Jaskinie Kielc – Jaworznia

Zwiedzanie i dokumentację fotograficzną kieleckich jaskiń zacząłem od jaskini Pajęczej, następnie była Chelosiowa – Jaworznicka z braku czasu tylko do „extazy”. Na tym jednak nie koniec i na pewno wrócę tam ponownie by nieco poprawić i dokończyć zabawy z aparatem.

W obu jaskiniach zdjęcia były wykonywane zespołowo Justyna Jach (SŚK) / Michał Saganowski (SCW). Podczas pstrykania w korytarzach wiecznej ekstazy zaobserwowano zjawisko silnej fluorescencji (flash). Poniżej prezentuję tylko wybrane z nich, inne oraz te przedstawione znajdują się również na stronie Speleoklubu Świętokrzyskiego.

Kolejna sesja foto odbyła się przy okazji trawersowania systemu Chelosiowa – Jaworznicka, udało się zrobić fotki min. w „korytarzu czołgistów” i „rozmównicy”. Podczas tej sesji eksperymentalnie użyliśmy również aparatu cyfrowego z dodatkową lampą błyskową i zostaliśmy całkiem pozytywnie zaskoczeni.

Galeria ma już spore rozmiary, a to tylko część zgromadzonego materiału, chyba bym jednak skłamał mówiąc, że to koniec…

Obóz zimowy Tatry 2003

W tym roku obóz tatrzański miał charakter wyjątkowy. Oprócz kursantów, na Kirach pojawiło się również wielu członków klubu. Pieczę nad zawodnikami sprawowali : Zbychu Grzela oraz Zbychu Samborski.

Pierwszą jaskinią do której udali się kursanci była Kasprowa Niżnia. Ponoć przewijały się tam tłumy (około 30 osób !!!), prawdopodobnie wynika to z faktu iż tej zimy poziom wód w jaskiniach był niski. Największe wrażenie zrobiło oczywiście stąpanie po „zapałkach”.

 

Kolejna była jaskinia Zimna. Tu również nie brakowało amatorów podziemnych przestworzy. Tradycyjnie pętla przy „chatce” i z powrotem -do otworu. Powrót na bazę między trzecią a piątą rano. Wrażenia z jaskini były podobne do tych jakie ja miałem rok temu, w dodatku rozbiłem tam nowiuśką lampę błyskową. eeh! W każdym razie trafiłem w samą porę, „Zimna” była z głowy, a następna w kolejce „Czarna”.

W czarnej już od dawna planowałem sesję z aparatem. Zabraliśmy więć z Wojtkiem liny by zaporęczować do „węgra” no i cały sprzęt foto. Jak się okazało tematów nie brakowało, pomagał nam również Kamil. Po zaporęczowaniu „węgra” doszliśmy do „smolucha” i tu również mała sesja. W drodze powrotnej zdjęcie „strażackie” z kursantami i zabawa z „chłopkami lodowymi”. No i wycof… byle tylko do żlebu i… na tyłku do samego dołu – jak dzieci.

Następny dzień „lajtowy” -manewry na śniegu. Udaliśmy się do Doliny Lejowej, ale warunki śniegowe były kiepskie (puch) i trzeba było przygotować podłoże. „Przedskoczków” nie brakowało, a najbardziej wyróżniał się Artur na swoich nowych biegówkach -dopiero je poznawał. Mimo wysiłku grawitacja niestety wymagała wspomagania i użyto w tym celu liny zakładanej na nogę zawodnika. Siłę napędową układu stanowili Zbychu G. oraz Tomek (schab) -(również na zdjęciu). Ogólny efekt był dobry, każdy zaskoczył jak „orać dziabą” w glebie.

 

Kolejny dzień obozu to jaskinia Miętusia. Pod otworem znów obce plecaki… byle nie mijać się w „rurze”… na szczęście nie trzeba było, ale co mnie podkusiło żeby brać aparat?! Przed kominami mijamy Krakusów, dalej luz… aż do „marwoja”. Kursantom się podoba „bo tak urozmaicone i trochę po linach”. Powrót bez problemów.

Ostatni dzień dla większości: „Śpiący Rycerze” -obydwie. Podejście żlebem bez problemów, warunki śniegowe zgoła inne niż przed rokiem. Kursanci oglądają największą salkę w jakiej byli podczas obozu i na koniec nagroda: tyłek zamienia się ponownie w sanki, liczy się tylko styl zjazdu. Im więcej „tulupów i rydbergerów”(?) tym ocena końcowa wyższa.

Co bardziej wytrwali udają się jeszcze następnego dnia do Wodnej pod Pisaną, tam krótka lekcja z hydrologii krasu.

Obóz pod wieloma względami należy uznać za bardzo udany i oby następne były takie również.

Michał Saganowski

Słowacja 2003

Co słychać za miedzą ?

Co można napisać o „naszej” Słowacji… prawdę mówiąc bardzo dużo i niewiele zarazem!(?) W sumie byłem tam chyba cztery razy, za każdym razem w trochę innym składzie i z nieco odmiennymi zamiarami, choć sprowadzały się one oczywiście do jednego: jaskinie…

 

Rejon jest moim zdaniem wyjątkowo atrakcyjny nie tylko ze względu na swój urok i osobliwość, ale… jest po prostu blisko. Natomiast jeśli chodzi o formy szaty naciekowej, to zupełnie nie mamy czym konkurować ze Słowakami. Czyli „full wypas”. Niestety poruszanie po tym terenie jest zaskakująco trudne. Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że powierzchnię tego krasu tworzy niezliczona (dosłownie!) liczba lejów krasowych, rozpadlin, małych pagórków a wszystko porośnięte jest lasem mieszanym, nieregularnym i prawie brak charakterystycznych punktów orientacyjnych. Szlaki niby są, ale raczej zapomniane i bardzo rzadko można kogokolwiek na nich spotkać… najczęściej tubylców. Z informacji praktycznych od razu mogę polecić informację turystyczną w Roznavie, są bardzo pomocni jeśli nie wiemy gdzie się zatrzymać. Oczywiście; wokół jest także sporo „komercyjnech” jaskiń (Ochtinska Aragonitova, Josovska, Gombasecka, Domica). Z tych wszystkich osobiście polecam Ochtinską! Kras sięga też na stronę węgierską, i jest podobnie obfity w przeróżne formy jaskiniowe… tylko dogadać się już zdecydowanie trudniej. Przedstawiam także trochę fotek, które udało nam się zrobić… a jest co fotografować!!! Niestety nie zawsze okoliczności na to pozwalają i ogólnie nie jest to łatwe zajęcie, a i efekty bywają czasami dość zaskakujace (zarówno pozytywnie, jak i negatywnie). Praktycznie wszyscy, z którymi jeździłem brali w tym czynny udział, więc jest to poniekąd robota zespołowa. Sam praktycznie nic bym nie zdziałał. Tak więc wszystkim za „współudział” bardzo dziękuję!

A „squad” stanowili głównie: Kaśka Kliś, Michał Koziński, Marcin Piekło i ja (Wojtek Nobis).

Wojtek Nobis

Morawski Kras

Majówkę 2003 postanowiliśmy spędzić na Morawach. Jest tam całkiem blisko i sporo jaskiniowych atrakcji. Niestety trochę poźno zabraliśmy się za kontakty z naszymi południowymi sąsiadami co skutkowało pewną improwizacją w działaniu na miejscu… W podróży służył nam nieco wyeksploatowany transit, ale jakoś wytrzymał drogę i było całkiem przestronnie 🙂
Po dotarciu do Rudic Roman zakwaterował nas koło stadionu w specyficznym domku służącym za szatnię dla piłkarzy, schronisko, i kto wie jeszcze co… Parę metrów dalej była sławna Hospoda Tumperek, gdzie też spędzaliśmy miłe chwile przy „smażonym serze” i „czarnej horze”.

Na początku byliśmy zmuszeni zwiedzać po kolei wszystkie turystyczne jaskinie. Po prostu nie miał się kto nami zająć, czekaliśmy na Oldricha, który jednak nie przybywał. Tak więc zwiedziliśmy przepaść Macochę (-140m), płyneliśmy Punkvą (pozdrowienia dla Pani Lenki -przewodniczki :), słuchaliśmy historii o zagubionej owieczce Katerince, pan w jaskini Balcarka nie lubił jak zostawaliśmy z kamerą z tyłu, a w Sloupsko-Sosuvskiej to Vangelisa odtwarzali :).

W końcu po zwiedzeniu kilku Hospod w których rzekomo mieli przesiadywać „jaskiniarze” trafiliśmy do Holstejnu, gdzie swoje domki posiadają dwa kluby. W jednym z nich trafiliśmy akurat na Czecha który swego czasu bywał we Wrocławiu i zaproponował nam pomoc w zwiedzeniu kilku jaskiń. Na drugi dzień po wymianie klubowych „proporczyków” z dwoma Czechami ruszyliśmy na zwiedzanie okolicznych jaskiń. Najpierw poszliśmy do Starej Rasovnej, gdzie ciągle idzie się wzdłuż grubych metalowych rur co sprawia specyficzny klimat, oczywiście po nieodzownych metalowych podziemnych ferratach, czyli drabinach. Niestety daleko nie doszliśmy bo był wysoki stan wody. Potem była Pikova Dama ze wspaniałymi lodospadami, wysokimi drabinami bez asekuracji, i wahadłem „na tarzana” nad beczką wodną… – właściwie zalaną głęboką studnią o owalnych krawędziach. Po wykonaniu wahadła do przeciwległego okienka (rewelacja), zaczynała się jaskinia Spiralka, której niestety nie zobaczyliśmy za wiele. Byliśmy też w Holstejnskiej oraz Hladomornej, gdzie kiedyś były lochy i zrzucano tam więźniów, potem wywieziono kilka wozów kości i szczątków. Obecnie trwają tam również prace badawcze namuliska.

Wracając mijaliśmy zlot Velorexów (czeskie odpowiedniki ddr-owskich Simsonów dla inwalidów), które zrobiły na nas miłe estetyczne wrażenie, a każdy kierowca mijając kolumnę ubłoconych grotołazów trąbił pozdrawiająco. Tam grotołaz to chleb powszedni, nikt się nie czai, nie przebiera pod otworem, by za parę metrów znów ubierać. No ale to wynika z tego że na Morawach jaskinia na jaskini wyrasta 🙂

Następnego dnia z przewodnikiem zwiedziliśmy Rudicke Propadani zaczynając suchym wejściem a nie proponowanym „canyoningiem”. Woda która wpada do Rudickich Propadani ma jeden ze swoich dopływów z pobliskiej oczyszczalni, co sprawia że jej zapach jest… -wiadomo. Zapach wody i widok „źródła” chyba zniechęciły nas do „full kontaktu” z tą cieczą. Jak się okazało radość z suchych portek nie była długa bo większość trasy wiedzie w wodzie, śmierdzącej wodzie. Wrażenia są skrajne z jednej strony piękna szata naciekowa, fajne gangi, spacer po naciągniętych stalówkach a z drugiej woń nie do zapomnienia. Całą drogę zastanawialiśmy się kto pierwszy dostanie wysypki ale… o dziwo nikomu nic nie było.

    W majooowce udział wzięli:

  • M. Andała (Mario)
  • T. Haba (Schab)
  • K. Klimczak (Janosik)
  • M. Koziński (Ziege)
  • W. Nobis (Profesoor)
  • M. Saganowski (drajwer)

Podziękowania dla: Romana Sebeli, Oldřicha Stosa (KOTA 1000) oraz chłopaków z ZO ČSS 6-15 Holstejnská !

Jaskinia Imieninowa

Na prośbę Marcina Furtaka pojechaliśmy razem z M. Kozińskim zdokumentować jaskinię Imieninową. Zadanie nie było łatwe gdyż jest to mało „fotogeniczna” jaskinia rozwinięta na szczelinie no i chętnych do pomocy też nie było zbyt wielu, ale coś tam się udało… Wyniki pracy przedstawiamy poniżej w galeryjce:

Po wykonaniu przekopu siłami bobrowo – wałbrzyskimi jaskinia zmieniła nieco wygląd. Przy okazji kolejnej wizyty udało się dopstrykać trochę zdjęć z przekopu i otwór.