Klubowo-kursowy tatrzański obóz zimowy – 10-19.02.2017

Większość relacji z obozów/wyjazdów/akcji jest mocno nastawiona na ducha przygody. W końcu zajmujemy się eksploracją niebezpiecznych oraz niedostępnych miejsc. Oczywiście, jest to szalenie interesujące i można by pisać o dokonaniach grotołazów godzinami, jednak osobiście uważam, iż ten temat został mocno wyeksploatowany. Wiele osób zapomina o drugiej stronie działalności klubowej w czasie wyjazdu. Jeżeli obóz zimowy kursu 2016 miałby mieć hymn, dla mnie byłby to utwór z czołówki serialu „Rodzina zastępcza”. Wiem, zrobiło się dosyć familijnie, a ta publikacja zaczyna trącić kiczem, jednak spróbujcie wyobrazić sobie ponad trzydzieści osób, zamkniętych przez ponad tydzień na niewielkim obszarze, zmuszonych do dzielenia jednej kuchni oraz trzech łazienek. Nie muszę chyba tłumaczyć, że każdy z nas jest inny, a cała grupa stanowi niezwykle eklektyczną mieszankę. Wbrew pozorom wyżej wymienione czynniki nie były składową katastrofy. Jak wspominałem, taternictwo jaskiniowe jest niebezpiecznym zajęciem, więc trzeba darzyć zaufaniem i minimum sympatii członków swojego zespołu.

16797124_1389240637764939_2000319510136663499_o

Ku mojemu zdumnieniu nikomu nie przydarzył się przykry „wypadek” w jaskini. No dobra… były dwie wizyty na SOR, ale w obu przypadkach incydent odbył się bez udziału osób trzecich. Po zakończonej akcji mniejszym lub większym sukcesem, przychodził czas powrotu do bazy, gzie w opozycji do zimnych skał czekało nas ciepłe powitanie. Solidny wywiad o przebieg akcji, warunki oraz wrażenia, często skwitowane słowami „dobrze, że już jesteście”.

16836248_1389240811098255_821000856555880000_o
Przez tych 7 dni, a w moim przypadku nawet 10 udało się jeszcze bardziej zacisnąć więzi, poznałem wielu klubowiczów i choć to było nasze pierwsze spotkanie, traktowali mnie, jakbyśmy mieli wiele lat spólnej historii. Gdy wszyscy zasiadali w zbyt małej kuchni, wszelki różnice się zacierały. Wiek, staż, doświadczenie, zawód, dokonania, opcje polityczne, czy nawet szpetota nie miały kompletnie znaczenia. W wielu momentach przeginałem ze swoimi mało wysublimowanymi żarcikami, mimo to nie udało mi się dostać w twarz, choć bardzo na to pracowałem. Piękny festiwal wzajemnego szacunku i zrozumienia, plejada gwiazd naszej kuchni była ogromnie zróżnicowana. Mieliśmy tam: dydaktyków, ratowników, inżynierów, pracowników fizycznych, zdobywczynie bieguna, lewaków i tych bardziej prawicowych, agnostyków, ateistów oraz chrześcijan, artystów, sportowców, był nawet profesor Xavier i jego X-meni. W czasie obozu nie ograniczaliśmy się wyłącznie do eksploracji, odbyło się kilka akcji powierzchniowych, wspólne wypady na narty, do term, grupowe gotowanie, a nawet lepienie bałwana.

16807705_1389239857765017_4921394868217172326_n

W tym miejscu pragnę przeprosić Gaździnę za liczne imprezy oraz nagminne gwałcenie ciszy nocnej, jednak przy tak niesamowitym towarzystwie ciężko nie spuścić się trochę ze smyczy i bawić się na całego. Kolejnym sympatycznym akcentem była gromada dzieci, które swoim uśmiechem i beztroskim podejściem do życia dodawały nam masę energii.

Tekst: Mateusz “Makaron” Makarski
Zdjęcia: Grzegorz Szmidt, Tomasz “Jezus” Jach

Szkolenie “Raki-czekan-detektor”, 28-29.01.2017 – Kurs 2016

Ostatni weekend stycznia zapowiadał się bajecznie, a okazał się jeszcze lepszy. Spędziliśmy go na szkoleniu obejmującym zagadnienia z zakresu: raki, czekan, detektor. Na miejsce zajęć został wybrany czeski Pradziad. Miejsce sprawdzone przez organizatorów już w latach ubiegłych. Dzięki poprzedzeniu wyjazdu dwoma wykładami o lawinach i lawinowym ABC, mogliśmy skupić się na praktyce, co mocno zaprocentowało w trakcie zajęć.

Pradziad, fot. Adam Leksowski

Pradziad, fot. Adam Leksowski

Wyjazd w liczbach: 19 osób, 4 liny, 18 zestawów ABC, 2 dni, które przełożyły się na 15 h zajęć, z czego 14h w terenie. Mnóstwo godzin słońca. Kilkadziesiąt stanowisk i zjazdów z czekanem.

Po zameldowaniu się w miejscu noclegu, pełni energii i entuzjamu wyszliśmy na zajęcia. Szybko okazało się, ze zapału mamy aż nadto. Miejsce ćwiczeń znajdowało się niedaleko. Wybraliśmy drogę przez las, brodząc w zapadającycm się śniegu. Po chwili okazało się, że w ciągu tych kilkunastu minut zdążyliśmy zgubić połowę grupy.

IMG_1427

Podejście do miejsca zajęć, fot. Adam Leksowski

W tym samym czasie jedni rozpoczęli przygodę z sondą i poszukiwaniem zasypanego, inni usypali iglo i poznali Wysoki Kamień od dołu do góry, od góry do dołu i wszerz.

Sondowanie, fot. Aleksandra Robak

Sondowanie, fot. Aleksandra Robak

Przechodziliśmy płynnie przez kolejne zajęcia. Ucząc się metod sondowania, budowania stanowisk  oraz obsługi detektorów: jedno-, dwu- i trzyantenowych. Szybko okazało się, że różnica w obsłudze wymienionego sprzętu jest duża, a jak wiadomo, chcemy być przygotowani na każdą okoliczność. Czas jednak nieubłaganie upływał. Korzystając z idealnych warunków i stoku opuszczonego już przez narciarzy podeszliśmy w okolice wyciągu. Podejście wynagrodził nam przepiękny zachód słońca i widoczność jakiej w przyćmionych smogiem miastach dawno nikt z nas nie widział. Skoro już dotarliśmy na szczyt, pora na zjazd z czekanem w dół! 🙂

Zdjęcie grupowe, fot. Adam Leksowski

Zdjęcie grupowe, fot. Adam Leksowski

Nasza kursowa kadra zadbała, żeby praktyki nam nie zabrakło. Po kolacji zmierzyliśmy się z ciemnością, temperaturą i, co najważniejsze, z zasypaniami i detektorami. Ćwiczenia, które miały potrwać tyle, ile trzeba, trwały tyle, ile tylko się da. O ile obsługa łopaty lawinowej nie różni się od łopat używanych na działkach, o tyle różnica w obsłudze różnych detektorów dała o sobie znać kolejny raz. Świadomi znaczenia, jakie powyższe ze sobą niesie, ćwiczyliśmy do oporu. W tym miejscu pragnę podziękować Adamowi, Robaczkowi, Marcinowi oraz Oli, którzy dzielnie nad nami czuwali pomimo zmniejszających się: temperatury i długości nocy.

Wieczorne ćwiczenia z detektorami, fot. Tomasz Jach

Wieczorne ćwiczenia z detektorami, fot. Tomasz Jach

Kolejnego dnia słońce znów skutecznie przegoniło wszystkie chmureczki prezentując idealnie czyste niebo. W takiej aurze zmierzyliśmy się z dalszą częścią szkolenia. Zaczęliśmy od wkręcania śruby lodowej w niewielki lodospad. Ćwiczyliśmy asekurację wpadającego do szczeliny, budowę stanowisk i hamowanie czekanem. Ostatnie według wybranego przez siebie scenariusza. Dominował poślizg w kombajnie i na foliowym worze, niektórzy zacięcie trenowali opanowanie sytuacji w zjeździe głową w dół. Przeprowadziliśmy kolejne testy detektorów oraz zapoznaliśmy się z zestawem do badania pokrywy śnieżnej i oceną ryzyka lawinowego.

Hamowanie czekanem, fot. Aleksandra Robak

Szkolenie odbyło się przy idealnych warunkach śniegowych i temperaturowych, we wspaniałej kursowej atmosferze i utwierdziło nas w przekonaniu, że dopiero liznęliśmy tematu jakim są lawiny. A z tymi najlepiej nigdy się nie spotkać.

PS. Szczególne podziękowania dla:

  • Adama za poświęcenie zdrowia, a także czasu i sprzętu oraz wszelkie udzielone instruktarze. Jak Beti to pięknie ujęła: „Nawet nie wiecie, jak przyjemnie czerpie się wiedzę od osób, które chcą się nią podzielić, a nie tylko poszpanować, że coś wiedzą!”.
  • Oli, która dzielnie znosiła nasze sondowanie na swoich pośladkach :).

Tekst: Dorota Teodorczyk
Zdjęcia: Adam Leksowski, Aleksandra Robak, Tomasz Jach
Film: Beata “Beti” Nawrotkiewicz i Maciej “Luźny” Cepin