Morawski Kras

Majówkę 2003 postanowiliśmy spędzić na Morawach. Jest tam całkiem blisko i sporo jaskiniowych atrakcji. Niestety trochę poźno zabraliśmy się za kontakty z naszymi południowymi sąsiadami co skutkowało pewną improwizacją w działaniu na miejscu… W podróży służył nam nieco wyeksploatowany transit, ale jakoś wytrzymał drogę i było całkiem przestronnie 🙂
Po dotarciu do Rudic Roman zakwaterował nas koło stadionu w specyficznym domku służącym za szatnię dla piłkarzy, schronisko, i kto wie jeszcze co… Parę metrów dalej była sławna Hospoda Tumperek, gdzie też spędzaliśmy miłe chwile przy „smażonym serze” i „czarnej horze”.

Na początku byliśmy zmuszeni zwiedzać po kolei wszystkie turystyczne jaskinie. Po prostu nie miał się kto nami zająć, czekaliśmy na Oldricha, który jednak nie przybywał. Tak więc zwiedziliśmy przepaść Macochę (-140m), płyneliśmy Punkvą (pozdrowienia dla Pani Lenki -przewodniczki :), słuchaliśmy historii o zagubionej owieczce Katerince, pan w jaskini Balcarka nie lubił jak zostawaliśmy z kamerą z tyłu, a w Sloupsko-Sosuvskiej to Vangelisa odtwarzali :).

W końcu po zwiedzeniu kilku Hospod w których rzekomo mieli przesiadywać „jaskiniarze” trafiliśmy do Holstejnu, gdzie swoje domki posiadają dwa kluby. W jednym z nich trafiliśmy akurat na Czecha który swego czasu bywał we Wrocławiu i zaproponował nam pomoc w zwiedzeniu kilku jaskiń. Na drugi dzień po wymianie klubowych „proporczyków” z dwoma Czechami ruszyliśmy na zwiedzanie okolicznych jaskiń. Najpierw poszliśmy do Starej Rasovnej, gdzie ciągle idzie się wzdłuż grubych metalowych rur co sprawia specyficzny klimat, oczywiście po nieodzownych metalowych podziemnych ferratach, czyli drabinach. Niestety daleko nie doszliśmy bo był wysoki stan wody. Potem była Pikova Dama ze wspaniałymi lodospadami, wysokimi drabinami bez asekuracji, i wahadłem „na tarzana” nad beczką wodną… – właściwie zalaną głęboką studnią o owalnych krawędziach. Po wykonaniu wahadła do przeciwległego okienka (rewelacja), zaczynała się jaskinia Spiralka, której niestety nie zobaczyliśmy za wiele. Byliśmy też w Holstejnskiej oraz Hladomornej, gdzie kiedyś były lochy i zrzucano tam więźniów, potem wywieziono kilka wozów kości i szczątków. Obecnie trwają tam również prace badawcze namuliska.

Wracając mijaliśmy zlot Velorexów (czeskie odpowiedniki ddr-owskich Simsonów dla inwalidów), które zrobiły na nas miłe estetyczne wrażenie, a każdy kierowca mijając kolumnę ubłoconych grotołazów trąbił pozdrawiająco. Tam grotołaz to chleb powszedni, nikt się nie czai, nie przebiera pod otworem, by za parę metrów znów ubierać. No ale to wynika z tego że na Morawach jaskinia na jaskini wyrasta 🙂

Następnego dnia z przewodnikiem zwiedziliśmy Rudicke Propadani zaczynając suchym wejściem a nie proponowanym „canyoningiem”. Woda która wpada do Rudickich Propadani ma jeden ze swoich dopływów z pobliskiej oczyszczalni, co sprawia że jej zapach jest… -wiadomo. Zapach wody i widok „źródła” chyba zniechęciły nas do „full kontaktu” z tą cieczą. Jak się okazało radość z suchych portek nie była długa bo większość trasy wiedzie w wodzie, śmierdzącej wodzie. Wrażenia są skrajne z jednej strony piękna szata naciekowa, fajne gangi, spacer po naciągniętych stalówkach a z drugiej woń nie do zapomnienia. Całą drogę zastanawialiśmy się kto pierwszy dostanie wysypki ale… o dziwo nikomu nic nie było.

    W majooowce udział wzięli:

  • M. Andała (Mario)
  • T. Haba (Schab)
  • K. Klimczak (Janosik)
  • M. Koziński (Ziege)
  • W. Nobis (Profesoor)
  • M. Saganowski (drajwer)

Podziękowania dla: Romana Sebeli, Oldřicha Stosa (KOTA 1000) oraz chłopaków z ZO ČSS 6-15 Holstejnská !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *