Szkolenie raki i czekan, 21-23.01.2011

Szkolenie z posługiwania się czekanem oraz rakami w warunkach zimowych, chyba już na stałe wpisuje się do kalendarza wyjazdów zimowych naszego klubu.

01 03

Tym razem szkolenie odbyło się na Śnieżniku Kłodzkim w terminie 29-30 stycznia 2011 roku. Fredi z Joła długo trzymali kursantów w niepewności, gdzie i czy w ogóle szkolenie się odbędzie. Panująca wokół odwilż nie wróżyła nic dobrego. Jednak po konsultacjach ze schroniskowym na Hali pod Śnieżnikiem udało się w końcu znaleźć śnieg i zaklepać noclegi.

04 05

Szkolenie zaczęliśmy w sobotę pogadanką na temat zakładania stanowisk w śniegu – począwszy od stanowisk zbudowanych z nas samych, poprzez takie z użyciem czekanów, kijków trekingowych, plecaka i na stanowiskach z nart skończywszy.

06

Później nastąpił przegląd sprzętu zimowego uczestników szkolenia – na stół poszły różnej maści raki i czekany. Można było poczuć się jak na jakimś pchlim targu, gdzie na stole piętrzyła się górka raków oraz czekanów.

07

08

Joła omówił krótko charakterystykę sprzętu zimowego, następnie zakładanie raków oraz dopasowywanie ich do buta. Po tym, jak wszyscy zostali obuci w raki, nastąpiło szkolenie umiejętności chodzenia w rakach – zarówno w dół, jak i w górę stoku oraz na trawersie.

09 10

Tego dnia zajęcia zostały zwieńczone demonstracją, jak tragicznie może skończyć się niewiedza i nieumiejętne posługiwanie się sprzętem. Trzy dziewczyny zostały związane liną i w czasie podchodzenia zespołu Joła zasymulował gwałtowny upadek ostatniej z nich. Dwie pierwsze osoby powinny wyhamować lot koleżanki, jednak szarpnięcie było tak niespodziewane i silne, że obydwie również poleciały w dół. Nie pomogło posiadanie czekana – jeden został od razu zgubiony, drugi pozostał z partnerką ściskany kurczowo przy piersiach… Morał był prosty : nie wystarczy się uzbroić w sprzęt, trzeba przede wszystkim wiedzieć, jak go skutecznie używać.

11 12

Wieczorem odbyła się pogadanka na temat zagrożeń czyhających na nas w górach zimą, a potem nastąpiła wreszcie długo wyczekiwana integracja…

13

14

Po dość ciężkiej nocy z wieczorem kawalerskim w tle, rano ruszyliśmy na ślizgawkę na szczycie Śnieżnika. Tu przez dobre 3-4 godziny ćwiczyliśmy wszystkie możliwe warianty hamowania upadku czekanem, więc było i na plecach, i na brzuchu, i głową w dół, i do góry. Co chwilę ktoś ślizgiem leciał z czekanem na dół, by po chwili wyhamować swoją jazdę.

15

Wszystkie ćwiczenia odbywały się pod czujnym okiem naszych ekspertów klubowych czyli Roberta „Joły” Chojnackiego oraz Jacka „Frediego” Wieprowa, przy idealnych wręcz warunkach pogodowych.

w szkoleniu udział wzięli:

  • kurs 2010/2011: Magda Sikora, Dorota Kopeć, Kasia Szymczak, Adam Pyka, Marcin Tomaszewski, Maciek Wasilewski, Piotr Młotek, Arek „Tofik 01” Młynarczyk
  • kurs 2008/2010: Tomek „Jasiu” Jasiński, Tomek Utkowski, Robert „Kalosz” Zaremba, Maciek Wajda
  • klubowicze: Aga Majewska, Marta Maślanka, Kasia Filipek, Adam Leksowski
  • przyjaciele klubu: Ola Wywrocka, Maciek Wywrocki, Piotrek, Marta

Tekst: Adam Leksowski

Zdjęcia: uczestnicy

Jaskinia Miętusia i Kasprowa Niżna, czyli długo oczekiwany wyjazd klubowy, 03-05.12.2010

Zaczęło się niewinnie od maila, żeby pojechać w Tatry. Trzon ekipy szybko się zbudował, a nie do końca zdecydowani mieli czas na podjęcie decyzji. Problemy jednak narastały w miarę zbliżania się terminu wyjazdu. Adam już wcześniej powiedział, że w tym terminie oddaje swoje auto do mechanika. Fredi mówi, że pojedzie swoją „cytryną” i zabierze część wrocławskiej ekipy (Fredi, Adam, Kasia i Michał) jeśli zdecyduje się na wyjazd. Doktorek jedzie na pewno swoją Kugą i zabierze część pozawrocławską (Doktorek, Aga i Konar). Niby wszystko ustalone, niby wszystko gra. A jednak…

W środę potężne opady śniegu w całej Polsce i w czwartek rano Doktorkowi w drodze do pracy miły pan zaparkował w dupę auta. Mimo usilnych starań Forda do ostatnich chwil, Doktorek powiedział: NIE. Dodatkowo na Śląsku znów potężne opady śniegu. Trwa gorąca wymiana myśli przez komórki między Adamem, Konarem i Koniem. Ten ostatni jest już w drodze do Zakopane i droga na razie jest ok, ale co będzie dalej przecież to dopiero 20 km od Wrocławia, gdzie świeci słońce. Konar dzwoni do Agnieszki jak jedzie i podejmuje decyzję o wyjeździe bolidem Renault w kolorze Grand Kanion Colorado do Zakopanego. Umawia się z Agnieszką na dworcu w Katowicach. Tym czasem Koniowóz mknie przez A4 w stronę Krakowa nie omijając korka na tejże autostradzie. O 19 Koniowóz dociera do Kir a bolidy Renault i Citoren mkną przez zawieje śnieżne i bezdroża w stronę zasypanych śniegiem „Tater”.

Rano spręż jakby nie spręż, szybkie śniadanie i wyjście do jaskini Miętusiej. Pierwszy moment zaskoczenia dopada ekipę już u wylotu Doliny Kościeliskiej, gdzie po budce filanców można by powiedzieć pozostało tylko miłe wspomnienie. Informacja na kartce głosi: W celu dokonania wejścia jaskiniowego udaj się do informacji na Rondzie Kuźnickich bądź zadzwoń. Kierownik całego zamieszania nijaki Konar nie wiele myśląc bierze do ręki swoją zmarznięta komórkę i zgłasza wyjście do jaskini Miętusiej. Zimno otaczające grotołazów przeszywa do szpiku kości, ale to nie jest ważne bo każdy ma nadzieję na piękne widoki na Wyżniej Polanie Miętusiej.

Cóż za rozczarowanie wkradło się w serca ekipy, gdy okazało się, że o tej porze roku w dolinie Miętusiej słońce nie zawita. Pozostało tylko torować sobie drogę do czeluści. Cóż za pech to sprawił, że śmiałkowie za szybko odbili w górę ku Miętusiej jaskini, ale nie tej co mieli, a tej Wyżniej, co nie była ich celem. Torowali sobie drogę pomiędzy powalonymi drzewami zamiast cofnąć się trochę do miejsca, gdzie odbić należało. Po czasie jakimś przechodzenia pod i nad drzewami dotarli w końcu do drzwi czeluści. Śmiałkowi popatrzyli sobie głęboko w oczy a szczególnie w czarną otchłań co zionęła zimnem strasznym i podjęli decyzję o powrocie w ciepłe kąty bazy swej.

Wieczór nadszedł szybko, a że dziadek Mróz był blisko to śmiałkowie rozgrzewali się przy winie grzanym. Wysłuchali także opowieści dawnych Krzysia Makówy, jak to kiedyś się po grotach świata chodziło.

Niedzielny ranek był równie zimny co dzień poprzedni, ale znów ekipa wyrusza do jaskini. Idą i idą do góry od Kuźnic, ścieżka ich prowadzi jak po sznurku i nagle stają przy otworze jeszcze większym niż wczorajszy. Przebierają się w przeróżne dziwne rzeczy tylko w im wiadomym celu. Nagle znikają w ciemnościach groty. Gdyby nie czołówki to by byli w dupie, a tak patrzą na to piękno co w około nich się rozpościera. Robią zjazdy, wspiny jakieś, w wodzie brodzą by spotkać się z rycerzami co śpią w grocie. Jeszcze tylko Konar pcha się do syfonu, a tuż za nim kroczy Fredi. A za Fredim Aga leci, co by Adam jest nie zdeptał. Tak dotarli do kresu swych możliwości i pozostał tylko odwrót. Jeszcze tylko jeść się im zachciało, ale ognia nigdzie nie ma więc udali się w poszukiwaniu Zapałek.

Tak to właśnie weekend minął wrocławiakom. A kto nie był niech żałuje, jeśli nie dziur to imprezy co być musi….

W wyjeździe uczestniczyli:

  • Marta Majewska
  • Zosia
  • Paweł Michalski
  • Adam Leksowski
  • Kasia Filipek
  • Agnieszka Majewska
  • Michał Maternik
  • Jacek Wieprow
  • Michał Konarski

Do jaskini Miętusiej poszli: Koń, Adam, Kasia, Agnieszka, Michał, Fredi i Konar

Do jaskini Kasprowej poszli: Marta, Adam, Kasia, Agnieszka, Michał, Fredi i Konar

Michał Konar Konarski

Węgry 10-14.11.2010

„Węgier, Polak dwa bratanki i do konia i do szklanki. Oba zuchy, oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi.”

Historyczne przysłowie ukazujące przyjaźń narodu polskiego i węgierskiego z XIX w, dziś okazało się nie mniej aktualne. 11 listopada, dzięki nawiązaniu kontaktu z węgierskim klubem grotołazów, mieliśmy okazję zobaczyć jaskinie na Węgrzech. Pokrótce opiszę przebieg naszej wycieczki.

Zatrzymaliśmy się w schronisku w miejscowości Jósvafő znajdującej się w Parku Narodowym Aggtelek. Stąd po odespaniu długiej podróży z samego rana (ok. g. 1200) poszliśmy z naszymi węgierskimi „przewodnikami” (z zaprzyjaźnionego klubu grotołazów) do jaskini Vas Imre. Była to typowo turystyczna jaskinia z wieloma ciekawymi naciekami w kolorach od bieli po intensywną czerwień. Poniżej zdjęcie tzw. Pomarańczowych fal:

1

O ile zwiedzanie jaskini Vas Imre stanowiło krótki i przyjemny spacer, w kolejnej nie było już tak beztrosko. Z drugiej jaskini nikt już nie wyszedł suchy. Mimo, że było zimno i mokro, wspaniałą rekompensatę stanowiły piękne widoki.

(wtedy) zadręczani naszym fotografem:

2

…dziś mamy się czym pochwalić:

3

4

Przez jaskinie płynęła woda, która momentami sięgała po pas, a gdzieniegdzie zamieniała się w bagno, z którego ciężko było nawet wyciągnąć buta:

5

6

Po powrotcie całe schronisko zamieniło się w wielka suszarnię:

7

…a wieczorem integrowalismy się po Polsku:

8

Trzecią jaskinią była tzw. „Baradla cave”, najdłuższa jaskinia na Węgrzech (18,8 km, stanowiąca dziedzictwo kulturowe UNESCO). Ta jaskinia poraziła nas swoim rozmiarem!

…ale także zachwyciła pięknem:

9

10

Okazało się, że nawet grają tu spektakle operowe! Poniżej zdjęcie jaskiniowej opery:

11

Wieczorem odwiedził nas kolega- Węgier, który uprzednio umożliwił nam wejście do jaskiń. Zostaliśmy poczęstowani wyborym winem Tokaj a w zamian, podarowaliśmy mu polski miód pitny i …kiełbasę ? (węgierską).

Na koniec pozostało nam tylko zrobić pamiątkowe zdjęcie i pożegnać naszych Węgrów.

12

W wyjeździe udział wzieli klubowicze, kursanci, przyjaciele klubu:

  • Łukasz „Sid” Kędzierski SCW – kierownik zamieszania
  • Agnieszka Kędzierska
  • Kasia Filipek SCW
  • Kasia Wężowska SCW
  • Joanna Bogdanik
  • Kasia Szymczak
  • Dorota Kopeć SCW
  • Basia
  • Adam Leksowski SCW
  • Maciek Wajda SCW
  • Robert Zaremba SCW
  • Michał Maternik SCW
  • Wojtek Nobis SCW
  • Krzysztof Kubis SCW
  • Krystian Bogdanik SCW
  • Michał Trębacz SCW
  • Jacek Zgutka – Speleoklub Warszawski

Teskt: Dorota Kopeć

Zdjęcia: Łukasz „Sid” Kędzierski

Manewry ratownictwa jaskiniowego 08-10.10.2010

W dniach 8-10 października w Tatrach odbyły się manewry ratownictwa jaskiniowego organizowane przez Komisję Taternictwa Jaskiniowego Polskiego Związku Alpinizmu.

Pierwszego dnia udaliśmy się do Doliny Ku Dziurze, gdzie w warunkach pół-jaskiniowych ćwiczyliśmy wszystkie możliwe układy ratownicze przydatne podczas akcji ratunkowej. Nosze z poszkodowanym zostały przetransportowane po przygotowanym torze przeszkód. Na samym początku nosze zostały podpięte do ukośnej tyrolki i transportowane w górę, aby następnie zostały odebrane przez układ dwóch balansów. Później poszkodowany został przekazany na balans na tyrolce, za pomocą której nosze pojawiły się na powierzchni. Dalej zostało jeszcze opuszczenie noszy w ścianie i przekazanie na układ dwóch kolejnych balansów. Po zmianie poszkodowanego, w którego najpierw wcielił się Marek a następnie Boguś, nosze ruszyły w drogę powrotną.

1

Drugiego dnia uczestnicy zostali podzieleni na dwie grupy działające niezależnie w dwóch jaskiniach: Kasprowej Niżnej i Miętusiej Wyżniej. W jaskini Kasprowej Niżnej poszkodowany transportowany był z Długiego Chodnika a w Miętusiej Wyżniej z Suchego Dna do Błotnego Syfonu a następnie do otworu. Obie akcje przebiegły sprawnie. Ratownicy włożyli dużo wysiłku w bezpieczny transport poszkodowanych przede wszystkim w ciasnych miejscach, których w obu jaskiniach nie brakowało. W role poszkodowanych wcielili się Marek i Michał.

2 3

Trzeci dzień spędziliśmy w turystycznej jaskini Mylna, gdzie u przygodnych turystów wzbudzaliśmy lekkie grymasy uśmiechów. Tym razem do noszy dali się położyć Darek z Filipem a zadanie polegało na transporcie poziomych dwóch noszy jednocześnie. Drobne uwagi dotyczące transportu poziomego z poprzedniego dnia zostały wyeliminowane i poszkodowani szybko znaleźli się w otworze wyjściowym. Jak się okazało największą trudnością w transporcie dwóch noszy jednocześnie było znalezienie dla nich odpowiedniego miejsca i równoczesnego przejścia ratowników „do przodu” w celu dalszego transportu.

4

Doświadczenie jakie zdobyli uczestnicy pozwalają na przeprowadzenie samodzielnej akcji ratunkowej w odległych rejonach krasowych, gdzie nie działają wyspecjalizowane służby ratunkowe.

5

W manewrach udział zwieli grotołazi z klubów zrzeszonych w PZA: Speloklub Warszawa, Sądecki Klub Taternictwa Jaskiniowego, Speleoklub Dąbrowa Górnicza, Rudzki Klub Grotołazów „Nocek”, Tarnogórski Klub Taternictwa Jaskiniowego, Sekcja Taternictwa Jaskiniowego KW Kraków, Sekcja Grotołazów Wrocław, Katowicki Klub Speleologiczny, Speleoklub Świętokrzyski oraz zaproszeni przedstawiciele Państwowej Straży Pożarnej.

Kadra instruktorska: Filip Filar, Michał Konarski (kierownik), Marek Lorczyk, Dariusz Sapieszko, Piotr Słupiński i Boguś Wypych.

Tekst: Michał Konarski

Zdjęcia: Marek Lorczyk, Dariusz Sapieszko i Piotr Słupiński

Picos 2010 – relacja z wyprawy

Tegoroczna wyprawa Speleoclubu Wrocław w masyw zachodni Picos de Europa miała wyraźnie postawione cele określone wynikami ubiegłorocznych działań:

  1. kontynuację eksploracji jaskini Pozu de la Aguja de Enol (CEV181) (położonej w strefie „hiszpańskiej”) oraz
  2. Pozu les Barrastoses (G-13) pod kątem połączenia z CEV181.

W tym miejscu warto by przytoczyć kilka faktów z przeszłości. Historia eksploracji obu jaskiń zaczęła się w tym samym okresie końca lat 80-tych ubiegłego wieku.

W 1989 r., w CEV181 grotołazi z Sección de Exploraciones Subterráneas de Centro Excursionista de Valencia (CEV) rozpoznali pierwszą studnię do głębokości ok. 30m.

Rok później, w 1990 r., udało się im osiągnąć głębokość ok. 210m i… na tym na wiele lat tyle. Szczególnie intrygujący jest fakt, że po pokonaniu m.in. dużej studni P150 eksploracja zatrzymała się nad kolejną studnią o podobnej głębokości… Głównym powodem takiego stanu rzeczy jest zasypywanie śniegiem pierwszej studni P66 Pozo Hellado w czasie zimy, co skutecznie uniemożliwiało dostęp do dalszych partii. Co roku więc, systematycznie, kolejne ekipy z CEV odwiedzały rejon, by stwierdzać zasypanie wstępnej studni.

W roku 2006 jaskinia była łaskawsza i udostępniła swoje wnętrze w wyniku czego osiągnięto już głębokość ok. 500m, po czym… wszystko wróciło do normy.

Dzisiaj już nikt nie wie (lub też każdy ma swoją teorię) czy możliwość działania w tej jaskini była spowodowana ociepleniem klimatu czy nawiązaniem ścisłej współpracy przez członków CEV z nami. Faktem jest, że od tego czasu to my zapewnialiśmy dostęp do partii poniżej Pozo Hellado stosując „wyrafinowane” środki (saperka i inne narzędzia umożliwiające długotrwałe „dłubanie” w firnie). Dzięki temu w pierwszym roku współpracy (2008) udało się osiągnąć horyzontalny ciąg (Galeria Wrocław) na głębokości 570m.

1

Rok później, czyli na ubiegłorocznej wyprawie, w tym samym, rozbudowującym się coraz bardziej w poziomie, ciągu horyzontalnym było to już -690.

Należy dodać, że jaskinia CEV181 jest niewdzięcznym obiektem. Woda towarzyszy w nim w zasadzie od otworu. Najpierw jest to postać stała (śnieg, firn) a potem „naturalna” już postać ciekła i bynajmniej nie jest to „deszcz podziemny” tylko regularne „ciury” trudne do uniknięcia w studniach. W ciągu horyzontalnym zaczynającym się na poziomie ok. -550 wcale nie jest lepiej. W wodzie się brodzi często po kolana (jak ktoś gapa to i głębiej) i do tego dochodzi solidny już przewiew skutecznie wychładzający zbyt wolno maszerujących zawodników…

Otwór jaskini G-13 został odkryty w 1988 r. na wyprawie Speleoklubu Gliwice. „Odkrycie” było o tyle zaskakujące, że jaskinia zaczyna się blisko 40-to metrową, obszerną studnią tuż przy głównym szlaku w tej części masywu. Zgodnie z „teorią lejka”, czym większy otwór, tym więcej do niego wpadnie i w tym czasie studnia kończyła się korkiem śnieżnym.

Rok później, działający wspólnie z wyprawą Speleoklubu Gliwice, członkowie wyprawy Sekcji Grotołazów KW Wrocław pomiędzy korkiem a ścianą studni znaleźli szczelinę. Dosyć szybko udało się osiągnąć głębokość 380m, gdzie doszło do wypadku jednego z uczestników (nota bene będącego obecnie członkiem naszego klubu). Zakrojona na szeroką skalę akcja ratunkowa w zasadzie zakończyła działalność w G-13 na ten rok. Udało się jeszcze po tej akcji zjechać do dużej sali Iberia, osiągając głębokość 429m. Niestety G-13 nie miała później przez szereg lat szczęścia, bo zaangażowanie kolejnych wypraw było wówczas skierowane na inne cele.

W roku 1997 co prawda podjęliśmy próbę dalszej eksploracji ale nie przyniosła ona rezultatów. Dno Iberii było skutecznie przykryte ogromnym zawaliskiem i na nic się zdały próby jego pokonania. Poszukiwaliśmy również możliwości na wyższych poziomach ale wyniki były mizerne: z -270 na -330 i z -190 na -230. Tym samym eksplorację jaskini uznajemy za definitywnie zakończoną…

2 3

Co prawda wracamy do niej w 2000 roku ale tylko w celu wykonania barwienia, które i tak nie przyniosło żadnych wyników.

Gdyby nie rezultaty i trudne warunki w CEV181 na tym pewnie historia eksploracji G-13 by się zakończyła. Tutaj trzeba wspomnieć, że jaskinia G-13 jest generalnie sucha a ewentualne cieki omija, unikające kontaktu z wodą, oporęczowanie. Dodatkowo CEV181 tak się pod G-13 nachalnie wpychała, że grzechem by było nie spróbować. Ewentualne połączenie miałoby co najmniej dwie zalety: możliwość dotarcia w rejon „przodka” „na sucho” oraz… posiadanie „polskiego” otworu. Przyjaźń międzynarodowa to piękna rzecz ale wiadomo, że „strzeżonego…”. Taka próba została podjęta na ubiegłorocznej wyprawie. Wybraliśmy jedyne pozostałe nam rozwiązanie – hakówa z Iberii w poszukiwaniu okien i równoległych ciągów. Po paru próbach udało się znaleźć „puszczający” kierunek. Nim udało się osiągnąć poziom -300 czyli o ok. 130m wyżej niż dno Iberii. Tu sytuacja się odwróciła i można było kontynuować ulubiony kierunek każdego grotołaza, czyli w dół. „Po drugiej stronie”, za ciągiem studni, na głębokości -450m, kolejna, duża, Sala Piknikowa z „wantami, że ja p…”. Jej sprawdzenie zostawiliśmy już tegorocznej wyprawie…

Mając tak jasno postawione cele tegoroczna wyprawa od pierwszych dni zabrała się za realizację planów. Należy dodać, że dwukrotnie w czasie wyprawy nasza działalność była wspierana przez tygodniowe pobyty mikroekip hiszpańskich w których jedynie niezmienna była osoba Fernanada Arranz Sanchiz. Trzeba Fernandowi przyznać, że włożył spory wkład w eksplorację CEV181 w ostatnich trzech latach. Tak się złożyło, że wspierali nas w pierwszym i ostatnim tygodniu działalności, czyli… „przed” i „po” głównych wydarzeniach wyprawy.

Wiadomo było, że ewentualne połączenie G-13 z CEV181 nie musiało przecież zakończyć się sukcesem. Dlatego też, pomimo uciążliwości tej jaskini, rozpoczęto działanie w CEV181, w którym były też spore zaległości w jej dokumentowaniu. Działalność opierała się o biwak „hiszpański” na -450.

W międzyczasie zorganizowano krótki biwak w G-13 w meandrze nad Salą Piknikową. Krótki dlatego, że już na pierwszej „szychcie” drugiego zespołu połączenie G-13 stało się faktem. Na poziomie -540 osiągnięto tzw. „meander” w CEV181, co dopowiada głębokości -590 w CEV181. Zbiegło się to wydarzenie z zakończeniem zaległych prac dokumentacyjnych w CEV181, powyżej połączenia. Dzięki temu dalsza działalność w tak powstałym systemie mogła być prowadzona przez G-13.

4

Tak też się stało. Ruszył kolejny biwak, który został tym razem zorganizowany już w samej Sali Piknikowej G-13. Dzięki niemu w całości zostały zakończone prace dokumentacyjne we wszystkich znanych partiach obu jaskiń oraz „dołożono kolejne metry” w meandrze. Meander… Żaden opis nie odzwierciedli tego kolektora, który z każdym metrem prowadzi coraz więcej wody. Niby w miarę szeroki, niby wygodny ale idzie się nim dosłownie godzinami. No i woda… Niestety nie zawsze się uda uniknąć kontaktu z nią. To się wleje do kaloszy, to do rękawa, to zmoczy w zjeździe. Do tego, jak to w takim kolektorze, nieustanny, jednostajnie silny przewiew zimnego, niosącego wodny pył powietrza. Jeżeli ktokolwiek uważa kartowanie za katorgę to na kartowanie Meandra w zasadzie trudno znaleźć określenie.

Kolejna zmiana na biwaku ma tylko jedno zadanie – „załoić” do dna. Warunki w meandrze narzucają zmianę stylu działania na nieco mniej „tradycyjny”. Z biwaku działamy już w piankach a i styl oporęczowania bardziej przypomina działalność kanioningową niż jaskiniową. Tutaj podobnie jak przy połączeniu biwak okazał się krótki. Pierwsza „szychta”, drugi zespół i syfon na oczekiwanej głębokości -804m.

5

Kolejna zmiana na biwaku to kartowanie, rozpoznanie okolic syfonu pod kątem przyszłej działalności oraz barwienia i wynoszenie zbędnych rzeczy…

Sistema Pozu del Aguja de Enol – Pozu de los Barrastroses (CEV181/G-13) przy głębokości 804m i długości 4,3km osiągnął znaczącą rozciągłość poziomą 1,1km i znacznie się zbliżył do ośmiootworowego Sistema del Canalon de los Desvios (B-12/B-42/B-39/F-44/D-9/F-18/F-17/F-15). Tym samym rezultaty tegorocznej wyprawy mają istotne znaczenie dla poznania systemu podziemnego odwodnienia masywu.

Przede wszystkim po raz pierwszy osiągnięto poziom bazy erozyjnej poprzez otwory położone w

południowo – zachodniej części rejonu (strefa G). Tym samym strefa G i przyległa zachodnia część strefy B stały się „pełnowartościowymi” częściami rejonu.

Po drugie, strefy te nie tylko stały się „pełnowartościowe” ale dzięki poznaniu odwadniającego je kolektora znany jest ich potencjał. Każdy nowoodkryty obiekt będzie powiększał ten system.

Po trzecie, poprzez zbliżenie się do Sistema del Canalon de los Desvios (B-12/B-42/B-39/F-44/D-9/F-18/F-17/F-15) stwierdzono, że strefa G jest odwadniana podobnie jak dotychczas rozpoznana część rejonu a nie jak przypuszczano, m.in. na podstawie rezultatów eksploracji w strefie CEV, poprzez wywierzysko Junjumia. Tym samym na dzień dzisiejszy można mówić o zdobyciu potwierdzonej wiedzy na temat odwodnienia 90% najwyżej położonej części rejonu (wyjątek stanowi strefa C).

Co więcej, wspomniane zbliżenie Sistema Pozu del Aguja de Enol – Pozu de los Barrastroses (CEV181/G-13) do Sistema del Canalon de los Desvios (B-12/B-42/B-39/F-44/D-9/F-18/F-17/F-15) rokuje na ich połączenie w przyszłości. Byłoby to nie tylko połączenie dwóch systemów ale i „podziemne” połączenie stref B, D, F, G oraz „połączenie” wielu lat historii eksploracji tego rejonu. Powstałby dziesięciootworowy system o ponad 11km długości ciągów głównych, półtorakilometrowej rozciągłości odwadniający znaczną część rejonu. Na ile jest to realne? Jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy. Można być pewnym, że będzie to jeden z celów przyszłorocznej wyprawy.

Wyniki tegorocznej wyprawy należy uznać za jedno z czterech najważniejszych osiągnięć na przestrzeni całej historii polskiej działalności w masywie. Można je porównać do takich sukcesów jak eksploracja:

  1. Pozu del Porru la Capilla (A-11) w latach 1984-1987 (głębokość -863m, długość 1.754m, rozciągłość pozioma 440m),
  2. Sistema del Hou de la Canal Parda (A-30/A-14/A-25/A-1) w latach 1988-1996 (odpowiednio, -903m, 4.401m, 760m)
  3. Sistema del Canalon de los Desvios (B-12/B-42/B-39/F-44/D-9/F-18/F-17/F-15) w latach 1994-2006 (-736m, 6.610m, 706m).

6

Tyle o jaskiniach. W tym miejscu należałoby wspomnieć o uczestnikach… To jednak temat na odrębny, obszerniejszy już artykuł, bo przez bazę „kupa wiary się przewinęła”. Zainteresowanych „profilami” poszczególnych zawodników odsyłam do 2010 Picos de Europa – relacja SMS gdzie pod datą 24.08.2010 można się dowiedzieć „tego i owego”… Tutaj ograniczymy się tylko do ich wymienienia:

  • Goście, członkowie AKG AGH Kraków: Anna Kiełbasa, Dorota Sznajder, Marcin „Szuflada” Krajewski, Michał Krotofil, Bartek Kurdziel, Paweł Płóciennik
  • Speleoklub „Bobry” Żagań: Robert „Łysy” Sawicz
  • Członkowie Speleoclubu Wrocław: Agnieszka Bielawny, Katarzyna Filipek, Agnieszka Majewska, Marta Maślanka – kierownik, Katarzyna Polak, Małgorzata Wojtaczka, Zbigniew Grzela, Marek „Stahoo” Jędrzejczak, Adam Leksowski, Grzegorz Lubelczyk, Marcin Kraśny, Krzysztof Kubis, Paweł „Koń” Michalski, Jacek „Fredi” Wieprow.

W tym miejscu warto przypomnieć osobę Fernanada Arranz Sanchiz, który z różnymi członkami CEV dwukrotnie wspomogli nas w naszych działaniach.

Jak zwykle szczególne podziękowania należą się naszemu przyjacielowi i zarazem Członkowi Honorowemu naszego Klubu, którym jest Armando Jose Martin Alonzo Bernardo. Kto spędził, choć jeden wieczór w jego chatce na Vega Piedra wie, że jest za co.

Za finansowe powodzenie wyprawy „współodpowiadają”: Speleoclub Wrocław, KTJ PZA oraz… uczestnicy.

Marek Stahoo Jędrzejczak