Pierwsza Dziura 19-20.03.2016 – Kurs 2016

Skoro wróciliśmy w miarę cało i w miarę zdrowo do Wrocławia – któż by w końcu liczył te siniaki, gdy jest ich tak wiele – pora na krótkie podsumowanie. Jaka była Pierwsza Dziura 2016? W kolejności całkiem przypadkowej: była ciasna, niekiedy mokra, piękna, stawiająca wyzwania, liczna i przede świetnie zorganizowana. Wielkie brawa dla organizatorów za ogarnięcie nas – narybku w liczbie przekraczającej zdrowy rozsądek.

1

Zaczęliśmy tę naszą Pierwszą Dziurę integracją na strychu. Jeszcze niewiele wiedzieliśmy o sobie nawzajem, a już wiadomo było, czy śpiewać każdy może. I komu wychodzi to lepiej, a komu gorzej. Pisząca te słowa zbyt wiele o balandze przekazać nie może, bo wieloletnie doświadczenie już ją nauczyło – nie pij (za dużo!), gdy nie możesz tego odespać. A na odsypianie za wiele czasu nam nie dano.

Punkt 10.00 podzieleni na dwie ekipy, przypisani do dwóch przewodników, poszliśmy w teren. Acha, zanim poszliśmy dostaliśmy mapę, żeby nie zgubić ani siebie, ani obstawy, kompas, żeby wyglądać profesjonalnie, garść balonów i zadania, żeby przypadkiem nam się nie nudziło. Załodze GG (czyt. dży-dży) przypadły w udziale jakże twarzowe balony w kolorze różu, co już nas optymistycznie nastroiło na „dzień dobry”.

Pierwsza zobaczona dziura – Wielka Studnia Szpatowców – robiła niezłe wrażenie. Polana z możliwością lądowania przez ratunkowy helikopter, czarny punkt GOPR, barierka i ta szczerząca się do nas dziura. Plus historie o niechlubnej statystyce miejsca – pięć trupów.

Szpatowców

Za to do drugiej dziury prowadziła ścieżka, którą byśmy – z kompasem, mapą, GPSem i innymi takimi, w życiu nie znaleźli. Na szczęście Lex prowadził jak po sznurku. Stanęliśmy nad zapadniętą ziemią, jakąś szczelinką między głazkami, i usłyszeliśmy sakramentalne „Do dziury!” Eeee? Gdzie? Tuuu??? Tuuuuu!!!! To jest jaskinia Sulmowa, zapraszamy do środka.

Sulmowa Sulmowa1 2

Chwila oddechu i lecieliśmy dalej przez las. Kolejny otwór robiący wrażenie – otoczona barierką, ziejąca w ziemi dziura. Żabia. I znowu nie dla nas (nie teraz?). Idziemy, idziemy. Sektor wspinaczkowy, wspinacze na skałkach, a nam długa ręka Leksa wskazuje jakąś ni to ryskę, ni dziurkę w tej skale. Marsz do dziury. Jakiej dziury? Przecież tam się nie da wejść. Ha! Udowodnił – naszymi miernymi ciałami – że oto da się. I nie ma zmiłuj, że się człowiek lęka albo, że się nie zmieści – czołg na boku, unieś biodra (wyżej!), wydech, głębszy wydech (oddychanie jest zdecydowanie przereklamowane), i siup – dziura wessała każdego po kolei. Z tym baniem to bez przesady – ale grupowe zachęcanie pomogło, a wrażenia po wyjściu były znakomite. I nietoperz w dziurze też był. Zatem musiała to być prawdziwa jaskinia – Pastusia. Były zapieraczki, czołganko, przeszkoda wodna o minimalnym znaczeniu taktycznym, drabinki, dno oraz… nasz pierwszy nietoperz. Ciemno, ciasno, wilgotno. Nieźle. Zmieściliśmy się wszyscy. Wszyscy też, bez poważniejszych uszczerbków, wyczołgaliśmy się stamtąd na powierzchnię.

Pastusia 6 Pastusia

Znowu marsz przez las – bez ścieżek, po co komu ścieżki – i kolejna atrakcja. Tym razem nie w postaci dziury i barierki. Tym razem w postaci podjazdów, drzwi i biletów …oraz zamknięcia atrakcji na okres zimy. Tak oto Jaskinia Głęboka przeszła na stronę ludu, a odeszła od grotołazów, szkoda.

Głęboka

Tuż nieopodal spotkaliśmy przy jakiejś większej rozpadlinie grupę nr 2. Ale na pogaduchy, ploteczki przy herbatce i inne atrakcje nie było czasu. Ćwiczyliśmy bowiem zapieraczki i rozpieraczki w kominku. A baldujący obok wspinacze patrzyli na nas jak na roboli, którzy wyszli nie wiadomo skąd – i pewnie się bali, że im te baldy wykafelkujemy.

Hop, siup, do góry – wszyscy przeszli, to idziemy dalej. Stajemy wreszcie wygodnie pod skalnym nawisem, dziury żadnej nie widać, ha! Popas będzie. Otóż, mili Państwo, wcale nie. Kazali napompować baloniki we wszystkich odcieniach różu, a potem pokazali za głazem dziurunię – że niby tym razem to będzie nie wejście a wyjście, bo jaskinia (na dole tego nawisu, co nad nami) ma dwa wyjścia i oni zadecydowali, że tędy będziemy się ponownie rodzić. A żeby było zabawniej, to muszą się z nami urodzić nasze nadmuchane baloniki. A żeby nam się jeszcze mniej nudziło, to sobie pomierzymy korytarze. Korytarzyki. Wróć. Korytarzuniunie. Wąskie, ciasne i niziuteńkie, cud, że czerep w kasku przechodził. Styl klasyczny, ino bez wody. W berka nie graliśmy, kalesonów nie zgubiliśmy (a jaskinię zwą Berkową lub Kalesonową), nawet większość balonów udało się przetransportować w całości. Autorka dodałaby nazwę jelitowa, ale wtedy grotołazik, by się źle kojarzył 🙂

3 4 5
Berkowa

Skoro żeśmy wyszli – nie bez trudu, to można było kończyć pierwszą część przygody. Powrót do Zajazdu Jurajskiego potrwał chwilkę, w naszych roboczych wdziankach jechaliśmy nieco dalej do Mirowa, by dotknąć najgłębszego dnia Pierwszej Dziury, czyli -21 m. Już mieliśmy nadzieję, że oto wreszcie wejdziemy do dziury wyprostowani i nawet parami, ale okazało się, że nadzieja była złudna, bo nie o wielką stajnię chodziło, lecz – ha! – któż zgadnie – o mały otworek tuż przy ziemi. I znowu na kolana i czołganko. Na szczęście krótko. A za wejściem ciekawy korytarz, który pokonywać można było w dwie osoby jednocześnie. Z tym że jedna na dole, a druga – zapieraczką – na górze, można było tym sposobem dotrzeć do sporego otworu, niby wejściowego, ale zbyt wysoko, by próbować tamtędy wchodzić. Dłuższy „czołg” prowadził do dodatkowych dwóch wejść do jaskini. Ale clou jaskini czaiło się w jej czeluściach. Podgrupami zdobywaliśmy te czeluście, opanowując niemal do mistrzostwa sztukę zapieraczek i rozpieraczek, by w końcu osiągnąć to wymarzone dno. Trochę mieliśmy pietra, bo – o ile schodzenie po glinie jest całkiem do zniesienia – dawała lekki poślizg, o tyle każdy metr w dół nieuchronnie uświadamiał, że przecież trzeba będzie to jeszcze pokonać w górę. Otóż, w górę szło się wyśmienicie, bo glina się delikatnie przylepiała do butów i człapiąc całkiem głośno, można się było z tej dziury wydostać. Nietoperzy w tej Suchej (niezbyt suchej) nie było, za to był fallus (nie pytajcie) i inne cuda sztuki naiwnej.

Sucha

I się znowu spotkaliśmy z teamem nr 2, któremu nie udało się znaleźć przypisanej im dziury, więc przyjechali do nas. Wiadomo – w kupie raźniej, tymczasem zaszło słońce, rozpaliliśmy ognicho. Ale wjechali nam na ambicję. Skoro więc tylko wszyscy upadliśmy (nie dosłownie) na dno, trzeba było udowodnić innym, że Jaskinia w Kroczycach istnieje i nam się objawi. Na prawie – miejscu nie błądziliśmy wcale, po prostu szliśmy nocą przez las, potem stawaliśmy w miejscu, a Lex biegał po lesie, by po chwili powiedzieć nam, że jeszcze trochę trzeba iść. I co? Doszliśmy. Było niewielkie czołganko, dla chętnych wychodzenie kominem, był śmiech nietoperzy i salka, w której wszyscy sobie staliśmy i gadaliśmy. Pewnie gadalibyśmy dłużej, gdyby nie burczenie w brzuchu, które zagłuszało te rozmowy. Restauracja okazała się być zamkniętą, gdy do niej dotarliśmy, cóż, pojechaliśmy więc po zapasy do sklepu na wieczorną integrację.

Integracja

Na integracji śmichy-chichy, filmiki, zdjęcia, jakieś węzły gordyjskie, których nie można było ciąć, wieczorek poezji prymitywnej, ale zabawnej oraz koncert z dziurami w tle. A z tyłu głowy szeptało coś, że trzeba wstać jeszcze szybciej, niż tego dnia. Jedni się przejęli, a inni nie…

…ci, co się nie przejęli robili w jaskini Towarnej (Niedźwiedziej i Dzwonnicy) za małą gorzelnię. Niestety, gorzelnia musiała się czołgać, przeciskać i nie bać się pająków. Weszliśmy jednym otworem, wyszliśmy innym, ale niedaleko. A potem, tuż nieopodal, poszliśmy do Cabanowej. I tu zaskocznie – prawie nie było czołganka. Tym, którzy wzrostu są raczej niewielkiego, wystarczył niski ukłon. Drugie zaskoczenie – szata naciekowa całkiem fajna i formy, jakie natura potrafi sobie przybrać. Było co podziwiać.

Cabanowa

Choć najwięcej achów i ochów zebrała Jaskinia w Zielonej Górze. Rozpełzliśmy się (dosłownie) po niej w każdą możliwą stronę, próbowaliśmy się wciskać w te dziury, które jeszcze wczoraj wydawałyby się nam niemożliwe do spenetrowania. Jednych dziura „puściła”, innych zatrzymała. Zabawa jak na wesołym miasteczku. Takim dla prawie-że-nieomal grotołazów.

IMAG2987 IMAG3043 IMAG3039

I ostatnia miejscówka, na którą udaliśmy się siłami połączonymi dwóch ekip – w sumie procesją jedenastu aut. Cud, że się tę procesję udało utrzymać na – to prawda, niedzielnie pustych – drogach. Przed nami, a może raczej nad nami, w zboczu kamieniołomu była sobie zachęcająca dziura – obudowana nawet jakimiś cegłami. Znak na dole nie pozostawiał wątpliwości – ludziom bez kasków wstęp wzbroniony, na szczęście nasze łepetyny były odziane stosownie. W Szmaragdowej celem było dotarcie do podziemnego, szmaragdowego jeziorka. Wesoło było, bo gdy na górze wszyscy przebierali nogami, dolna ekipa nijak nie mogła odnaleźć właściwej dziury, w którą powinna wleźć, by cel osiągnąć. Tutejsza szczelina była chyba trzypiętrowa i tak sobie wisieliśmy zapieraczkowo, oczekując aż w końcu „dziura” puści. Puściła i już spokojnie można było się przeciskać, czołgać, zginać w miejscach, w których zgiąć się nie da, by dotrzeć do pięknego, niewielkiego jeziorka. Wyleźć było niemniej trudno, niż wejść, choć słyszeliśmy głosy kolejki, jakoś nie widzieliśmy dziury, w którą należało się wcisnąć. A gdy już ją namierzyliśmy, trudno było uwierzyć, że tym oto maciupkim otworkiem tu wleźliśmy. Skoro jednak wleźliśmy, to i wyjść powinno się udać.

Szmaragdowa

Raz jeszcze podziękowania dla organizatorów za: ogarnięcie wszystkiego, wieczorki integrujące w pakiecie z grami towarzyskimi, możliwość zobaczenia tylu dziur, wejścia w tyle różnorodnych miejsc, za ciekawostki jaskiniowe, geologiczne, historyczne i wszelkie inne.

Zgrzytów prawie nie było – kolejki to w końcu 30 lat temu dzień powszedni Polaków, więc jeszcze mieliśmy powrót do przeszłości. Brawo, brawo, brawo!

Tekst: Beata Nawrotkiewicz
Zdjęcia: Maciej „Luźny” Cepin, Adam „Lex” Leksowski, Aleksandra Robak

Egzamin 19.03.2016 – Kurs 2015

Powietrze gęstniało,  zbliżał się Dzień X. Co jakiś czas wpadałam w lekką panikę, że nic nie umiem i oznajmiałam to całemu światu. Na szczęście w takich momentach pojawiał się Łukasz, który swoją pozytywną energią i dobrymi radami rozpraszał wszelkie kompleksy i wątpliwości, które były dość irracjonalne jak teraz na to spokojnie spojrzę.

W parę osób postanowiliśmy pojechać dzień wcześniej, żeby ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Ten dzień był owocny i męczący: na egzamin umieliśmy wszystko i wszystko nas bolało.
Po ćwiczeniach padliśmy na kolana.

11227603_548496265322790_8551199077481190056_n

Zbiórka. Głęboki wdech i do dzieła. Skoro w Tatrach było dobrze, to teraz będzie tylko lepiej. Egzamin.

Najbardziej się obawiałam autoratownictwa, więc postanowiłam, że najpierw będę zdawać… autoratownictwo. Pełna siły na walkę z shuntem i crollem – ratowałam! Ku mojemu zdziwieniu, poszło mi całkiem sprawnie, byłam spokojna i opanowana. O niczym nie zapomniałam. Łukasz przeżył, ja również, choć teraz po zdjęciu widzę, że mu się trochę nudziło 😀

IMG_0700

Niektórzy niesamowicie się wczuli w swoją rolę poszkodowanego! Na pewno motywowało to do szybszego ratowania.

IMG_0718

Węzełki.
Niby proste, a jednak – gdy patrzą na ręce to idzie się zamotać nie dość, że liną to jeszcze we własnych myślach. No, ale koniec końców nie było tak źle 😉

małpka

Poręczowanie.
„Supeł” na końcu liny, worowanie i na dół pod czujnym okiem Pani instruktor. Zawsze to było dla mnie świetną zabawą, nawet na egzaminie.

IMG_0760

Wspinaczka.
Z Arturem byliśmy ostatnią parą zdającą wspinanie. Skała o tej porze nie była już łaskawa, zrobiła się zimna i nieprzyjemna, ale co to dla nas! Myślę, że myśl o ciepłym obiedzie sprawiła, że staraliśmy się jeszcze bardziej 😉 Wyszło nam to na dobre oczywiście.

IMG_0893

Wszyscy się tak postaraliśmy, że zdaliśmy! Aż trudno uwierzyć, że już nie jesteśmy kursantami i nie przysługuje nam już prawo kursanta do robienia głupich rzeczy 😉

Serdecznie dziękujemy cudownym instruktorom oraz wszystkim klubowiczom, którzy przyczynili się do przygotowania nas do egzaminu.

Tekst: Emilia Marcjasz
Zdjęcia: Tomasz Mosiołek, Zbigniew Grzela (& Ola Robak)

Walne zebranie wyborcze SCW

4 marca 2016 odbyło się Walne Zebranie Wyborcze członków Speleoclubu Wrocław.

1

2

Zebranie miało charakter sprawozdawczo – wyborczy i po burzliwych obradach, wyborach i dyskusjach udało nam się wybrać miłościwie nam panujący nowy Zarząd Speleoclubu Wrocław kadencji 2016-2018 w składzie:
– Tomasz Utkowski – Prezes
– Marta Czech – Sekretarz
– Adam Leksowski – Skarbnik

Wybraliśmy również Komisje Rewizyjną w składzie:
– Paweł Michalski – przewodniczący
– Magda Sikora – wiceprzewodniczący
– Maciej Wajda – członek

Wybraliśmy także skład Sądu Koleżeńskiego w składzie:
– Marek Jędrzejczak
– Małgorzata Wojtaczka
– Zbigniew Grzela

3

Tekst: Adam Leksowski
Zdjęcia: Zbyszek Grzela Instruktor PeZetA