimy sobie dać radę na linie. Nikt za nas tego nie zrobi. Między ćwiczeniami mamy możliwość podziwiać piękno Góry Birów oraz pogadać i troszkę odpocząć. Jednak nie na długo, gdyż Emek zaraz pyta z dołu, gdzie jesteśmy i czemu jeszcze nie na linie. Ostatnim ćwiczeniem dla niektórych kursantów tego dnia jest deporęczowanie.

Wieczorem mamy znów czas na integrację. Jest ognisko i gitara.

Drugi dzień jest bardzo podobny. Dochodzą nam kolejne ćwiczenia, jak schodzenie na przyrządach do wychodzenia. Zmieniają się drogi i ich poziom trudności. Jesteśmy zmęczeni po poprzednim dniu, jednak dajemy radę. Zdarzają się także chwile grozy, gdy okazuje się, że ktoś źle wpiął przyrządy, co mogło skutkować katastrofą. Jednak czujne oczy instruktorów wyłapują każde nasze potknięcie, co pozwala nam cało wyjść z każdej opresji, którą sobie zgotowaliśmy.
Po wielu godzinach ćwiczeń w końcu deporęczujemy liny. Okazuje się to łatwiejsze niż mi się początkowo wydawało. Od instruktorów dostajemy jeszcze podsumowanie naszych zmagań z dwóch dni. Zmęczeni i poobijani sprawdzamy, czy zgadza nam się stan sprzętu wypożyczonego na zajęcia. Na szczęście zgadza się, nic nie zgubiliśmy, nic nie zostało na ścianie. Pakujemy wszystko do worków sprzętowych i wygłodniali wracamy do Wrocławia. 

Po dwóch dniach na linach wiemy już, jak ważne są regularne ćwiczenia. Nie tylko przepinek, ale też własnego ciała i wyrabianie wytrzymałości. Ważne też jest trzymanie się podstawowej zasady dwóch punktów oraz zrozumienie, jak działają przyrządy. No i chyba równie ważna nauka: nigdy się nie poddawaj, a jakoś wyjdziesz z patowej sytuacji 🙂

Wielkie podziękowania dla naszych instruktorów (za naukę, ale również spokój i opanowanie): Emka, Mikiego oraz Przemka.
Wspierali nas: Ola, Mario, Beti, Luźny oraz Nina. Za co również wielkie dzięki!

W wyjeździe uczestniczyli: Michalina (czyli ja), Marcin, Jarek, Agata, Michał B., Paweł, Daga, Arek, Ania, Michał A., Kasia, Sebastian, Magda i Bart.

Pierwsze zajęcia linowe – kurs 2018

Nadszedł ten dzień, pierwsze zajęcia linowe.

Kursanci pojawili się wręcz punktualnie na słynnej Fpince. Zwarci, gotowi i obładowani tajemniczym sprzętem. Niepewni co ich czeka i jak będą wyglądać ich pierwsze praktyczne zajęcia.

Chwila na zapoznanie się z terenem, wzięcie głębokiego oddechu, i hop – do góry! Teoretycznie wiedzieliśmy, co do czego służy, ale z poprawnym zamontowaniem nie było już tak łatwo. Zdarzały się wpięcia płaniety do góry nogami, rolki tylko do liny czy wejścia na podest bez zabezpieczenia.

Wszyscy jednak zachowali zimną krew. Nie tylko my – kursanci, ale i obecni na zajęciach doświadczeni instruktorzy, którzy bacznie przyglądali się naszym poczynaniom. Cierpliwie tłumaczyli, jak motać linę na rolce i dlaczego trzeba być wpiętym w dwóch punktach. I robili zdjęcia, które można by opatrzeć tytułem „kursant potrafi”. Żebyśmy już wkrótce śmiali się z naszych kreatywnych pomysłów, takich jak ten który znajdziecie w galerii zdjęć:

 

Przetrwaliśmy kilkugodzinny, intensywny trening. Resztkami sił udało się nawet poćwiczyć przepinki. Z uśmiechem na twarzy i licznymi siniakami zakończyliśmy pierwsze zajęcia, następne odbędą się już w terenie – na górze Birów. Czy damy radę, czy nie zabraknie odwagi i sił? Czy będziemy pamiętać jak montować sprzęt do liny?

Zobaczcie jak wyglądały nasze pierwsze zajęcia okiem naszej klubowej koleżanki – Aleksandry Robak:

Autor tekstu: Agata Zygmunt i Katarzyna Spychaj

Obóz wspinaczkowy vol. 3 – kurs 2017

Obóz wspinaczkowy już na 3 dni przed rozpoczęciem budził wiele emocji, gdyż połowa składu została osłabiona awariami samochodów.  Ja utknęłam we Francji, a Emil w domowym warsztacie.  Na szczęście Sylwia poruszyła niebo i ziemię, by swoje auto przystosować do wyprawy i we wtorek 22 sierpnia w nieco osłabionym składzie (Gosia, Sylwia i ja) dotarłyśmy na Parking pod Górą Birów. Zajęcia zaczęły się od prezentacji asortymentu asekuracyjnego oraz weryfikacji naszego poziomu. Szczęśliwie okazało się, że nadajemy się na nieco ambitniejsze trasy niż ta na załączonym obrazku 🙂

Pierwsze dwa dni minęły nam na wspinaniu się z użyciem asekuracji opartej na ringach, na nauce poruszania sie po linie z wykorzystaniem prusików oraz na nauce zjazdu w wysokim przyrządzie. W tym czasie poznałyśmy również metody budowania stanowisk w ringach.

W czwartek dołączyła do nas Dorota i zostałyśmy zapoznane ze sprzętem do asekuracji własnej. Zaczęło się niewinnie, gdyż stojąc bezpiecznie na ziemi testowałyśmy chwytność dostępnych na tej wysokości szparek, w których osadzałyśmy roksy, heksy i tricamy. Najtrudniej było nauczyć się ich nazw 😀 oraz osadzić je w odpowiednio wytrzymały sposób. Minęło dużo prób zanim osiągnęłyśmy akceptację osadzonych kości przez czujnego instruktora Emka. Najgorsze dopiero miało nastąpić, gdyż kolejne zadanie polegało na wykorzystaniu zdobytych umiejętności (w które Emek wierzył, my nie) w praktyce. Niczym wygnane na pewną śmierć pierwsze śmiałki ruszyły do góry. Emocje rosły tak szybko jak średnica oczu i to bez znaczenia, czy było sie prowadzącą czy asekurującą. Na szczęście panika okazała się zbędna, gdyż rozdygotane prowadzące bezpiecznie docierały do stanowisk, a potem asekurując z góry sprowadziły swoje partnerki, które podczas demontażu kości zrozumiały, skąd wzięła się potoczna nazwa klucza do kości – z upierdliwości ich wyciągania.

Piątek, sobota i niedziela zostały poświęcone dalszym ćwiczeniom wspinaczki tradowej z rozszerzeniem o wspinanie wyciągowe. Emek wyznaczał nam wzory na skale, a my próbowałyśmy je odtworzyć tworząc w odpowiednich miejscach stanowiska i wykorzystując nabyte dotychczas umiejętności związane z budową stanowisk (również z natury), pokonywaniem trawersów i zjazdami. W przerwach narzuconych przez deszcz chowaliśmy się w jamie i ćwiczyliśmy techniki autoratownictwa. Nauczyłyśmy się m.in. flaschenzuga szwajcarskiego (co dobrze brzmi i każdy chciałby to umieć) oraz przepinania liny przez węzeł. Teraz już wiemy, że gdyby partner Joe z filmu „Czekając na Joe” (z ang. Touching the Void) miał szkolenie u Emka, to nie musiałby odcinać liny na której zawisł ranny Joe. My miałyśmy szkolenie, więc jest szansa, że o nas podobny film nie powstanie. A na pewno postaramy się, by nie powstał.

Obóz minął nam bardzo szybko. Dobre humory nie opuszczały nas ani na chwilę. Dostałyśmy dużą dawkę wiedzy i dużo rad jak bezpiecznie poruszać się po skałach. Zostało nam dużo wspomnień, przemyśleń, zapału do nauki i podstawowa myśl przewodnia: Bezpieczeństwo przede wszystkim!


Serdeczne podziękowania należą się:

– Organizatorom kursu za zorganizowanie obozu wspinaczkowego

– Emkowi za podzielenie się z nami swoją wiedzą i umiejętnościami oraz za to, że cierpliwie i z zimną krwią znosił nasze (czasami kaskaderskie) wyczyny

–  Sylwii za ogarnięcie samochodu, którym mogliśmy przyjechać na Jurę oraz podróżować z pola namiotowego pod Górą Birów na Górę Birów

– Dorocie za to, że do nas dojechała i zatrzymała falę przestojów w treningach oraz za działalność sprzyjającą  integracji i okolico znawstwa, a przede wszystkim za pomysł pojechania na Największą w Europie pustynię 🙂

– Gosi zwanej Zosią i/lub Andżelą (a czasami również Andrzejem / Mietkiem) za to, że reagowała na wszystkie imiona oraz, że w mig łapała te wszystkie sprzętowe i linowe zagadki i cierpliwie (i w pełnej konspiracji przed Emkiem) korygowała błędy pozostałych

-Dorocie, Gosi, Sylwi i Emkowi za zorganizowanie mi przyjęcia urodzinowego oraz za super prezent z dedykacją

– Panu Właścicielowi pola namiotowego za dostosowanie pory uruchamiania ciepłej wody do naszego trybu życia na obozie oraz za opowieści o lokalnych wspinaczach i innych wyczynach lokalnych bohaterów

– Restauracji Stodoła za pyszne jedzonko i rozbudowane menu, dzięki czemu miałyśmy urozmaicona dietę, siłę na wspinanie oraz naładowany telefon

– Gminie Ogrodzieniec za zorganizowanie dnia Magii na Górze Birów, dzięki czemu miałyśmy szerokie grono gapiów i komentatorów

– Gapiom i komentatorom z Góry Birów za wszystkie komentarze i za zrobione nam zdjęcia bez pytania – mamy nadzieję, ze trafimy do Waszych albumów rodzinnych. Dzięki Wam czułyśmy się jak prawdziwe Jurajskie celebrytki  🙂

– Sklepowi na Podzamczu za zimną wódkę i pyszne ciastki

– Gminie Ogrodzieniec za huczne pożegnanie nas koncertem zespołów Lao Che oraz Happysad oraz za wspaniały pokaz sztucznych ogni. W piękny sposób pokazaliście nam, że będziecie tęsknić. My też będziemy :*


zasłyszane na obozie:

„Najlepsze urodziny na zamku na jakich byłam.”  Dorota T.

Halina chodź szybko zrobię Ci zdjęcie z profesjonalnym SPINACZEM.” Gap z Góry Birów

Pani tak szybko jedzie, że ja może stanę na dole i łapać będę.” Inny gap z Góry Birów podczas naszego zjazdu w wysokim przyrządzie.

A: trzymam za Ciebie kciuki; G: Ty mi linę trzymaj a nie kciuki!” Małgorzata N., Anna K- asekurujący.

„A: mogę iść!”, „G: nie. ja teraz idę.” Małgorzata N., Anna K. przygotowana do asekurowania

Uprząż wkłada się po to, żeby podkreślić pośladki i uwidocznić męskość.” Emmanuel S.

Obóz wspinaczkowy vol. 2 – kurs 2017

W dniach 05-10.08.2017 2017 w obszarze zamkniętym między Poraj – Dąbrowa Górnicza – Chechło – Kostkowice odbył się obóz wspinaczkowo – pływacki z elementami religioznawstwa oraz wątkiem kryminalnym.

Piątek 04.08.2017
Zaczęło się klasycznie, jak większość wyjazdów kursowych wydostaniem z Wrocławia na niezmienni remontowaną i zakorkowaną autostradą A-quatro, odstaniem ustawowych 3 godzin z okazji remontów lub wypadków i po jedynych sześciu godzinach podróży, późnym wieczorem dotarliśmy na znane obozowisko jaskiniowców przy ulicy Partyzantów na Podzamczu.

Sobota 05.08.2017
Następnego dnia, rano, w składzie: Marta, dalej zwana Małą; Artur, dalej zwany Obrzękiem; Krzysiek, dalej zwany Ojcem (jedyny w ekipie, oficjalnie, dorobił się dziecka) i Gerwazy, dalej zwany ja; podążyliśmy w stronę skały pod Grodem Birów by spotkać się z dowódcą kursu, Emkiem, dalej zwanym Emkiem. Najlepszy instruktor wspinaczki na Jurze, mistrz zen z Tybetu i oaza spokoju Emek, przywitał nas jak zwykle jakimś ciepłym słowem ͫ , po czym zaczęliśmy pobierać nauki. Dobraliśmy się w pary: Mała – Obrzęk, Ojciec – ja (tu spoczęła na mnie dodatkowa
odpowiedzialność, bo nie mogłem dopuścić do uszkodzenia żywiciela rodziny). Na pierwszy ogień ogarnialiśmy podstawowe komendy, „spotowanie”, asekurację od dołu, wspinaczkę „na wędkę”, wspinanie z dolną asekuracją, montowanie stanowisk z dwóch punktów, zjazdy w wysokim przyrządzie oraz prusikowanie (awaryjne podchodzenie i schodzenie po linie za pomocą dwóch repsznurów). Na wszelkie wątpliwości typu „czy to jest wyblinka” otrzymywaliśmy błogosławione i uspokajające, gromkie „JOOOOOOO” (kto był, ten wie o co chodzi). Wieczór, to czas
wolny i okazja do poznania plemienia dzikusów/dzikich, którzy za pomocą kładów polowali na zajączki.

Niedziela 06.08.2017
W kolejnym dniu przenieśliśmy się na Straszykową Górę (drugie co to wysokości wzniesienie Jury Krakowsko – Częstochowskiej), gdzie bardziej samodzielnie szlifowaliśmy zdobytą dzień wcześniej wiedzę i umiejętności. Każdy zespół przeszedł po 5 dróg. Tu również jak poprzedniego dnia jako przeloty wykorzystywaliśmy ringi i ekspresy. Ojciec ufny w postępy zespołu postanowił poszukać potwierdzenia naszych umiejętności u dowódcy Emka, no i znalazł w postaci słów: „Wspinaczy z Was nie będzie, ale szambonury kiepskiej klasy, może”. Z nowości poznaliśmy
zasady montowania stanowisk asekuracyjnych (zarówno z liny jak i taśmy), takich jak: angielskie, samonastawne, „pająka”, z kontrami lub bez. Wieczór obfitował w tak emocjonujące wydarzenia, jak nocna pielgrzymka i czuwanie przy figurze Matki Boskiej Podzamczańskiej od Wspinaczy, czy oblężenie i szturm murów zamku Ogrodzieniec, gdzie największym męstwem i furią wykazała się Mała. Z ciekawostek topograficznych w okolicy Straszykowej Góry, występuje kilka ciekawych jaskiń (w tym Jaskinia w Straszykowej Górze, długa na 150m, podobno jedna z najciekawszych jaskiń jurajskich), część z nich była wykorzystywana w czasie wojny jako schronienie dla ukrywających się żydów, a na samej górze istnieją jeszcze ślady po stanowiskach artylerii z czasów I Wojny światowej.

Poniedziałek 07.08.2017
Trzeci dzień zmagań, to powrót na Birów oraz kolejny poziom wtajemniczenia, czyli nauka osadzania kości, heksów, trikamów i „friendów” jako punkty własnej asekuracji, tego dnia utrwalaliśmy również wykorzystanie naturalnych punktów (ucha skalne) i taśm lub rep jako przeloty. Ważna umiejętność, to przewidzenie w którym kierunku punkt będzie obciążany i zaklinowanie metalu w ten sposób, aby ruchy liny nie osłabiły zatarcia metalowego bajeru. Pod koniec dnia każdy zespół miał po jednej poprowadzonej drodze na swoim koncie. Na nocleg pojechaliśmy nad bajoro w Kostkowicach, to właśnie miejsce polecam jako alternatywę do Podzamcza w gorące letnie noce, czysta woda, mało ludzi, jedyny problem to brak drewna na opał.

Wtorek 08.08.2017
Wspinanie na asekuracji własnej, nauka konstruowania układów wyciągowych partnera, budowanie flaszencugów i techniki przechodzenia przez węzeł. Noc spędzona nad jeziorem w Poraju.

Środa 09.08.2017
Dzień zaczęliśmy od wspinania na „Adepcie”, i po przejściu dwóch dróg na zespól, przenieśliśmy się w okolicę parku linowego, gdzie do dziennej puli dorzuciliśmy dwie trasy, z czego jedną z długim, acz niezbyt wymagającym trawersem. Ciężki dzień kursowy zakończyliśmy w małpim gaju, wśród rozwrzeszczanych 10-cio latków. Zmęczenie i spadek formy dały o sobie znać, co zaowocowało zgubieniem przeze mnie portfela na drodze w Ogrodzieńcu. W pogoni za zgubą mieliśmy okazję odwiedzić obozowisko pielgrzymów i zaznać chwili sławy, bo ogłoszenie o zgubionym portfelu pojawiło się na scenie tego chrześcijańskiego festynu. Wieczorem natomiast w Parku Wodnym Nemo mieliśmy okazję doskonalić następujące techniki pływania: klasyczną, na grzbiecie, kraulem, jacuzzi na brzuchu oraz plecach.

Czwartek 10.08.2017
Z samego rana czekała mnie wizyta na komisariacie w Ogrodzieńcu, gdzie ktoś odniósł odnaleziony portfel. Niestety, bez dokumentów. Ostatni dzień zmagań wspinaczkowych, to zdobycie 26-cio metrowgo Komina Kursantów w wycenie IV z widowiskową, zachodnią ekspozycją.

Podsumowując, było baaaardzo fajnie, zżyliśmy się ze sobą, a każdy z naszej czwórki złapał bakcyla wspinaczkowego. Trochę zmęczeni, bardziej smutni, że musimy wracać, chętnie przedłużylibyśmy turnus o kolejnych kilka dni, jednak obowiązki wzywały. Jakoś tak to było, bo nie bardzo pamiętam ͫ, wszystkie opisane wydarzenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i nie należy doszukiwać się podobieństwa w rzeczywistych postaciach.

Obóz wspinaczkowy vol. 1 – kurs 2017

Pierwszy obóz wspinaczkowy już za nami!

Czworo kursantów pod okiem instruktora Emka poznawało techniki wspinaczkowe zdobywając skały w okolicy jurajskiego Podzamcza. Na początku zapoznawali się oni ze sprzętem oraz z podstawami wspinaczki. Dla niektórych była to pierwsza okazja do założenia uprzęży wspinaczkowej :).
Już pierwszego dnia trenowali wspinaczkę na wędkę, z asekuracją dolną na drogach sportowych oraz techniki samodzielnego zjazdu na linie z wykorzystaniem stanowiska asekuracyjnego. Niestety podczas zajęć jedna kursantka skręciła staw skokowy, więc pozostałe dni kursowe odbyły się w uszczuplonym gronie.

Drugiego dnia kursanci trenowali dalej techniki wspinaczki z dolną asekuracją oraz poznali techniki budowania stanowisk asekuracyjnych.


Trzeci dzień był wstępem do wspinaczki na asekuracji własnej. Kursanci mieli okazję nauczyć się osadzać własne punkty asekuracyjne za pomocą taśm oraz kości – rocksów, hexów i tricamów. Odbyli również pierwsze swoje drogi na własnej asekuracji.


Kolejnego dnia pogoda nie dopisała, ale nie przeszkodziło to w treningu :). Kursanci prawie cały dzień spędzili w jaskini, gdzie trenowali wspinaczkowe techniki autoratownictwa.

Dzień piąty upłynął głównie na szlifowaniu zdobytych już umiejętności wspinaczki na własnej asekuracji. Na zakończenie kursanci oddali się zabawie – oczywiście w duchu wspinaczkowym – przechodząc trasę w parku linowym.
Ostatni dzień również zapowiadał się deszczowo, więc kursanci najpierw wspinali się schowani w „Kominie kursantów”, lecz gdy wyszło słońce, zdobyli również ściany „Grodu Birów”, kończąc tym samym pełne wyzwań 6 dni 🙂

 

Tekst: Karol Posiła

Zdjęcia: Karol Posiła i Magda Filip