Prawdziwa sztuka skupia się na emocjach. Jak wiemy, literatura też posiada pierwiastek artyzmu, dlatego pisząc to sprawozdanie, skupię się na tym, co czuję. Przede wszystkim to czuję siebie. Jest to woń wędzarni połączona z dużą ilością błota, zwieńczona świeżą nutką potu. Co jeszcze czuję? Obtarte przez uprząż kolce biodrowe, paluszek zdarty przez linę i oczywiście mięśnie naznaczone wysiłkiem. W całym tym katastroficznym obrazie przebija się promień nadziei, bowiem nie taki diabeł straszny, jak go malują. Najbardziej bolącym mnie mięśniem jest przepona, oczywiście została ona wyeksploatowana przez ogromną dawkę śmiechu. W sprawie brudu i smrodu, wtrącę tylko starą ludową mądrość: „Dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe”.
Warto by teraz powiedzieć coś o samych zajęciach linowych. Można powiedzieć, że osiągnęliśmy duży sukces, bowiem skład osobowy zgadzał się przed i po zajęciach. Nawet mimo lecących kamieni, dużej ilości kamieni, bardzo dużej ilości kamieni (za co osobiście przepraszam), nikt nie zginął! Obeszło się też bez praktyk z autoratownictwa. To nic, że ta cholerna loża szyderców złożona z klubowiczów, nie wystawiła nam zbyt wysokich not za styl… A tak serio to chciałbym im wszystkim podziękować, gdyby nie pomoc klubowiczów, całe to przedsięwzięcie nie doszłoby do skutku, a przynajmniej w takim wydaniu. Podziwiam też ich cierpliwość, w końcu ile można patrzeć na mało zgrabne próby samobójstwa czynione przez kursantów. Nie możemy też zapomnieć o wielkich podziękowaniach dla Szanownego Pana Instruktora. Nie tylko za jego opiekę merytoryczną, wsparcie emocjonalne oraz psychiczne, ale także za karmienie naszych doznań estetycznych swoim ślicznym wnętrzem jaskiniowym. Oczywiście wiele osób mogłoby narzekać na pogodę. Aura była na tyle łaskawa, że mogliśmy ćwiczyć, więc czego można jeszcze wymagać.
Uważam zajęcia za bardzo udane. Oswoiliśmy się nieco z technikami wspinaczki linowej, a każde kolejne przejście, zbliżało nas do wyrobienia sobie „akceptowalnego” stylu poruszania się. Dla mnie jednak ten sport oraz duch zajęć to przede wszystkim ludzie. Śmiało mogę stwierdzić, iż poczyniliśmy znaczny krok w integracji grupy. Można powiedzieć, że nawet przez moment udało się nam być „jednością”. Krótko podsumowując – nie zdążyłem się wykąpać po ostatnim wyjeździe, a nie mogę się już doczekać kolejnego.
![]() |
![]() |
Tekst: Mateusz „Makaron” Makarski
Zdjęcia: Marcin Filarowski, Rafał Fundowicz



