![]() | ||||||||||
![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() |
SŁOWENIA I CHORWACJA - V 2006
Gdybym musiała kiedykolwiek emigrować, na pewno wybrałabym Słowenię. Ma wszystko, co kocham i to w odpowiednich proporcjach...
Nie od razu wiadomo było, że właśnie tam trafimy. Na początku mieliśmy pojechać do Rumunii, potem ktoś wspomniał o ukraińskich Bieszczadach, w końcu odezwała się Bielawny. Potrzebowaliśmy jednak jakiegoś pewnika a Optymistyczna do ostatniej chwili pisana była patykiem po wodzie. Padło na Słowenię i bazę speleologiczną w Laze u Franka Facija.
W strugach deszczu przejechaliśmy Czechy i Austrię. Na campie nie zastaliśmy żywego ducha, ale przeszukując drewniany domek, odkryliśmy ślady bytności Węgrów. Cała chata zawalona była ich rzeczami, więc trochę nam miny zrzedły. Wtedy Koń przypomniał sobie o stryszku. Z narażeniem życia ( a właściwie głów, bo klapa opadała jak gilotyna) wleźliśmy na górę i uprzątnęliśmy z grubsza kurz i osie gniazda. Żeby nie tracić cennego czasu, zafundowaliśmy sobie wycieczkę do Postojnej, gdzie naprawdę nacieków jest do porzygania. Osobną frajdą był przejazd kolejką elektryczną wewnątrz jaskini.
Wieczorem doszło do integracyjnego spotkania na bazie. Okazało się, że Frank wyjechał z rodziną a Węgrom zostawił psa. Za namową Madziarów następnego dnia udaliśmy się do "prawdziwych jaskiń". Oczywiście nadal padało. Jedna z dziur - nazwy nie pamiętam - zaczynała się wielkim otworem i salą wstępną porośniętą mnóstwem mchów i pnączy. Zapowiadała się miło. Dalej było już wąsko i mokro. Po kilku minutach zauważyłam, że jestem sama i nie słychać reszty, więc poczekałam...Potem poczekałam jeszcze trochę i jeszcze chwilkę...W końcu stwierdziłam, że może ta jaskinia niekoniecznie ma jeden korytarz, więc zapamiętaną drogą wróciłam. Okazało się oczywiście, że tamci jeszcze w ogóle się nie ubrali. Po prostu spręż doskonały.
Odkryliśmy przejście do następnej części jaskini, dość ciekawie zakamuflowane kałużą u podstawy ściany. Kałuża nie była żadną kałużą tylko fragmentem jeziorka, w którym należało się położyć, żeby przeczołgać się na drugą stronę. A potem to wszystkim było wszystko jedno. Błoto i woda były wszędzie. Nawet nacieki upstrzone były błockiem, jakby kiedyś w środku eksplodowała błotna bomba.
Kolejnym naszym celem była jaskinia Gradasnica, polecana gorąco przez Węgrów, którzy byli tam dzień wcześniej. Otwór, podobnie jak poprzedni, był spory, z tą różnicą, że okazał się studnią w środku lasu. Na skraju jednej z półek skalnych tkwiło gniazdo jakiegoś dużego drapieżnika. Parka ponurych ptaszorów siedziała nieopodal, patrząc na nas szyderczo. A lina tarła...
Jaskinia była niesamowita. Ponieważ nadal padał deszcz, światło docierało na dno studni rozrzedzone i szarawe. Mchy na skałach nie pozostawiały wątpliwości, że wspinaczka byłaby nieprzyjemna lub wręcz niemożliwa. Dno studni okazało się pochylnią i z bliska sprawiało wrażenie jeszcze bardziej nachylonego. W ogromnej sali, w której wciąż widać było światło, znaleźliśmy 'mózgi'. Były to nacieki na spągu, przypominające wiadomo co. Dalej była już tylko jedna studnia, ale za to wydawała odgłosy potężnego wodospadu. Wiedzieliśmy, dzięki opowiadaniom Węgrów, że po zjeździe ląduje się w jeziorze, po kostki lub kolana w wodzie. Nikt nie miał ochoty moczyć się jeszcze bardziej, tym bardziej, że zapowiadał się zjazd z elementami kanioningu.
Wyjście ostatniego odcinka sprowadzało się do szybkiego przeskoczenia za krawędź, gdzie lina już nie tarła i gdzie można było sępopodobnym zagrać na nosie...
Tego samego dnia Koń pokazał nam wejście do Planinskiej Jamy, z którą wiążą się klubowopontonowe wspomnienia. Z wielkiego otworu jaskini wypływa z hukiem wielka jaskiniowa rzeka, by po kilkuset metrach zamienić się w leniwą i coraz bardziej rozlaną po polach. Wodę z rzeki wysysa gąbczasty system krasowy . Nic dziwnego, że 'osłabiony' planinski potok uniemożliwia szybki spływ. Chłopaki z klubu doświadczyli tego, próbując zmierzyć się z wartkim nurtem, a w konsekwencji musiano po nich przyjechać, bo płynęliby tak do usranej śmierci...
Noc okazała się traumatyczna dla mnie i Maślanki do tego stopnia, że rozbiłyśmy na strychu 'łupinkę', chowając się w niej do naszych cienkich śpiworów. A na strychu hulał przedostający się przez szczeliny wiatr. Następnego dnia postanowiliśmy złapać trochę słońca i kierując się podstawową wiedzą geograficzną podążyliśmy na południe. Wiedza wiedzą a pogoda pogodą. Nad morzem było nieco cieplej. Odwiedziliśmy piękne wybrzeże słoweńskie, które tak jak góry występuje we właściwej proporcji. Mnie kilkanaście kilometrów plaży w zupełności wystarczy. W Piranie Koń tradycyjnie zamówił kalmary. Inne egzotyczne owoce morza pływały bezpiecznie w akwarium obok, ponieważ cała reszta wolała rybki.
Goniąc słońce, pędziliśmy wciąż na południe. Pierwsza noc na plaży rozwiała wyobrażenia o słonecznej Chorwacji. Tanie wino z okolicznego supermarketu ceną przypominało znane marki a smakiem kwas octowy. Ranek na plaży (nadal bezsłoneczny) zmobilizował nas do dalszej pogoni. Przejechaliśmy całą Istrię, po drodze zatrzymując się tylko w Puli, gdzie pooglądaliśmy port i miejscowe Koloseum. Za Rijeką słonko nieśmiało się do nas uśmiechnęło, więc ruszyliśmy na podbój Parku Narodowego Risnjak. Im wyżej wjeżdżaliśmy, tym szybciej docierała do nas cała, naga prawda.
Na górze panoszył się śnieg!
Liczne ślady desek dowodziły, że jeszcze przed tygodniem trwał sezon narciarski Cholera! Miał być nocleg w górach a tu zimno, mokro i pochmurnie. Na szlaku spotkaliśmy całkiem sporego psa. Z daleka wyglądał na zdziczałego, ale okazał się tylko wielkim szczeniakiem. I tak jak my, kochał góry. Ponieważ szlaki przykrywał śnieg, szliśmy za nim, wierząc, że wie co robi. Pies bawił się świetnie, my trochę mniej, bo zaczął namiętnie okazywać swoje uczucia. Na skalnym szczycie nie oglądał się na spadek terenu czy ekspozycję. Nie wiem, jakim cudem nie spadł nigdzie...
No a szczyt, na który weszliśmy, nazywał się oczywiście Śnieżnik. Pies okazał się należeć do bardzo nerwowego pana, który, gdy tylko go zobaczył, zaczął się drzeć. Psiak zrobił się miniaturowy i w tej postaci zdołał ukryć się za naszymi nogami. Facet wpadł w nerwy i gdyby nie nasza interwencja, pies chyba wsiadłby z nami do samochodu.
Postanowiliśmy uciekać ze śnieżnej Chorwacji i od jej drożyzny. Szybciutko przemknęliśmy na Słowenię, gdzie właśnie przestał padać deszcz. Wszędzie było tak mokro, że nie udało nam się znaleźć kawałka łąki, która nie przypominałaby bagna. Po wielu kłótniach w końcu rozbiliśmy namioty na parkingu, przy dość ruchliwej drodze. Ranek upłynął pod znakiem kontroli policyjnej i szybkiego zwijania bazy.
I tę jedyną cechę Słoweńców uważam za wadę: niechęć do meneli?.
Ponieważ zbudzono nas o świcie, mieliśmy dość czasu aby dotrzeć do Triglavskiego Parku Narodowego. Tam nasz kierowca padł na brzegu potoku a ja, Marta, Maślanka i Sebek postanowiliśmy zdobyć jakąkolwiek wysokość. Na rozgrzewkę poszedł wodospad. Z tarasu widokowego wypatrywaliśmy szlaku, który miał biec po kompletnie pionowej ścianie. Wyruszyliśmy w nastrojach dość luzackich; Sebek w zamszowych butach a obie Marty w sandałach. Mijani po drodze ludzie patrzyli na nasze obuwie z niedowierzaniem. Większość cofała się z trasy, ponieważ na górnej granicy lasu zaczynał się całkiem głęboki śnieg. Maślanka spojrzała na swoje sandałki i stwierdziła, że idzie "do pierwszego śniegu". I jak obiecała , tak zrobiła. Na pierwszym napotkanym, dosłownie 10 centymetrowym płatku śniegu, zakończyła się wędrówka Mart. Ja poszłam może 10 m wyżej, Sebek jeszcze trochę w górę, po czym telepatycznie uzgodniliśmy bezsens dalszej wspinaczki. Ze Słowenii wracaliśmy bardzo zadowoleni. Było wspaniale. I wszystko odbyło się we właściwych sobie proporcjach. I o to chodzi;)
W wyjeździe uczestniczyli:
Agnieszka Majewska