Wielka Litworowa, czyli historia pewnego udanego wyjazdu, 02-04.09.2011

SAM_1438

Wyprawa, wyprawa… i po wyprawie. Jak to w reklamie pewnej znanej firmy telekomunikacyjnej – serce zostało na Picos, a rozum… pojechał w Tatry. Decyzję o wyjeździe podjęłam dość spontanicznie podczas spotkania (no, właściwie imprezy) w klubie w środę, a już w piątek po pracy siedziałam w aucie z bananem na ustach. A co. Pozbieranie ekipy do auta zajęło nam trochę czasu. O ile z Arkiem i Magdą szybko wrzuciliśmy sprzęt do bagażnika, tak z bagażami Grześka było trochę problemu. Dwa plecaki i torba z kalafiorem… Hmm 🙂 Sprzętu wspinaczkowego mieliśmy jak na jakąś zaciężną akcję. Jechaliśmy w dziury, ale miałam wrażenie, że coś mnie ominęło. No nic, wspólnymi siłami rozparcelowaliśmy zawartość jednego plecaka i poupychaliśmy skrzętnie w zakamarkach bagażnika. Nie wiem, jakim cudem to się tam wszystko zmieściło. Grunt, że Grzesiek tego nie widział. Na pocieszenie dostałam do opieki kalafiora wraz z resztą ciekawej zawartości torby. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy aby trafiłam rzeczywiście na właściwy wyjazd.

Wszyscy byli pełni zapału, tak, wstańmy skoro świt! Stanęło na 7, na 8 umówiliśmy się na wyjście z Mr. Elektronem. Miał do nas dojechać z innej imprezy. No i dobrze, że był ktoś z zewnątrz, bo o 7 to przewracaliśmy się na drugi bok, smiejąc się w duchu z głupiego budzika i ambitnych postanowień. Pewnie byśmy jeszcze spali, ale Elektron dotarł po 8 i truł. Nie było wyjścia. O dziwo udało się w miarę zebrać i po upchaniu plecaków ruszyliśmy dziarsko na szlak. A na szlaku cudy i dziwy (te drugie w sensie dosłownym nawet). Standardowo jak to na deptaku, dzikie tłumy stonki w japonkach, klapkach i innych typowo górskich butach. Standardowo również czułam się jak dziwoląg, nieprzystosowana ubiorem i mentalnie. Do tego usłyszałam pytanie, czy idę na nartach zjeżdżać. Aha, no tak, kijki. Byle do odejścia szlaku.

No, teraz było zdecydowanie przyjemniej, z dala od zgiełku. I jeszcze tylko zakręt, potem strumień, podejście jedno i drugie i Przysłop. A potem już tylko podejście i podejście i jeszcze większe podejście. A kamienie się nie kończą. Chciałoby się zaśpiewać:
A droga długa jest
Nie wiadomo czy ma kres
A droga kręta jest
Co dalej za zakrętem jest
Kamieni mnóstwo
Pod kamieniami leży szkło
Szło by się długo
Gdyby nie to szkło to by się szło (…)
Szkła co prawda za dużo wieczorem nie było, ale dobrze na coś zwalić. A co. Grunt, że w komplecie doczołgaliśmy się pod właściwy otwór. Była pewna szansa, że nie znajdę, bo jedyna moja wizyta w tym miejscu odbyła się w mglistych warunkach i przyznam szczerze, nie zawracałam sobie głowy jakąśtam ścieżką.

SAM_1419

W dziurze poszło nam całkiem nieźle. Ekipa podzieliła się zadaniami i napieraliśmy szybko w dół. Arek dzielnie poręczował moje ulubione miejsce – trawersik nad studnią. Właściwie, to nie wiem, czy to bardziej trawers, czy po prostu meander ze studnią, grunt, że trzeba się nieźle zaprzeć i nie patrzeć w dół. Arek się tak zapierał, że nawet zdołał z siebie część sprzętu wypiąć i zgubić. Przepadło. Grzesiek z Magdą wycofali się z tego miejsca, bo sił nie starczyło, natomiast nasza „szybka trójka” doczłapała do zamierzonego celu – Sali pod Płytowcem. Na pochylni z piarżyskiem zastaliśmy raj dla spragnionych – dwa garnki wypełnione po brzegi wodą. Co za ulga. W poszukiwaniu galerii ze zdjęciami zwiedzilismy parę innych korytarzy i wreszcie wiem, gdzie są te wszystkie odejścia w inne partie jaskini.

 SAM_1429 SAM_1430

Z dziury wyszlismy już po zachodzie słońca. Widok na rozświetlone Zakopane i okolice był niesamowity. Co ciekawe, dobiegały nas czasem nawet dźwięki muzyki z miasta. Myślałam początkowo, że już źle ze mną, skoro słyszę głosy, ale to jednak nie było złudzenie. Drogę w dół pokonywaliśmy błyskawicznie, mało co nie łamiąc nóg. Szczególnie ja, gdy idąc ostatnia i sama, usłyszałam szelest w krzakach. Serce podskoczyło mi do gardła, a w głowie od razu pojawił się niedźwiedź i szerg kolejnych przerażających obrazów. Muszę przyznać, że popędziłam wtedy nieźle. Na bazie czekała na nas miła niespodzianka w postaci kartonów z pizzą. Magda z Grzesiem zadbali wsaniale o nasze żołądki. Nawet nie mieliśmy siły podgrzewać, rzuciliśmy się na jedzenie jak wilki. Dawno nie jadłam takiej dobrej pizzy 🙂

SAM_1443

Drugiego dnia wyspaliśmy się porządnie i jak rasowi turyści postanowiliśmy udać się na wycieczkę na Halę Gąsienicową i nad Czarny Staw. Napatrzyliśmy się znów na japonki i inne górskie wynalazki. Zawsze się zastanawiam, po co nam właściwie te treki i wygodne ciuchy, skoro w japonkach też się da? Nad stawem zrobiliśmy rzecz karygodną – popas na miękkiej trawce z piwem i zakąskami. Znaczy się, uprawialiśmy turystykę. Widoki były cudowne, trawa miękka, a teren ukształtowany prawie jak grajdołek – nic tylko się zdrzemnąć.

SAM_1437SAM_1446

Po wycieczce obowiązkowo Adamo. Długo przyszło nam czekać na kelnera, potem na rachunek, koniec końców godzina powrotu do domu mocno nam się przesunęła. W efekcie dotarliśmy do wrocka gdzieś po 2… Zastanawialam się nawet, czy iść w ogóle spać, czy od razu do pracy. A co.

Uczestnicy:

  • Magda Sikora
  • Kasia Filipek
  • Arek Młynarczyk
  • Grzesiek Szmidt
  • Adam Pyka – Mr. Elektron

Tekst i zdjęcia: Kasia Filipek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *