Małgorzata „Gocha” Wojtaczka pierwszą Polką na biegunie!

Niezmiernie miło jest nam poinformować, że nasza klubowa koleżanka, Małgorzata „Gocha” Wojtaczka w dniu 25.01.2017 dotarła samotnie na biegun południowy i tym samym została pierwszą Polką która tego dokonała!

1105

Wędrówka trwała 69 długich dni. W linii prostej do pokonania było 1200 km, jednak Gocha nie lubi iść na łatwiznę i zrobiła ich około 1300! Za sobą ciągnęła ponad 100 kg ekwipunek. Zgodnie ze swoją dewizą, że „pośpiech poniża” ledwo zdążyła na samolot, będąc już na oparach jedzenia, które się skończyło. Najważniejsze jednak, że zdążyła!

Zdjęcie: Małgorzata Wojtaczka

Zdjęcie: Małgorzata Wojtaczka

Ciężko opisać radość jaka panowała tego dnia w domach, zakładach pracy, w klubie. Gosi pewnie będzie jeszcze ciężej opisać radość jaka panowała w tamtej chwili w jej sercu. Wszyscy składamy jej serdeczne gratulacje takiego wielkiego wyczynu i dziękujemy za inspirację do działania.

Marzenia się nie spełniają. Marzenia się planuje i sukcesywnie spełnia!

Tekst: Aleksandra Robak

Speleokonfrontacje 2016

Jak się wygrywa Speleokonfrontacje. Poradnik.

  1. Motywacja

Najpierw napisali:

Speleokonfrontacje 2016 odbędą się w dniach 18-19-20 listopada. Rezerwujcie czas.
Jest to spotkanie grotołazów z całej Polski, połączone z prezentacją dokonań poszczególnych klubów – zazwyczaj filmy z wypraw. Jest też okazja posłuchać naszego klubowego zespołu Chałos w pełnym składzie, kupić sprzęt i odzież jaskiniową.

Może warto sklecić jakiś kursowy film na prezentację- czas do 10 minut. Co WY na to??

Ale zaraz potem dodali:

Ale jeśli film o XXV-leciu wypraw do Picos będzie tak dobry jak zapowiada B… to konkurencja będzie duża. A wiadomo jak się wygrywa Speleokonfrontacje 😉 A Picos to Picos… (Broń Boże nie chcę Was zniechęcać! Zróbcie zajebisty film i startujcie!)

Brzmiało jak rzucenie rękawicy. Ładna taka, to co będzie leżeć. Podnieśliśmy.

  1. Duuużo filmów + iskra z pomysłem

Dyski komputerów zatykają gigabajty filmików, które odkładane „na później” rzadko kiedy są z tych czarnych dziur wyciągane. Ale skoro się już podniosło rękawiczkę, to trzeba było zajrzeć do tej przestrzeni niczyjej (tzn. dyskowej) i zobaczyć, czy aby zgromadzone obrazki ruchome do czegoś się przydadzą. No coś tam ludzkiego było. Tylko jak to poukładać, żeby było trochę sensu i trochę logiki? By publika z nudów nie umarła, a klub nie musiał się wstydzić za „szczawiki”…

Przecież filmiki są albo pozbawione zupełnie głosu, albo brzmi on… no lepiej nie mówić (gdyby użyć zwrotu „z dna studni” obrazilibyśmy studnię).

I nagle pstryk! Zróbmy niemy film. Skoro niemy, to w ogóle w konwencji starego kina: sepia, filtry, muzyka od tapera, plansze z napisami. I gatunek komediowy (nikt nie musi wiedzieć, że to niekiedy śmiech przez łzy).

  1. Zgrany Gang

Brakowało rozbiegówki i zakończenia. Ale od czego jest cały kurs? Rzucone hasło – przyjdźcie i weźcie kombajny. No może wszystkich nie było, ale crème de la crème wystarczy. Klubowicze patrzą i pukają się ukradkiem w czoło, ale co to dla nas. Nie mówiąc już o tym, że tylko dwie osoby wiedziały, po co to wszystko jest 🙂

Zobaczcie rezultaty tej pracy (przyp. red.):

  1. Przedpremiera, czyli przekonać nieprzekonanych

Plan był taki, żeby była niespodzianka dla wszystkich, czyli projekcja dopiero na Speleokonfrontacjach. Ale zaraz pojawiają się wątpliwości – a jeśli to jest beznadziejne? a jeśli nie pasuje do konwencji? a jeśli lepiej się nie ośmieszać? No to robimy pokaz, ale tylko jeden. Kto był, ten widział, inni musieli poczekać.

I… uff ci, którzy oglądają, śmieją się, czyli jest ok, możemy wysyłać. Jeszcze tylko abstrakt w stylu filmu (był pomysł na bardziej hardcore’owy), jeszcze tylko making off (którego nikt nie widział) i ziuuuum. Poszło. Przyjęli, nawet napisali na wydarzeniu facebookowym, żeby innych zmotywować.

  1. Odstresowanko

Piątkowy wieczór w Podlesicach. Pogaduszki, popijanko, tańce. Ale oczywiście temat filmu się pojawia tu i tam. Esz, nie pozwalają zapomnieć. W nocy sen: puszczają na ekranie jakieś nudy, jakieś dziwolągi, wszyscy ziewają, a ja wstaję i ze łzami w oczach mówię, że to nie jest nasz film, bo nasz był śmieszny przecież. Brrrr.

Cóż może być lepszego na odstresowanko, niż wstać  skoro świt – mimo niesprzyjających warunków wewnętrznych i zewnętrznych – i pójść do dziury. Ach cóż to było za wyjście! 13 osób i jedna ukryta jaskinia. Stoimy w środku lasu i słyszymy, że to tu. Taaa tu – ciekawe gdzie. Wejście do jaskini Józefa maskuje kupka kamieni położona na paru deskach.

IMG_4156
Odwalamy to szybko i hop, hop (to znaczy kursowe: hooop, hooooooop, wolnaaaa, hop) do środka. Akurat na czas, bo zaczyna porządnie lać. Jaskinia jest wąska (ale bez przesady), ma nacieki (jeszcze ma), wszyscy się w niej mieścimy i nawet nie ma dużych tramwajów. Poręczujemy dwie niezależne studnie, które spotykają się na dole. Idziemy wszyscy razem najpierw w partie wschodnie – ale bez wchodzenia w miejsca, w których wieje grozą. Potem w zachodnie – tam też straszą luźne wanty. Robimy foty, jemy, pijemy. Niektórzy wychodzą szybciej, unikając tym samym szoku wiszenia. Reszta siedzi, dopinguje i trzyma kciuki. Na górze oglądamy – podobnie zamaskowane – wejścia do dwóch kolejnych dziur. W Rysiej (Rysia?) jest ekipa, więc już tam nie wejdziemy – maskujemy im wyjście, ot tak, dla zabawy. Na Jaskinię Spełnionych Marzeń przy tak licznej grupie nie mamy już czasu. Trzeba będzie tam przybyć innym razem. Pędzimy do Podlesic.

IMG_4139

  1. Pokaz

Stało się, puszczają nasze dziełko na wieeeelkim ekranie. Co prawda czołówka została wyciszona, a nasze serca zamarły, czy to aby nie awaria. Ale po chwili wszystko działa jak należy, chyba nikt się nie domyślił. Leci. Są śmiechy, są brawa. Ufff, stres odpuszcza. Potem chyba się odbywa jakieś nagabywanie, grożenie i szantażowanie, ale bez naszego udziału, więc nic o tym nie wiemy.

Po wszystkich filmach siedzenia nas trochę bolą, choć higieniczne przerwy na rozprostowanie kośćca wykorzystywaliśmy. Jest zabawa. Chałos daje czadu, potem pałeczkę przejmuje didżej. I tak do czwartej. Podobno.

IMG_4252

O drugiej, w pijackiej malignie, wymyślamy, że może by tak pójść do dziury. Dobrze, że nie mamy siły.

  1. Triumf

W niedzielne przedpołudnie zajmujemy pierwsze rzędy. Na stołach przed nami piętrzy się góra sprzętu wszelakiego – nagrody. Oj, żeby wstydu za dużo nie było, bo się ludzie bardziej i mniej znani znacząco uśmiechają. A publika wiadomo – nieprzewidywalna w gruncie rzeczy. Dobrze, że z tych pierwszych rzędów nie widać, że wszystkie miejsca siedzące są zajęte, a i trochę ludzi stoi z tyłu. Publika przyszła, bo z tego stosu nagród sporo jest do wylosowania.

Najpierw jury ogłasza swoje typy, czyli poważne, merytoryczne filmy o eksploracjach w jaskiniach dalekich oraz głębokich lub nietypowych. Zwycięzcy to wyjadacze, wiedzą jak się zachować, uścisnąć dłoń, uśmiech do aparatu. Profeska.

Potem ogłoszenie nagrody publiczności. Na trzecim nas nie ma, na drugim też nie… Nasze dziełko „Każdy kiedyś był kursantem” wygrywa, w liczbie oddanych głosów podobno deklasuje pozostałe prezentacje. Idę, gdzieś się chyba potykam, komuś nie ściskam dłoni (uścisk dłoni był, dowód na zdjęciu poniżej – przyp. red.), za to kurczowo trzymam pamiątkową kostkę (podobno w ubiegłym roku spadła i się rozwaliła). Gadam trzy po trzy przez mikrofon, jak na Oskarach co najmniej 😀 (Jestem zobowiązana zdementować błędne przekonanie Beti. Mówiła najlepiej ze wszystkich nagrodzonych. Zwięźle, wyraźnie i przede wszystkim na temat! – przyp. red.). Pamiętam, że dziękowałam klubowi, kursowi i Luźnemu, którego, nie wiem czemu, nie zabrałam na środeczek. Nagrodę wybieram taką, jak ustaliliśmy wcześniej – linę. Nazwiemy ją „Dar Kursu” i przekażemy do magazynu.

IMG_9993

Tekst: Beata Nawrotkiewicz
Zdjęcia: Adam Leksowski

Kamieniołoming V2 – 03-04.09.2016

Na początek zagadka – które zdanie, opowiadające o minionym weekendzie, jest fałszywe?

Jak skakać ze skał do wody tak, żeby się nie tylko nie zabić, ale i mieć z tego ubaw

Jak zachować zimną krew na wahadle

Jak oddychać pod wodą i się nie utopić

W pierwszy wrześniowy weekend odwiedziliśmy dwa trzy dolnośląskie kamieniołomy. Nad pierwszym dumali mądrzejsi od nas i wydumali, że nic z niego nie będzie, czyli nie da się skakać, bo płytko, a i zrobienie wahadła jest trudne, bo ściany daleko. Drugi był Zimnik i radocha dla każdego – tyrolki z finalnym zrywaniem gaci spod uprzęży, wahadła z wrzaskami* i bliskimi spotkaniami z jarzębinkami, skoki do wody z coraz to wyższych półek skalnych, zjazdy do wody, pływanie, nurkowanie i namawianie psów, żeby wróciły. W Zimniku, o dziwo, wcale nie było zimno, a te rozkoszne harce zajęły nam cały dzień.

14184412_1082317481852845_6379837892444058112_n
14184558_1222951261060545_4662866902686760358_n

W niedzielę ruszyliśmy ćwiczyć poręczowanie i przepinki (kursanci) i ćwiczyć kursantów (klubowicze, w tym Kierownik we własnej osobie). Jezus zmontował wahadło, któremu przyglądali się wszyscy obecni tego dnia w kamieniołomie, zawzięcie dopingując tych na krawędzi. Ich krzyk „Skacz, maleńka” w stronę Gosi, u której rozsądek walczył (i w końcu wygrał) z brawurą, doprowadził nas do łez.

14199385_1223972374291767_7864748197589496686_n

Poza tym zrobiliśmy akcję transportową sprzętu nurkowego, bo znalazło się kilkoro śmiałków, którzy oddychali pod wodą i wyszli z głębin z bananem na twarzy.

14195987_1223972287625109_7996547522935744852_o

Podobno pierwsze kilka lat życia kształtuje osobowość człowieka. Chyba podobnie jest z pierwszym nurkowaniem. Tak jak babcinym seplenieniem i zdrabnianiem – „a cio to? a kto ma takie maluśkie paluśki?” można zrobić człowiekowi krzywdę na całe życie, tak samo łatwo obrzydzić komuś podwodne eskapady. Z tym większym bagażem odpowiedzialności i świadomością powagi chwili „brałem na warsztat” nasze klubowe „oseski”. Jedno muszę stwierdzić z całą stanowczością i bez podlizywania się – to mocni zawodnicy, przed którymi, jeżeli tylko będą mieli ochotę, świat podwodny stoi otworem. Mam porównanie, wprowadzałem już w arkana nurkowania różnych śmiałków, w różnym wieku, płci obojga. Strażaków, żołnierzy, urzędników, maturzystów i księgowe. Zdarzało się, że „twardzi zawodnicy „wymiękali” a „kury domowe” stawały się świetnymi nurami. Początki prawie zawsze podobne – rozszerzone oczy (ze strachu? ciekawości?) przyspieszony oddech (ze zdenerwowania? ekscytacji?) nieskoordynowane, niepewne ruchy. Ola – ostrożna, wsłuchana w siebie. Mimo kłopotów z cieknącą maską z takim bananem na twarzy, że bałem się, że automat zgubi. Mario skoncentrowany, zadaniowy. Trząsł się z zimna jeszcze zanim zaczęliśmy, ale twardo parł do przodu.  Marcin – znaleźć zegarek na pierwszym nurku? no, no  niezły fart. Przemek tak pracował płetwami, że mogłem sobie odpocząć i pozwolić się holować. Biedny Jezus który najwięcej się natargał sprzętu w końcu nie zanurkował. Następnym razem idzie pierwszy 🙂

Tekst: Beata Nawrotkiewicz, Maciej „Luźny” Cepin
Zdjęcia: Tomasz „Jezus” Jach, Tomasz Utkowski, Aleksandra Robak, Maciej „Luźny” Cepin

*Krzyk dodaje nam skrzydeł! Ale z zimną krwią niewiele ma wspólnego. Zdanie nr 2 jest fałszywe 🙂

Majówka w Raju 2016

“Do zobaczenia w raju!”

Tymi słowami zaczęła się wyprawa klubowiczów Speleoclubu Wrocław na tegoroczną majówkę. Odbyła się ona na Słowacji i wzięły w niej udział w sumie 24 osoby. Dzięki determinacji Agi Majewskiej, zamiast namiotów, mieliśmy do swojej dyspozycji domek w Hrabusicach. Warto podkreślić że było z niego blisko i do pysznej lokalnej knajpki, gdzie każda pozycja w menu wywoływała entuzjazm, i do wspomnianego już Słowackiego Raju.

Motorem do wyprawy było zwiedzanie ze słowackimi grotołazami ze Speleoklubu „Slovenský raj” Jaskini Strateńskiej, będącej częścią strateńskiego systemu jaskiń. Znajduje się ona w pobliżu miejscowości Stratena, ok. 35 km na południe od Popradu. Inne jaskinie w tym systemie to m.in. Dobszyńska Jaskinia Lodowa i Jaskinia Duca, udostępnione dla zwiedzających. Jaskinia Stratena nie jest udostępniona dla wszystkich turystów, choć bywa w niej wielu grotołazów. Dla naszego klubu  jaskinia kłódkę na co dzień zabezpieczająca metalowe drzwi została otwarta i mogliśmy zacząć wycieczkę wgłąb ziemi.

IMAG3364

Podczas zwiedzania dowiedzieliśmy się, że jaskinia ma 26 km długości, rozbudowany system korytarzy i olbrzymią różnorodność jeśli chodzi o zjawiska krasowe. Piony oporęczowane są tam drabinami. Mieliśmy okazję zobaczyć stalaktyty, stalagmity, gnaty, las postaci w Bajkowej Sali powstałych z nacieków, a także wiele olbrzymich komnat, niespotykanych w polskiej części Tatr. Szlak wyznaczony jest traserami, Słowacy w ten sposób dbają by entuzjaści jaskiń nie zniszczyli swoją wszędobylskością szaty naciekowej. Średnia temperatura w jaskini to 5 C, ale nieznacznie spada w miarę zbliżania się do części położonej bliżej partii lodowej, w północnej części masywu Duc. Jaskinia w dalszym ciągu jest eksplorowana, a Słowacy wspominali także o połączeniu z Dobszyńska Jaskinia Lodowa jednym z korytarzy. Gdyby klubowicze z SCW mieli ochotę powiercić i pokopać w Stratenie, to jesteśmy mile widziani, aby pomóc Słowakom.

Po przecioraniu przez Strateną, odpoczęliśmy przy piwku w lokalnej knajpce. Niestety, zdjęć nie robiliśmy, choć dzięki obecności Agi z kamerą, na pewno kiedyś trafi nam w ręce krótka relacja filmowa z tego miejsca.

Pozostałe dni klubowicze spędzali wędrując szlakami Słowackiego Raju, do którego mieliśmy rzut beretem. Z miejscowości Hrabusice, w której mieszkaliśmy, należało przejść przez pole na skróty, aby już po ok 20 minutach być na początku szlaku. Do wyboru było wiele tras, więc też każdy wybierał co mu bardziej odpowiadało. Gdyby tak zsumować to pewnie złaziliśmy większą część Raju, włączając Przełom Hornadu, trasę wzdłuż potoku Sucha Bela, taras widokowy Tomášovský výhľad w okolicy Spiskich Tomaszowic, a takze kilka dróg wspinaczkowych u jego podnóży. Odwiedzieliśmy Klasztorisko (ruiny zamku kartuzów), gdzie piwo było tańsze od wody <sic!>. Humorów poprawiać nie trzeba było, ale gdyby się tak akurat zdarzyło to widok Tatr od strony słowackiej podnosił na duchu każdego. Był też plan na spływ kajakowy (ale okazał się za daleko, ceny wysokie a chętnych brak) i termy, ale nie można mieć wszystkiego na raz, a doba ma tylko 24 h.

6

Wieczorami wszyscy snuli opowieści starych grotołazów, ale co się zdarzyło w Vegas, zostaje w Vegas.

Szkoda było zostawiać za sobą Tatry, gdy wszyscy klubowicze szykowali się do powrotu. Koniec długiego weekendu zmuszał do kreatywności w unikaniu korków, więc i strategii powrotu było wiele. Zakup lokalnych piw, cofoli i lentilek na drogę odbywał się oczywiście w Tesco. I właśnie spod Tesco w Popradzie widok na Tatry jest najpiękniejszy, na zakończenie udanego wyjazdu. Czego i Wam życzę!

Tekst: Nina Sołtysek
Zdjęcia: Agnieszka Majewska, Aleksandra Robak, Łukasz Tatoń

1% podatku dla SCW

Czy wiesz, że SCW jest organizacją pożytku publicznego (OPP)? Oznacza to, że rozliczając swój roczny PIT możesz przekazać na ten cel 1% swojego podatku.

12540553_1073548552667484_4018762591991598134_n

Pamiętaj, że jeżeli nie przekażesz go na żadną organizację, zostanie on w Urzędzie Skarbowym.
Dlatego warto pomyśleć o wsparciu, wybranego przez Ciebie OPP. Speleoclub Wrocław jest jedną z organizacji, która działa na rzecz lokalnej społeczności, więc takie wsparcie na pewno się przyda.

Jeżeli uważasz, że chcesz przekazać swój 1%, właśnie na inicjatywy organizowane przez nasz klub, nie zastanawiaj się długo. Będziemy wdzięczni za każde otrzymane wsparcie.
Przekazane przez Was pieniądze pomogą zrealizować dużo ciekawych projektów prospołecznych, które planujemy w tym oraz w przyszłym roku.

KRS: 0000075494

W planach na 2016 i 2007 rok mamy m.in:

  • zabawy linowe dla dzieci w okolicy Wrocławia
  • szkolenie młodych taterników jaskiniowych
  • szkolenie klubowiczów w technikach ratowniczych
  • kartowanie jaskini Czarnej w Tatrach
  • wyprawy do Picos de Europa
  • cykl zajęć dotyczących jaskiń i wspinaczki we wrocławskich szkołach podstawowych

Ola Robak (pytania kieruj na adres: ale.robak@gmail.com)