Jura 25-26.04.2015 – Kurs 2015

Wyjazd na Jurę był naszym drugim wyjazdem kursowym, po Pełcznicy, na którym uczyliśmy się obsługi takich wynalazków, jak rolka, shunt, małpa i croll. 25. kwietnia rano – ruszyliśmy do celu. Mnie przytrafiła się podróż z Pawłem, Arturem, Łukaszem oraz Gabikiem, która opowiadała nam fascynujące rzeczy o swojej pracy w aptece, na kanwie których prowadziliśmy filozoficzne dysputy dotyczące etyki i sumienia. Podróż mijała nam zatem szybko, a i tak okazało się, że dotrzemy trochę spóźnieni. Ale nic o nas bez nas. Aż tak znowuż się tym lekkim czasowym poślizgiem nie przejęliśmy, ponieważ kierownikiem wyprawy został Paweł, który w bagażniku, oprócz naszych rzeczy, wiózł jeszcze 4 wory ciężkiego sprzętu, bez którego żadne zajęcia nie mogły się fizycznie odbyć;) Na miejscu, na górze Birów, podzieliliśmy się na trzy kilkuosobowe, ćwiczące w jednym czasie grupy. Ja byłam w pierwszej, próbującej przepinek z Emkiem – naszym instruktorem, który cierpliwie tłumaczył nam wszystkie zasady, a także wszedł do nas na górę, gdy po wjeździe oświadczyłyśmy z Gabą, że bez niego nie zjedziemy.

1

Okazało się, że zjazd pod okiem instruktora jest całkiem prosty, mniej karkołomny niż dotąd, i naprawdę zaczęłyśmy wreszcie „porozumiewać się” trochę z rolką i shuntem – kontrolować optymalne odległości, co jak się okazało, następnego dnia było już niezbędne do zachowania jako takiej płynności. Po jakimś czasie – grupy się zamieniły i po skończonych, przez moją, na skale zajęciach, udaliśmy się do specjalisty od węzłów – Adama. Ćwiczyliśmy wyblinki, półwyblinki, tatrzańskie, ósemki, łączenie lin… cały arsenał 😉 Jedne węzły były banalne, inne trudniejsze, ale trudność tę zrzuciliśmy na karb już bardzo dużego zmęczenia. To uświadomiło mi zresztą, jak ważne w jaskini muszą być, tak zwane,”automatyzmy”, kiedy mózg wolałby już sobie, na przykład, pójść spać. Po wiązaniu, rozwiązywaniu i supłaniu oraz krótkim odpoczynku, poszliśmy do Tomka, z którym ćwiczyliśmy sekwencję do wjazdów i zjazdów. Lecz mój bezpieczny, budowany z cierpliwością „świat” – miał niedługo runąć w gruzach, kiedy to Emek po skończonych zajęciach pokazał nam, w iście Bondowskim i błyskawicznym stylu, sekwencję preferowaną przez siebie i Marbacha, która różni się jednak od tej wypracowywanej przeze mnie;) Ostatecznie chodzi jednak przecież o bezpieczeństwo i własne preferencje. Obserwowanie kolejnego już doświadczonego taternika, z kolejnej „szkoły”, jest inspiracją do zgłębiania tematu i fajnie, że mamy możliwość uczenia się od różnych, preferujących różne style, osób.

2

Wieczorem zrobiliśmy sobie na polu namiotowym, gdzie część z nas spędzała noc, wielkie ognisko, na którym pojawili się prawie wszyscy i gdzie czekała nas moc atrakcji – między innymi konkurs wchodzenia na latarnię, w którym osobiście nie odważyłam się wziąć udziału i nic by mnie do tego nie przekonało 😀 Niestety, nie pamiętam za bardzo, kto go wygrał. Po mniej lub bardziej przespanej nocy, ruszyliśmy na zajęcia na nieodległą Bibliotekę i tu już mnie było, z mojej perspektywy, aż tak różowo, jak dnia poprzedniego:) Instruktor Szuflada udzielił nam cennych wskazówek co do dopasowania sprzętu, a następnie, z jego nieocenioną pomocą i przy wsparciu Adama i Tomka, ćwiczyliśmy na skale – już w trochę wyższym stopniu wtajemniczenia. Przepinki były trudniejsze od tych, z którymi mieliśmy dotąd do czynienia. Raz niezbędna okazała się dziewczynom chwilowa pomoc psychologiczna, po której wszystko już poszło gładko 😀 Innym razem – cóż… niebardzo wiedziałam, jak sobie poradzić i tutaj podziękowania dla Pawła, który będąc na linie obok, podpowiedział mi kilka fajnych patentów i ostatecznie, kolejną przepinkę pokonałam bez stresu i zbędnego siłowania się:) Dla mnie osobiście – jak mogłam się przekonać na Bibliotece – największy problem stanowią chyba w tym momencie odciągi.

3

Około 17:00 skończyliśmy zajęcia i, niebotycznie zmęczeni, po dwóch dniach intensywnych ćwiczeń, zaczęliśmy w deszczu opuszczać Jurę i łojących jeszcze obok nas niezłomnych wspinaczy. Dla kilku kursantów, którzy mają już jakieś doświadczenie, były to po prostu kolejne fajne, integrujące nas zajęcia. Większość jednak miała okazję bardzo dużo się nauczyć, za co należą się podziękowania, przede wszystkim, naszym kolegom z Klubu, którym niezmiennie chce się nam to wszystko przekazywać.

4

Z „harcerskim pozdrowieniem” :)! Kama

Tekst: Kamila Mikołajczak
Zdjęcia: Tomasz i Paweł Mosiołek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *