![]() | ||||||||||
![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() |
Relacja z Wojcieszowa, 18-19.V.2013
Pierwsze wbijanie spita, pierwsze poręczowanie trawersu, pierwszy "zjazd na złodzieja... Człowiek tak już został skonstruowany, że wszystko, co pierwsze, mimo woli, gdzieś już w nim pozostaje, z każdym kolejnym razem wyświetlając się w świadomości niczym znajomy film. ...i choć spity, trawersy czy zjazdy na linie nie są kluczowymi zagadnieniami ludzkiej egzystencji, i tu wypadałoby zadbać, by ekranizacja naszej pamięci nie okazała się "filmową klapą czy też w ogóle niewypałem, który najchętniej byśmy sobie z głowy wykasowali.
Przewijam zarejestrowane przez siebie kadry...
Wojcieszów. Kamieniołom Gruszka zdążył obficie zazielenić się od ostatniego razu... Za to my, kursanci, choć trochę mniej zieloni aniżeli ostatnio. Parafrazując Gałczyńskiego, wyrecytować by można:
Wypełniły się dni,
powiało zapachem bzu,
prosto na Gruszkę dwójkami szli,
kursanci z SCW.
(A wiosna była piękna tego roku...)
Idę z Idą. Ida poręczuje przede mną, ja po niej sprawdzam. Przy pierwszej przepince Ida oznajmia donośnie: "Tu będzie tarło!. Okazuje się, że na bezrybiu i szpej ryba, a - jak potrzeba - to i cała ławica przypływająca na "tarło. Na szczęście "tarło udało się skutecznie wyeliminować, podstawiając w odpowiednim miejscu wór pod lina..., znaczy się - pod linę. Wkrótce okazało się, że na "tarło przybył również miejscowy muflon. Pod muflona nic już podstawić się nie udało, skutkiem czego mieliśmy okazję obserwować stada różnej wielkości odłamków skalnych poddanych procesowi grawitacji, szkoląc jednocześnie manewr zwijania się pod kaskiem oraz trenując struny głosowe w rytm popularnego wśród grotołazów i wspinaczy dwuzgłoskowca: "kaaaaaaa mieeeeeeeń!!!, coby samemu skutków owej grawitacji nazbyt pospiesznie na sobie nie doświadczyć.

Ida sprawnie zaporęczowała pierwszy zjazd. Rolka, shunt, lonża do punktu... - tak kilka razy i muflon może nam już z góry co najwyżej pomachać racicą. No ale nie czas na zoologiczne imaginacje, podczas gdy Stahoo, nasz instruktor, ma nam do przekazania tyle cennych uwag. Mądrzejsza o jego słowa poręczuję teraz ja. Wiem już, że jak węzeł trze o ścianę, trzeba wydłużyć pętelkę. Najpierw jednak muszę zaczepić linę w dwóch punktach. Przy tej okazji Stahoo pokazuje nam ósemkę rzymską. Zamiłowanie do Imperium Romanum i cywilizacji łacińskiej skutecznie przyćmiewa tu moje braki w "węźlarskim talencie, toteż nauka węzła o tak dostojnej nazwie idzie mi całkiem sprawnie. Potem już tylko zjazd i powtarzająca się wyliczanka: plakietka, podkładka, nakrętka, kluczyk, węzeł, kolejna plakietka, podkładka, nakrętka... i tak do samego dołu, i znowu od nowa poręczowanie, sprawdzanie, wejście, reporęczowanie... I znowuż to samo, i raz jeszcze to samo... i tak prawie do końca dnia. Nuda? Ooo nie! Na nudę narzekać nie można. Nudne jest powtarzanie rzeczy bezsensownych i głupich, a tu chodzi o to, by jutro być lepszym niż dzisiaj w całkiem przydatnych i rozwijających czynnościach. Na tym przecież polega sedno treningu. Przy okazji tu człowiek odkryje, że długość "firanki przy przepince ma jednak większe znaczenie od tej w oknie; tam, że wygoda jaskiniowej uprzęży kończy się w momencie, kiedy stopy zaczynają być powyżej pasa; w innym miejscu wypróbuje cierpliwość własną i Klubowiczów...

Tak cierpliwość do kursantów to jest to, za co Klubowiczów podziwiam najbardziej, toteż właśnie cierpliwością staram się jakoś temperować swój choleryzujący temperament i przynajmniej nie wchodzić na linę zanim usłyszę, że jest wolna, co w moim przypadku nie jest wcale takie oczywiste. Cóż..., trzeba dużo cierpliwości, by się jej nauczyć. Na szczęście praktyczne rady, uwagi i podpowiedzi Klubowiczów w międzyczasie znacznie usprawniają "ścienny ruch. Przestoje na górze mijają z kolei na całkiem interesujących rozmowach. Maciek, kierownik kursu, opowiada o drytoolingu i różnicach między rakami na lodowiec i na skałę, a Piotrek o geologicznych niuansach dolnośląskich kamieniołomów, dzięki czemu - zjeżdżając w dół - schodzę mądrzejsza nie tylko o uprzednie doświadczenie, ale i bogatsza w wiedzę nt. rozstawu kątowego raków czy wieku kwarcytów, łupków i wapieni wojcieszowskich.

Na wieczór jeszcze całkiem przytulna "chatka Bobrów, ciepła herbatka (albo dla chętnych - coś mocniejszego) i Speleo TV tym razem z Jaskinią Niedźwiedzią w roli głównej czyli tego typu filmy i zdjęcia, które ogląda się z otwartymi ustami i wypiekami na policzkach, nawet jeśli robi się to po raz n-ty. Następny dzień nie był już stricte treningowy nadszedł czas na naukę kolejnych elementów skalnej i sznurkowej sztuki. Przed tym jednak jeszcze kilka rzeczowych zdań Staha, coby mieć większe pojęcie o tym i owym..., i do dzieła!

Jest! Mój pierwszy spit! Pamiętam dokładnie, w którym miejscu go wbiłam, z której strony świeciło wtedy słońce, a z której stał Stahoo i mówił do mnie te wszystkie mądre instruktorskie rzeczy. ...i jeszcze nawet tamten charakterystyczny zapach rozgrzanego wapienia gdzieś krąży mi w głowie. Tymczasem Marta, bez rozczulania się nad zapachem wapiennego pyłu, pewnie chwyta za wiertarkę i migiem wywierca miejsce na śrubę. Jeszcze tylko Kasia z aparatem i niecodzienna fotka z wiertarką - i możemy gnać na górę.

Parę pionowych odcinków dla utrwalenia i zatrzymuję się przy trawersie, gdzie stoi Adam i tłumaczy coś jednej osobie, podpowiada drugiej, pomaga trzeciej, a w międzyczasie robi zdjęcia (tak cały czas mówię o jednym i tym samym Adamie!). Trawers trzeba zaporęczować. Radek ostrzega, że wcale nie jest tak łatwo, jakby się wydawało... Tłumaczę sobie, że w sumie to nie ma innej klęski, prócz rezygnacji, dodając jednocześnie odwagi słynnym zdaniem Henryego Forda, które zawsze kołacze mi w środku w podobnych chwilach: "Jeśli sądzisz, że potrafisz to masz rację. Jeśli sądzisz, że nie potrafisz - również masz rację. W praktyce wyszło, że jednak za bardzo przejęłam się tymi swoimi "racjami, bo uparłam się na wyblinki zamiast motyli i choć zyskałam wygodę zawiązania węzła jedną ręką, pod koniec trawersu lina była tak od wyblinek skręcona, że obiema dłońmi trudno ją było przywrócić do ładu. Kursant po prostu musi się czasem przekonać, że jego pomysły są głupsze, niż mu się wydaje. Do gracji muflonicy sporo mi jeszcze brakuje, ale, rzec można, z poręczowaniem i reopręczowaniem trawersu jakoś poszło.

Jeszcze tylko tzw. "zjazd na złodzieja ze ściąganiem za sobą liny i albo to już koniec, albo "złodziej zabrał mi resztę pamięci, bo tu mój film się urywa. Chciałoby się zostać dłużej, poćwiczyć ambitniej, napisać więcej..., ale w gruncie rzeczy lepszy niedosyt od przesytu i - jak to pisała Musierowicz - zawsze połowa pomarańczy smakuje lepiej niż cały owoc. W naszym przypadku, literalnie rzecz biorąc, była to oczywiście gruszka, ale z pewnością niejeden z kursantów już tęskni za jej niepowtarzalnym, "kamienistym smakiem.

Tekst: Marta Czech, zdjęcia: Adam Leksowski, Kasia Wajda