10th Balkan Cavers Camp, Vratsa 21-26.06.2016

„Za górami, za lasami, blisko bazy
żyły sobie, żyły sobie grotołazy
Trzech ich było, trzech z fasonem
Dwóch wesołych jeden smutny, bo miał żonę

A ta żona taka jędza, grotołazka
Miała wałek taki wielki, jak do ciasta
i tym wałkiem kiedy chciała
swego męża grotołaza wałkowała

Już grotołaz taki cienki jak niteczka
A do tego taki płaski jak karteczka
Ale żona uważała
Że jest gruby więc go dalej wałkowała

Już grotołaz martwy leży, martwy leży
Że od wałka żony zginął nikt nie wierzy
Gdy rodzina w głos płakała
Żona jędza jeszcze trumnę wałkowała”

Urocza ta pieśń rozlega się na dwa głosy po przepięknym bukowym lesie. Wszyscy wokół zastanawiają się co to, a to tylko polskie grotołazki zmierzają do jaskini… Słowa te (i wiele innych) stały się motywem przewodnim naszego wyjazdu.

Balkan Cavers Camp to obóz jaskiniowy organizowany przez Bałkańską Unię Speleologiczną. W tym roku odbyła się jubileuszowa, 10 edycja tego wydarzenia. Tym razem grotołazi z różnych krajów i kontynentów spotkali się w Bułgarii.

Z Polski wyruszamy w poniedziałek o 7 rano w składzie: ja – Aleksandra Robak, Mariusz „Robaczek” Robak, Arkadiusz „Tofik” Młynarczyk, Marta „Ciotka” Mielczarek, Hagrid (nasz pojazd) oraz Batman. Podróż mija mi bardzo szybko, właściwie większość przesypiam i budzę się jedynie na granicach i postojach. Serbia. My głodni. Znak na McDonald! 180km, pewnie jedyny w Serbii… 160km wyczekiwania i kolejny znak McDonald – 20km w lewo. Jak na złość jedziemy w prawo. Na szczęście po około 50km trafiamy jednak na drugiego w Serbii amerykańskiego giganta branży „restauracyjnej”.

IMAG3880
Granica serbsko-bułgarska. U celników serbskich stoi jeden człowiek, w koszulce z napisem cyrylicą, wyglądający jak uchodźca. Już chcemy go minąć, jednak macha nam ręką i prosi ładną angielszczyzną o otwarcie bagażnika. Zauważa kask i kupę szpeju i robi wielkie oczy. Na hasło: „cave camp” kiwa ze zrozumieniem głową i wierci palcem w dół na znak wchodzenia do jaskini. Jedziemy dalej. Podjeżdżamy do strażników granicy bułgarskiej, a tam widzimy chodzącego z papierami i papierosem obywatela Estonii. Wysiadamy i wspólnie szukamy celników. Pukamy w okna. Cisza. Nie ma to jak dobrze strzeżona granica UE. Z nudów pytam Mariusza: co to za dziwny strop? Odpowiedź godna budowlańca: zwykły. Ja: czyli jaki? M: zwykły gęstożebrowy.

IMAG4166

W końcu, na tyłach znajdują się celnicy. Jeden zabiera paszporty i dowód rejestracyjny. Widać za oknem, że długo nad naszymi dokumentami myśli. Może dlatego, że Hagrid ma różowe papiery (w końcu świeżo kupiony i nie dostał jeszcze stałego paszporciku).

Bułgaria. Jakieś zadupie. Dziury takie, że Hagridowi zaraz urwie zawieszenie.
Arek: o, chyba wjeżdżamy na główną
ja (ucieszona): może będzie lepsza droga! … i w tym momencie wjechaliśmy w jedną z większych dziur, a ja uderzyłam się w głowę o wystające rogi Hagrida (mocowanie pasów). Śmiechu było co niemiara, a mi został zacny guz. Jedziemy dalej, wjeżdżamy na spowalniacz.
Arek (już mocno poirytowany): żeby mieć takie drogi i jeszcze mieć czelność stawiać te ku*** spowalniacze…

Wtorek. O 4 rano dojeżdżamy na miejsce. Śpimy pod wiatą, Robaczek w hamaku z dupą na stole. Po 3 minutach drzemki zrywamy się z Martą, bo chrabąszcz tupie nam po śpiworze. Okropne uczucie! Po jako takim wyspaniu się pora na organizację campingu, zakupy, lody u ciotki, rejestrację, próby ochłodzenia się w potoku i poznawanie okolicy.

IMAG3874

Okazuje się, że Bułgaria to stan umysłu. Okolice naszego campingu nas lekko przerażają, choć jednocześnie śmieszą i zachwycają. Co chwila odkrywamy nowe „kwiatki” – dosłownie i w przenośni, gdyż wszędzie są ławki w formie kwiatków. Do tego amfiteatr w formie ślimaka, mozaiki z kostki, dziwaczne figurki (przypakowany Kopciuszek, Robin Hood transwestyta, wiewiórka wielkości Tofika itp.) czy kolorowe kosze na śmieci.

IMAG3917

IMAG4159 IMAG4160
IMAG4161 IMAG4162
IMAG4114 IMAG4113

Wieczór mija na rozmowach przy dobrym bułgarskim winie i sałatce pomidorowo-ogórkowo-jajeczno-tuńczykowej, bo w restauracji skończyło się jedzenie (sic!).

Środa 7:30. Próbujemy obudzić Tofików. Kilkukrotnie, bez skutku. Zdecydowaliśmy, że do jaskini idziemy bez nich. O 9 zebraliśmy się pod schroniskiem, gdzie poznaliśmy naszych współtowarzyszy i przewodnika. Ruszyliśmy do dziury Barki-14 wraz z grupą do Barki-8. Po niecałych 2 godzinach byliśmy pod otworem. Zostaliśmy wraz z 3 studentami z Turcji, których imion niestety nie sposób było spamiętać. Reszta poszła do oddalonej o 5 minut drugiej nory. Jaskinia Barki-14 była najdłuższą zaproponowanych podczas obozu (długość: 2600m, deniwelacja: 356m).

Barki 14
Niestety Bułgarzy zapomnieli napisać, że nie możemy przejść całej, bo po około 300m jest studnia, która nie jest zaporęczowana. Dowiedzieliśmy się o tym oczywiście dopiero pod otworem. Znowu się potwierdza że Bułgaria to stan umysłu. W jaskini spędziliśmy godzinę, chodząc po wszystkich możliwych odnogach i robiąc zdjęcie przy każdym ładniejszym nacieku.

DSCF7668

Po wyjściu postanowiliśmy pójść jeszcze do jaskini Barki-8 (długość: 733m, deniwelacja: 208m). Udało nam się namierzyć otwór dzięki rozłożonym na powalonym drzewie przepoconym koszulkom drugiej grupy. Spotkaliśmy ich już w środku.

Barki 8

Tymczasem w obozie… Bułgarskie wino zebrało swoje żniwo, więc wyczołgujemy się z namiotu około 10. Właściwie to wygania nas słońce. Poszukujemy choćby skrawka cienia i znajdujemy go w ukraińskim obozie tuż obok naszego. Spędzamy miłe przedpołudnie na delektowaniu się kawą i literaturą. W końcu wakacje. Gtorołaźna natura nie pozwala nam jednak przebimbać całego dnia na leżeniu plackiem. Podejmujemy heroiczną decyzję o pójściu do niedalekiej jaskini Reznyovete. Namiary GPS mamy. Zabieramy ekwipunek i wyruszamy. Trochę na nos Tofika, trochę na czuja, trochę na „chyba tędy”, „o tu wydeptane”. Najpierw szlakiem, krok za krokiem, by za chwilę odbić w szatańską stromiznę. Przedzieramy się przez chaszcze i kamienie mniej więcej godzinę. GPS wskazuje, że to już tuż tuż. Jeszcze 100 metrów, jeszcze 50, jeszcze 10. Wedle wskazań technologii stoimy na otworze. Doznania wzrokowe jednak temu przeczą. Kolejne 40 minut spędzamy na penetrowaniu zbocza. Zaglądamy pod każdy kamień, za każde drzewo, tupiemy, skaczemy i nic. Nie ma. W zasadzie jesteśmy już bliscy wykopaniu sobie własnej jaskini. Po kolejnych minutach nierównej walki z otoczeniem postanawiamy: wycof. Doczłapujemy się na camp i spędzamy czas nad Kamenicą – doskonałym bułgarskim piwem. Wyglądamy Robaczków w oczekiwaniu na kolację.

Po powrocie odnaleźliśmy Tofików odpoczywających w cieniu. Upał doskwierał, więc postanowiliśmy pójść pod prysznic. Dzięki temu mamy nowe doświadczenia kąpielowe – zima woda i gorący żel pod prysznic. Przyszedł czas na wykupioną kolację. Przed nami stoją miski z ogórkami i pomidorami. Zjedliśmy i zastanawiamy się ‚czy to już wszystko’? W końcu nie zrozumieliśmy pisanego cyrylicą menu. Na szczęście po 15 minutach okazuje się że nie, choć już byliśmy bliscy utraty nadziei.

Wieczorem odbyło się oficjalne otwarcie obozu. Przedstawiono 5 różnych prezesów – parku, federacji, klubu bułgarskiego, miasta i federacji Ameryki łacińskiej. Potem różne osoby przedstawiały różne prezentacje. Popijaliśmy wino i słuchaliśmy kolegów z różnych krajów. Najciekawszą był film z nurkowania jaskiniowego, w którym pokonywano podwodny zacisk. Siedzieliśmy jak na ‚Szczękch’.

Czwartek, znów 7:30. Tym razem z bulika dochodzą oznaki życia. Szybkie śniadanie i już wyruszamy do jaskini Zmeyova Dupka z najprzystojniejszych przewodnikiem, co bardzo cieszyło mnie i Ciotkę. Naszych chłopaków, nie wiedzieć czemu, mniej…

Zmeyova Dupka

Zapytaliśmy jak długo będziemy iść, a w odpowiedzi usłyszeliśmy 4,5h. Myśleliśmy że to żarty, jednak okazało się, że faktycznie tyle szła grupa wczoraj. Nasza uwinęła się w 2h, co wywołało u przewodnika wytrzeszcz oczu i zachwyt. Był bardzo zadowolony z tak silnej grupy, w której było 4 Polaków, 3 Rumunów (w tym Florian – rumuński Kalosz z jeszcze większą energią), 1 Turek i 2 Bułgarów.

IMAG3931

Zmeyova Dupka jest bardzo mała i jednocześnie najpiękniejszą w okolicy jaskinią, do której prowadzi ~50m studnia wlotowa. Po zjechaniu można zejść na zawał. Tylu nacieków w jednej, maleńkiej jaskini jeszcze nie widziałam. Jaskinia ta powinna być obowiązkowa dla kursantów.

IMAG3959_1

Tofik (a właściwie wszyscy) miał już dość ciągłego „nie ruszaj się, świeć na ścianę”. Nie dawałam jednak za wygraną!

IMAG3974 IMAG3980

Po wyjściu z jaskini nasz przystojniak zapytał, czy nie chcemy iść dzisiaj do jeszcze jednej jaskini. Oczywiście byliśmy chętni, dlatego w tym samym dniu zaliczyliśmy jeszcze jaskinię Reznyovete. Jaskinia znajduje się bardzo blisko campingu, spod otworu słychać było grającą muzykę. Okazało się, że poprzedniego dnia Tofiki mogły sobie jej szukać jeszcze ze trzy godziny. Namiary GPS rozjechały się
z rzeczywistością o dobre pół kilometra.

Reznyovete

IMAG4051

33m zjazdu i przepiękne nacieki. Czekając na wyjście z dziury nasz przystojny przewodnik pozachwycał się jeszcze naszym zespołem. Było nam strasznie miło, a dodatkowo Florin chwalił po wyjściu polskie kobiety jako ‚very strong’. Kolejnym tekstem wyjazdu stało się „rapido ciach ciach”. Okrutnie się zdziwił, gdy Marta uświadomiła mu, że nie jesteśmy polskimi asami, a dodatkowo przez upał i zmęczenie jesteśmy dość słabe i wolne jak na swoje możliwości.

IMAG4022
W trakcie powrotu do campingu stanęliśmy na rozdrożu. Nasz przystojny przewodnik zastanawiał się gdzie iść. ‚Here! I’m of course’ – powiedział Mariusz wskazując drogę. Ubawiliśmy się niebywale, a tekst pozostał na cały wyjazd.

W piątek postanowiliśmy pójść do jaskini Belyar.

Belyar

Wejście do jaskini nie zachęca do późniejszego wyjścia z niej. Przy przeciśnięciu się od razu myślałam „jak ja tutaj wyjdę?!”. Oczywiście Robaczek i Tofik byli w siódmym niebie, bo mogli w otworze kręcić piruety.

IMAG4079

Sama jaskinia jest jednym wielkim zawaliskiem. Najlepiej się idzie, jeżeli się za dużo człowiek nie rozgląda, bo wszędzie są poklinowane wanty. Właściwie to całe przejście to kluczenie między wantami. Bułgarzy rozciągnęli nawet małą niebieską linkę dla ułatwienia orienatcji w jaskini.

IMAG4094

Po dobrej godzinie czołgania, rozciągania i wyginania się w najróżniejsze strony, w końcu dochodzi się do większej sali, gdzie można się wyprostować. Tam postanowiliśmy zawrócić, gdyż zmęczenie wzięło górę, a jaskinia i tak nie przypadła nam go gustu. W myślach mieliśmy jeszcze powrót tą samą drogą oraz wyjście. Pierwszy wyszedł Robaczek. Oczywiście zrobił to z właściwą do swoich rozmiarów i sprawności gracją. Przyszła kolej na mnie. Męczyłam się, obracałam, podciągałam. Można powiedzieć, że już jedną nogą byłam na powierzchni, choć nogi miałam ciągle w jaskini… Pod koniec już prawie się popłakałam i poprosiłam męża o pomoc. Ciotka też nie miała lekko…

Po wyjściu z jaskini byłyśmy z Ciotką poobijane jak po 2 tygodniach wyprawy w Picos de Europa. Poczekaliśmy jeszcze na resztę ekipy i wróciliśmy na bazę. Wieczorem tradycyjnie spożywaliśmy bułgarskie wino. Dodatkowo w okolicy campingu zaczął się regionalny festyn i mieliśmy możliwość spróbować wielu pyszności, w tym genialnych pączków, a także zakupić lokalne rękodzieła oraz podzwonić na dzwoneczkach.

IMAG4163

IMAG4112

Sobota. Śniadanie, pakowanie, pożegnania i szybka wizyta w pobliskiej jaskini turystycznej Ledenika Cave. Jest to jedna z największych jaskiń turystycznych w Bułgarii. Budynek prowadzący do jaskini jest wielkim nietopatrzem. W środku znajduje się niewielka sala kinowa oraz wystawa.

home-zM70xM-r0MBvq_11_b

źródło: http://www.parkledenika.org/en/the-bat/

Wejście do jaskini potwierdza nasze wcześniejsze stwierdzenie: Bułgaria to stan umysłu. Wielki plastikowy tunel skalny z olbrzymią mrówką z kilofem na szczycie.

IMAG3904

Jaskinia ma przepiękne nacieki, które niestety są mocno zniszczone przez ruch turystyczny. W połowie jaskini znajduje się ogromna sala, w której wyświetlany jest film na wodzie oraz prezentowany jest „laser show”. Pierwszy raz się spotkaliśmy z czymś takim. Było to bardzo fajne, ale czemu robić to w jaskini? Na to pytanie nie umieliśmy sobie odpowiedzieć.

Tu będzie film z laser show.

Po tych atrakcjach wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Nie prowadziła ona jednak prosto do Wrocławia. Po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze jezioro Balaton na Węgrzech – największe jezioro Europy Środkowej. Podróż uprzyjemniały nam różne gry słowne oraz komórkowe. Największą popularnością cieszyła się gra „literka P” polegająca na wytłumaczeniu słowa używając tylko wyrazów na literę P. Niekwestionowanymi hitami tej gry stały się hasła:
– pojemnik, pożywienie, prawodopodobnie pizdzi – lodówka
– poniżej penisa, powyżej pięt – kolano

Testowaliśmy także nowe dla nas gry, takie jak: żulionerzy, kumpeliada czy prawda i fałsz. W końcu, w nocy dojechaliśmy nad Balaton. Po długich poszukiwaniach campingu postanowiliśmy położyć się w losowo wybranym miejscu. Okazało się, że wybraliśmy niewielki park tuż obok 9 „tatarskich schronów”. Dokładniej były to schrony przeciwko Tatarom, wykute przez mieszkańców w pobliskiej skale. Oczywiście jako grotołazi nie mogliśmy odwiedzić choćby jednego z nich.

IMAG4169

Nad samym Balatonem próbowaliśmy zjeść ludzkie śniadanie. Niestety nasze wysiłki skończyły się na frytkach, hamburgerach i gyrosie w bułce popijanych coca-colą, kawą i mrożonymi jagodami (pycha!). Popluskaliśmy nogi w jeziorze, połaziliśmy po okolicy i strzaskaliśmy nasze blade ciała węgierskim słońcem. Około 12 wyruszyliśmy w dalszą podróż ku ojczyźnie. Tym razem przygód na granicach nie było. Do Wrocławia szczęśliwie dojechaliśmy około 22.

To był bardzo udany wyjazd! W przyszłym roku Balkan Cavers Camp odbędzie się w Grecji. Już teraz planujemy tam być.

Tekst: Aleksandra Robak (z pomocą przyszła Marta Mielczarek)
Zdjęcia i filmy: Aleksandra Robak, Birgul Kalkan (Turcja)

Pierwsze koty za płoty, czyli jurajskie jaskinie pionowe za nami

25-26 czerwca 2016r. wybraliśmy się na Jurę Krakowsko-Częstochowską na pierwszy poważny wyjazd jaskiniowy, w praktyce sprawdzający nauki pobierane do tej pory na Fpince i skałach. I choć wszyscy spotkaliśmy się na nocleg na polanie, mieliśmy działać w czterech (bardziej lub mniej) niezależnych zespołach. Ambitny plan zakładał odwiedzenie 9 dziur: Awenu Wszystkich Świętych, J. Olszyńskiej, Koralowej, Przekątnej, ks. Borka, Sulmowej, Urwistej, Piętrowej Szczeliny i Wielkiej Studni Szpatowców.

W sobotę szybko podzieliliśmy się na cztery grupy. Dwie zostawały na miejscu – razem z instruktorami, którzy już tu byli, dwie pozostałe jechały do Podlesic, by spotkać się z kolejnymi dwoma instruktorami na miejscu (tzn. w pobliżu dziur). Dzięki pomocy instruktorów i klubowiczów wiedzieliśmy, ile szpeju będziemy potrzebować, więc odpowiednio spakowaliśmy wory.

 

Wszystkich_Sw

Oddajmy głos uczestnikom wyjazdu:

Gosia:

Wśród odwiedzonych w trakcie wyjazdu jaskiń znalazły się połączone ze sobą Jaskinia Olsztyńska i Wszystkich Świętych (nazywana również Awenem Wszystkich Świętych) zlokalizowane w zboczach Pustelicy. Do momentu wyjścia z jaskini dziwiły mnie te nazwy.

Eksplorację rozpoczęliśmy od naznaczonej znakiem czasu  i działaniem szpatowców (szczególnie w partiach wejściowych) Jaskini Olsztyńskiej. Przestronne Partie Olsztyńskie nie wymagały w eksploracji użycia liny. Możliwe było swobodne przejście z jednej przestronnej salki do drugiej, połączonej wąską szczeliną ze schronieniem wschodnim. W tej głębszej, dalszej jaskini stop był zdecydowanie wyższy, a bogata, zachowana szata naciekowa przy kominkach pozwalała  na wspinaczkę z  wykorzystaniem techniki zapieraczki.

Następnie wróciliśmy do Sali wejściowej, gdzie naszym zadaniem było znalezienie korytarza, który zaprowadzi nas do jaskini wszystkich świętych. Zadanie było utrudnione, gdyż nie mogliśmy posiłkować się planem jaskini. Oceniając kierunek przepływu powietrza, po wskazówkach instruktora, znaleźliśmy BAKK, który wg opisów jest wąskim korytarzem z zaciskiem wycenianym na Z-II. W rzeczywistości, po zdjęciu kasków, żaden z członków naszej grupy nie miał problemu z jego pokonaniem.

Przez BAKK dotarliśmy studni Warszawskiej, z której korytarz prowadził do dalszej, głębszej części z wąskim przesmykiem  (do pokonania w uprzęży i pełnym rynsztunku bokiem), którego wylot prowadził wprost do studni przed mostem Herberta ( deniwelacja 6-8 metrów). Trawers nad studnią na ochotnika poręczował Przemek.

Olsztynska4

Liczne formy skalne – stalaktyty i stalagmity stanowiły idealne chwyty i stopie przy przechodzeniu. Jednak jak zawsze „najtrudniejszy pierwszy krok” w ciemną otchłań, więc trawers ogólnie wzbudził respekt kursantów.  Za mostem Herberta zeszliśmy na linie do Sali Peny z piaszczystym syfonem Leniwego Maksa, skąd mogliśmy bezpiecznie podziwiać w całej okazałości bogatą szatę naciekową  jaskini wszystkich świętych.

Droga powrotna prowadziła przez zaporęczowaną wcześniej z zewnątrz Studnię Warszawską (lub Awen Wszystkich Świętych).

Nie wiem skąd owa jaskinia wzięła swoją nazwę, ale  ku swojemu zdziwieniu wychodząc na powierzchnię usłyszałam śpiew: „Ave, Ave Maria”. I nie był to efekt halucynacji, tylko najzwyczajniejsza grupa pielgrzymów, zmierzających do Częstochowy J.

Olsztynska5

Malina:

Drugiego dnia naszych jaskiniowych wojaży instruktorem był Andrzej. Dzięki niemu mieliśmy okazję zobaczyć, jak to kiedyś wyglądało. Pierwszą z jaskiń, jaką tego dnia odwiedziliśmy, była Jaskinia Koralowa. Była to największa i jak dla mnie najładniejsza jaskinia na tym wyjeździe. Na początku Brokuł zaporęczował dla nas zjazd z dwoma przepinkami. Dotarliśmy do Sali wejściowej, zasypanej liśćmi, następnie Sala Zawaliskowa a w niej  mnóstwo kamoli, całkiem niezła szata naciekowe i coraz mniejsze salki, przełazy, zawaliska. War wywspinał dla nas Luźny, w czasie kiedy to robił reszta walczyła z błotną pochylnią. Mieliśmy okazję zobaczyć jak nasz instruktor po szacie naciekowej wspinał się jak kozica. Widzieliśmy, nie raz, jak zjeżdżał w kluczu, w miejscach gdzie niektórzy z nas mieli problem używając przyrządów. Zwiedzaliśmy całą jaskinię i sprawiało nam to ogromną radość. Eksplorowanie tej jaskini było idealnym zwieńczeniem tego wyjazdu.

(ciąg dalszy nastąpi)

Zebrała: Beti (Beata)

Obóz wspinaczkowy I – kurs 2016

Załoga bombowca w składzie: Malina, Emil, Brokół i Bartek pojechała 20 czerwca na czterodniowy kurs wspinaczkowy.

7

Od samego początku nie brakowało nam wrażeń. Zajęcia prowadził instruktor Emanuel Soja, osoba bardzo konkretna i rzeczowa, przez co od razu go polubiliśmy.

4

Nie cackał się z nami, jedno wejście „na wędkę” w celu sprawdzenia naszych umiejętności, kilka ćwiczeń na wybieranie i wydawanie liny, wpinanie liny w ekspresy i zaczęliśmy się wspinać z dołem. Już pierwszego dnia niektórzy z nas, boleśnie przekonali się co to znaczy, że wapienie na Jurze są jak mydło.

8

Zajęcia bardzo intensywne i różnorodne, ciężko było przyswoić tę całą wiedzę w tak krótkim czasie. Wspinaczka tradowa, czyli na własnej asekuracją to najlepsza motywacja do nieodpadania i dawania z siebie 200%, aby nic nie skopać i poprowadzić bezbłędnie drogę. Jak dla mnie był to jak na razie jeden z najlepszych wyjazdów kursowych, sprawdzenie nabytej oraz zdobywanie nowej wiedzy i praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka.

5

Tekst: Mateusz „Malina” Malinowski
Zdjęcia: Mateusz „Malina” Malinowski

Klubowy kurs kartowania – 11-12.06.2016

Czy słyszeliście, że kartowanie jest nudne, żmudne, zawsze źle zrobione i tylko człowiek wymarznie w tej jaskini, na koniec wychodzi z zabazgranym zeszytem, oczami prześwietlonymi od lasera, a jaskinia i tak nie jest zorientowana w stosunku do Afryki ? Więc to wszystko prawda.

13392003_10208584140776449_5707173653986263438_o

Dlatego w SCW zorganizowane zostało szkolenie z kartowania, teoretyczne i praktyczne. Głównym motywatorem tego szkolenia jest oczywiście coroczny wyjazd na Picos de Europa. Wszystko, co wymieniłam w pierwszym zdaniu nie może się zadziać na wyprawie, zwłaszcza, że plany na ten rok są ambitne i mocno związanie ze sporządzeniem porządnej dokumentacji jaskiniowej tego obszaru.

13416756_10208584146856601_20121373199118592_o

A teraz kilka suchych faktów:

  1. Szkolenie teoretyczne nr 1. Czas trwania: 4h, ilość zainstalowanego oprogramowania: 3 szt, ilość uczestników: 8 szt, ilość przekazanych informacji: ogrom, myśli w głowie: „WTF?!”, „Jeszcze się tyle muszę nauczyć…”, „Jakim cudem istnieje więcej niż jedna północ?!”, „To w końcu układ czy upad?!”
  2. Szkolenie praktyczne. Czas trwania: cała sobota, 11.06.2016, miejsce: Jaskinia Radochowska, zorientowanie w stosunku do Afryki: Współrzędne na elipsoidzie WGS84 naszego punktu na powierzchni z odbiornika turystycznego Garmin GPSMAP64st (GPS+EGNOS+GLONASS) z anteną zewnętrzną:(długość i szerokość geograficzna w częściach dziesiętnych stopni):50,35867, 16,81803, 443 m n.p.m. UTM 33 U: 0629317 m, 5580090 m, 443 m n.p.m., sprzęt używany podczas kartowania: DistoX stare (jak to się zacina!!) i nowe, PDA, cave sniper (jak to się długo klika w ten jeden guzik); ilość i skład zespołów kartujących: zespół 1: Kamila, Marta M, Radek; zespół 2: Magda, Marta Cz, Nina; ekspert krążący między zespołami i naprawiający sprzęt swoim informatycznym spojrzeniem: Tofik,  wyniki kalibracji: 0,21 + 0,39 (pierwszy wynik osiągnięty przez zespół nr 2 był nie do przyjęcia i wynosił 1,02); ilość pętli wykonanych: 1, ilość pętli zamkniętych: 0, ilość rozdanych magnesów „Dzielna Dziewczyna” w ramach pochwałki: 2, pochwałka dla prowadzącego: magnes na lodówkę z nietoperzem i napisem „Jestem zwycięzcą!”
  3. Szkolenie teoretyczne nr 2. Czas trwania: 2h 15 min, ilość doinstalowanego oprogramowania: 1 szt, ilość uczestników: 4 szt + fotograf Adam, użyte programy: Walls + konwerter danych Tofika, ilość powstałych planów ostrzelanej w poprzedni weekend jaskini Radochowskiej: tyle ile uczestników, dane użyte pochodziły z: DistoX + PDA, ilość ciągów głównych: oczywiście 1, bo byliśmy wszyscy w tej samej jaskini, ilość ciągów bocznych ujętych na planie: 4 albo 5 (kronikarz jest nieprecyzyjny, a pamięć zawodna).
  4. Szkolenie teoretyczne 3 + 4 : w planach, realizacja w nadchodzących tygodniach.
  5. Szkolenie praktyczne nr 2: zaplanowane na 23-24.07.2016. Miejsce: to samo.

U samego wejścia do jaskini Radochowskiej znajduje się zadaszona wiata z grillem, codziennie przychodzi tam wielu turystów (określenie „wielu” jest nieprecyzyjne, ale dostęp do danych statystycznych z tego zakresu jest aktualnie niemożliwy). Jedną z dodatlowych atrakcji są pokazy ptaków drapieżnych, prowadzone przez pasjonatów z „Pod Skrzykłami”.

W nocy z soboty na niedzielę 4 osoby testowały nowy namiot wyprawowy, śpiąc w Sali Gotyckiej jaskini. Wynik testu: pozytywny.

13422319_10208584148096632_6244169250052989233_o

Czy kartowanie naprawdę jest takie nudne? Trochę tak, ale zdarzają się urozmaicenia: wycieczka czeskich strażaków w pełnym umundurowaniu, sztuk 14.

Czego i Wam życzę

Tekst: Nina Sołtysek
Zdjęcia: Adam Leksowski

Jura 11-12.06.2016 – kurs 2016

Weekend 10-12 czerwca 2016r. minął pod znakiem wielu wyjazdów szkoleniowych. Wśród nich nie mogło zabraknąć wyjazdu kursowego, którego przedmiotem było doskonalenie umiejętności poręczowania. I tu serdeczne pozdrowienia dla wszystkich nieobecnych, dzięki którym, podzieleni na 5 zespołów, mogliśmy ćwiczyć w tzw. szybkich dwójkach i na żadnej trasie tramwaj nie powstał (z wyłączeniem trasy A4 na odcinku Wrocław-Opole, która testowała naszą cierpliwość w piątek). Główną bazę wypadową szkolenia stanowiło Ranczo w Zajeździe Jurajskim w Podlesicach. Stamtąd w sobotę ok. 8.30 wyruszyliśmy do Podzamcza, by pod okiem naszych czujnych instruktorów: Izy Włosek, Bartka Sieroty i Sebastiana (Lewego) Lewandowskiego, niczym średniowieczni najeźdźcy zdobywać trzydziestometrowe skały u podnóża Grodu Birów doskonaląc techniki poręczowania.

DSC02035

Niespodziewany poranny deszcz nikogo nie zniechęcił i dzięki sprawnej samoorganizacji i wspólnej pracy zespołowej przy użyciu plandek stworzyliśmy suche schronienie między drzewami, gdzie mogliśmy rozdzielić sprzęt.

DSC02029

Deszcz szybko ustał a my, jako pierwsi pod skałą i na skale, mogliśmy przebierać dowolnie w trasach do poręczowania wybierając najwyższe w otoczeniu dostojnego Sfinksa. Tam również poznaliśmy Emka, albo raczej najpierw wisząc w skale usłyszeliśmy z jakim zaangażowaniem dopinguje swoich kursantów, a potem dowiedzieliśmy się, że to właśnie ON – nasz instruktor na obozach wspinaczkowych. Cud miód malina jak lubelska antonówka w ręku Andrzeja przy ognisku. Dziękujemy naszym Drogim Instruktorom za zaangażowanie wyrażane w sposób bardziej dyskretny za pomocą innych środków przekazu. Wasze rady zawsze są cenne i trafne!

DSC02034

Wieczór rozpoczęliśmy pod znakiem relaksu na Ranczowym patio, hamaku rozwieszonego na werandzie, toksycznych baniek mydlanych, ukulele i śpiewającego Makarona. Jak na każdym wyjeździe nie mogło zabraknąć ogniska, za którego organizację serdeczne podziękowania dla Wantuli i Przemka. Czas umilał nam weselny beat i rozmowy o naturze rzeczy, a że na najlepiej kontempluje się przy winie i innych szlachetnych trunkach, tajna delegacja zdecydowała się na przeprowadzenie akcji ZNICZ. Groźba zbiórki o 7.30 dnia następnego rozproszyła część kursantów. Patronką dnia drugiego była Biblioteka. Choć to nieco niższa formacja skalna (ok. 16-18m), to wcale nie była łatwiejsza. Tu pokory uczyło każde wyjście poza próg skalny, chociaż formacja ta bogata w liczne oczka skalne była dla nas przyjazna.

DSC02056

Poza poręczowaniem i deporęczowaniem ćwiczyliśmy również łączenie lin w punkcie i w zjedzie, zakładanie odciągów oraz przepinki przez węzeł. Wśród malowniczej miejscowej scenerii cennych wskazówek udzielali nam Lewy i Bartek. Tak – to był dobry wyjazd. Dzięki Wam- Klubowiczom, Wam- Instruktorom i Wam – Miłym Gościom i tym małym i tym dużym i tym na czterech łapach.

Tekst: Małgorzata Orłowska

Zdjęcia: Maciej „Luźny” Cepin