20-lecie klubu – 22-23 maja 2010

Jak to zwykle w naszym klubie bywa, wszystko zaczęło się od jazdy autostopem…

Złapałyśmy przemiłego pana, gdzieś pod Sobótką, który podwiózł nas na samą przełęcz Tąpadła, doradzając, by nawet nie zaglądać do ośrodka wypoczynkowego w Sulistrowiczkach. Jak to określił, panuje tam „atmosfera PRL-u”. Ośrodek „Mieszko i Jagienka” okazał się ładnie położonym obiektem, niestety w niekończącym się remoncie. Odbiło się to na naszych późniejszych warunkach lokalowych. Decyzja zapadła jednak szybko. Przekonała nas całkiem spora sala.

Świętowanie oficjalnie miało odbyć się w sobotę. Jednak już w piątek przyleciał Armando i całkiem godną ekipą zasiedliśmy przy ognisku. Bawiliśmy się aż po blady świt, mieszając wiele europejskich języków, dopóki nie odpadł Armando. Za szybkie wprowadzenie naszego gościa w stan nieważkości odpowiadają z całą pewnością Bobry w osobach Pigiego i Łysego. Niewiele tej nocy pospaliśmy a nazajutrz czekała nas ciężka praca. Przygotowanie terenu pod kontem zabawy i rekreacji, przystrojenie sali „baletowej”, zajęcie czymś Armanda, by cichaczem przeprowadzić próbę tańca. Już od rana było pod górkę. Poprzedni właściciel nastraszył właścicielkę, reklamując nas jako bandę huśtającą się na żyrandolach. Jak się okazało, temu przemiłemu panu chodziło o któreś tam z kolei speleokonfrontacje, w trakcie których rzeczywiście miały miejsce podobne ekscesy. Potem restauratorka wylewała żale, że używamy sali, w której impreza zaczyna się dopiero wieczorem. Krótko mówiąc, niezła jazda.

Kiedy już padaliśmy za zmęczenia, ociekając potem po nastu próbach tańca, kiedy już wydawało się, że Gocha zawiesi ten ostatni obrazek i skończy wreszcie dekorować… zaczęli zjeżdżać się goście. Miło było popatrzeć na witających się serdecznie grotołajzów ściągających z daleka i z bliska. Miło było wyściskać wszystkich starych dobrych znajomych. Skompresowaliśmy się jak mogliśmy w trzech z czterech obiecanych domkach, rodziny z dziećmi zajęły pokoje hotelowe a Prezes w akcie poświęcenia zabukował już miejsce na tylnym siedzeniu samochodu…

No i się zaczęło… Część powitalną poprowadzili Schab i Stahoo. Poradzilli sobie świetnie mimo braku mikrofonu i dużej ilości bardzo młodej publiczności. Zasadniczo wyż demograficzny zauważalny był gołym okiem a właściwie wychwytywany nieprzywykłym uchem. Dzieciaki najbardziej żywiołowo reagowały na występ taneczny klubowego zespołu specjalnej troski. Największe pochwały zebrał Wiesiek, który powalił dosłownie i w przenośni wszystkich na podłogę nietuzinkowym asobiejedynieznanym układem choreograficznym oraz wysmakowanym strojem stylizowanym na niewiadomoco. Po pseudoasturyjskim występie na cześć Armanda, nastąpiła egzotyczno- andaluzyjska solówka lekko przerażonej Aliny. Jeśli ktoś nie miał tremy, to chyba jedynie Armando, który w podziękowaniu za nadanie mu członkowstwa honorowego nazwał wszystkich braćmi. Na szczęście nie musimy się obawiać. Jest raczej niefotogeniczny, więc z „rodziną” nie będzie dobrze wychodził na zdjęciu.

Po występach artystycznych przyszedł czas na konkurs wiedzy o klubie. W szrankach stanęły zespoły Kasi, Janusza oraz Sebastiana zwanego Żydem. Wszyscy walczyli do końca i można rzec zajadle. Jury w składzie Gocha, Maślanka, Marta, Stahoo, Koń przyznało punkty i nagrodziło zwycięzców. W trakcie imprezy można było wyginać śmiało ciało w parku linowym przygotowanym przez Adama, Kasię, Olafa i Krychę oraz degustować kiełbaski nad którymi czuwał Krzysiek. Kiedy zaczęła się dyskoteka, wszystkim ostatecznie puściły zawory bezpieczeństwa, zwłaszcza DJ-owi, który z przyczyn fizjologicznych opuścił stanowisko pracy. Niezapomniany pozostanie występ akrobatyczny Browara, dzięki któremu właścicielka nie musiała nazajutrz polerować podłogi, a który to, jako niezrównany artysta estradowy, ma drogę otwartą do naszego klubowego zespołu pieśni i tańca . Na wszystko patrzył z dużą dozą zaniepokojenia Miguel, oszczędnie odmierzając kroki i koncentrując się, by nie wejść na nasze trajektorie lotów. Tego dnia miał urodziny , których niewątpliwie nie zapomni, zawłaszcza wkładając czarno-czerwone kalosze z logo naszego klubu.

Nie mam pojęcia jak przybiegała reszta dyskoteki, gdyż zwalona chorobą ewakuowałam się na tzw. glebę piętro wyżej. Mam wszelkie powody przypuszczać, że do końca było żywiołowo, intensywnie I BARDZO GŁOŚNO, gdyż z wyżej wymienionych powodów nikt w pokoju nie mógł zmrużyć oka. Leżąc piętro wyżej uczestniczyliśmy w zabawie niemalże fizycznie.

Rankiem wspaniałe i nieocenione dziewczyny: Marta, Maślanka i Bielawny ogarnęły cały ten bajzel i przygotowały w jednym z domków śniadaniowy szwedzki stół. Potem mieliśmy troszkę czasu, by porozmawiać spokojnie, pojść na spacer z dawno niewidzianymi znajomymi. Gdy rozstania nadszedł czas Lisowice i spółka zgarnęły Armanda i Miguela a my ze smutkiem rozjechaliśmy się we wszystkie strony tego, jak się okazuje, małego świata.

Ja tam byłam, co było to piłam, a co zobaczyłam, z grubsza Wam streściłam. I żyli długo i szczęśliwie, po to, by spotkać się ponownie…

Podziękowania ogromne:

  • Gościom za przybycie, wspaniałą zabawę, owacje, bisy i salwy śmiechu;
  • Klubowiczom za włożoną pracę, poświęcony czas, uśmiech i pomoc mimo zmęczenia oraz niewyczerpane pokłady inspiracji;
  • Tancerzom (zwłaszcza Wiesiowi) za dystans do samych siebie i niezrównane poczucie humoru ;
  • Specjalne podziękowania dla Nizioła, który czuwał, mimo że nie musiał, nad ciepłem „międzyklubowego” ogniska .