„Złoty karabinek” okiem zawodniczki

Po wielu tygodniach deszczowej szarugi i iście listopadowych temperatur nastał wreszcie dzień słoneczny i bardzo ciepły. Aż dziw brał, że natura nie zapomniała jeszcze, jak powinien wyglądać czerwiec. Serce radowało się więc na samą myśl, o spędzeniu tego dnia w kamieniołomie o wdzięcznej nazwie „Gruszka”.

Teraz czekał nas samochodowy rajd po ulicach Wrocławia czyli zbieranie współuczestników wyjazdu – Kornela i Kazia. Miały być jeszcze dwie dziewczyny – Ola i Gosia, ale widać wystraszyły się, czy to poziomu zawodów, czy mnie – nie wiem 😉 W ten sposób w czteroosobowym składzie jechaliśmy godnie reprezentować Speleoclub Wrocław i Sekcję Wspinaczki Linowej PWr na 16 Mistrzostwach Polski w Technikach Jaskiniowych. Ja i Adam braliśmy już udział w zawodach w zeszłym roku, natomiast dla Kornela miał to być ten pierwszy raz. Emocji było co niemiara, całą drogę przerzucaliśmy się pomysłami na przejście różnych trudności linowych i dobrymi radami. Kaziu – nasz wieloletni trener i mentor – choć nie zamierzał startować w zawodach, był równie przejęty jak my. Nic dziwnego, przecież jesteśmy jego przyszywanymi wnukami ;)Przygoda zaczęła się właściwie już o 6 rano w sobotę, kiedy to przeraźliwie zaskrzeczał budzik. Najpierw jeden, potem drugi, a potem kot za drzwiami sypialni. Nie było wyjścia, trzeba było zwlec się z łóżka. Budzik do się wyłączyć, ale kota wyłącza się tylko otwarciem drzwi. I tu zaczęły się przedwstępne eliminacje do zawodów w Wojcieszowie – bieg do łazienki, pakowanie plecaka na czas, masowa produkcja grzanek, upychanie jedzenia w torbie i przepychanie się z Adamem w wąskim korytarzu. Uff, tradycyjnie z dziesięciominutowym poślizgiem udało nam się wybiec z domu.

Po około dwugodzinnej jeździe dotarliśmy do Wojcieszowa. Kamieniołom stał w tym samym miejscu, co w zeszłym roku, a polna, mocno wznosząca się droga do niego ponownie pokazała naszemu autu język. Ale nic to, przynajmniej mieliśmy spacer na rozgrzewkę.

Byliśmy przed czasem (niewiarygodne!), organizatorzy dopiero rozstawiali namioty i punkt pierwszej pomocy, ale sznurki na skalnych ścianach już wisiały. Zajęliśmy więc dogodne miejsca obserwacyjne i zaczęliśmy snuć domysły na temat przypuszczalnego przebiegu trasy. Słońce przygrzewało już mocno, ale wówczas jeszcze bardzo nas to cieszyło. Z biegiem czasu kamieniołom zaczął wypełniać się ludźmi: przybywali nowi kibice, a na listę startową zapisywali się kolejni zawodnicy. Ostatecznie nastąpiło nieoficjalne otwarcie imprezy w postaci losowania kolejności startowej. Dla panów przewidziano eliminacje i trasę główną, dla pań – z powodu ogromnej liczby trzech sztuk – tylko tę ostatnią.

Nareszcie się zaczęło. Chłopaki startują parami na równoległych trasach, choć i tak liczy się tylko czas. Najpierw krótki bieg po łące i po niebyt stabilnym piarżysku ostro pod górę. Tu wpięcie w linę i zasuwanie jakiś pięciu metrów do przepinki. Po niej znów dziesięć metrów ostro w gorę i kolejna przepinka, a za nią po paru kolejnych metrach chwila oddechu i przepięcie do zjazdu. I znów przepinki, aż wreszcie wypięcie się z liny i dziki galop w dół do mety. Większości zawodników trasa poszła bardzo sprawnie. Użytkownicy „kostkowców” zaprezentowali efektowne biegi po ścianie, które zdumiewały prędkością pokonywania wysokości. Również zjazdy przypominały te z filmów o komandosach. Doping był różny, jednak dla naszych zawodników nie szczędziliśmy gardeł. W efekcie Adam zajął 8 pozycję, kwalifikując się jednocześnie do finału, a Kornel zdobył wysokie 16 miejsce 🙂

Po krótkim odpoczynku dziewięciu finalistów szykowało się do decydującej walki. Wszyscy w pełnym skupieniu oglądali po raz setny trasę i powtarzali w myślach plan działania. Runda finałowa zaczynała się zworowaniem stumetrowej liny 9 mm i biegiem z worem przez łąkę oraz znanym już piarżyskiem pod górę. Tu następowało wpięcie w linę. Należało przejść przez jedną przepinkę i po kilkunastu metrach czekał już trawers z dwukrotnym przepinaniem. Na jego końcu należało wpiąć linę z dźwiganego wora i zaporęczować zjazd z dwoma przepinkami do otworu jaskini. Tam następowało wpięcie w poręczówkę, porzucenie balastu i galop przez korytarz, a po wybiegnięciu drugim otworem wpięcie do wychodzenia. Po osiągnięciu przepinki zjeżdżało się z powrotem do drugiego otworu, znów po poręczówce do wejścia. Zabranie wora, za którym się wcale nie tęskniło i droga powrotna w górę z reporęczowaniem. Trzeba tu dodać, że pierwsza przepinka wymagała efektownego wahnięcia przy zakładaniu, toteż w drodze powrotnej zwykle powodowała równie widowiskowe wahadło. Po dotarciu do głównego punktu należało zrobić elegancki wycof do podnóża skał jednym ze sposobów „na złodzieja”. Na dole szybkie pakowanie liny do worka i zbieg piarżyskiem do specjalnie przygotowanego tunelu – zacisku, wypełnionego żwirkiem i wodą dla spotęgowania przyjemności podczas przeciskania się. Aby zawodnik nie czuł się samotny i zagubiony pod ziemią, organizatorzy wstawili w dwóch miejscach „stropu” szyby. Po wyczołganiu się z dziury pozostawał tylko szaleńczy podbieg do linii mety.

Obejrzeliśmy występy jeszcze siedmiu zawodników. Zaskakująco wielu zapominało o zlikwidowaniu przepinek podczas reporęczowania! Do tego każdy dorzucał jakiś magiczny patent na pokonanie trasy, co nie pozwalało się nudzić publiczności.Bieg finałowy ma tę specyficzną zaletę, że kolejni startujący oglądają przejście poprzedników i uczą się na ich błędach lub podpatrują patenty. Dlatego ci pierwsi mają zawsze najgorzej. Tak też i było w przypadku Adama. Zawodnik przed nim za wiele nie pokazał, gdyż pomylił trasę i zapomniał zreporęczować założoną wcześniej linę. Co ciekawe, był mocno przekonany, że tak miało być! Nawet zatrzymywany przez sędziów po zejściu z lin z zapałem szykował się do przejścia zacisku. Widzowie mocno się uśmiali z biedaka. Adam wystartował jako drugi. Trasę początkowo pokonywał szybko i bez problemów. Nie zapomniał o zdjęciu liny, ale wcześniej zrobił rzecz brzemienną w skutkach – wyrzucił całą linę z wora pod skały. Publiczność aż jęknęła. Lina mocno zaplątała się w krzaki. Gdy Adam zjechał na dół, sporym problemem okazało się jej ściągnięcie. Sznurek nie dość, że omotał w dziwny sposób zieleń, to jeszcze sam skłębił się w wielkie, koszmarne supły. Sporo czasu i anielskiej cierpliwości wymagało rozplątanie tej wielkiej pajęczyny. W końcu się udało. Lina wylądowała w szpeju i Adam pognał na starcie z zaciskiem. Przymierzył się i zanurkował pod kamieniami. Od głowy do pasa był już gdzieś w środku, ale nogi ciągle wierzgały na zewnątrz. Sytuacja zaczęła wyglądać dramatycznie. Ruchy robaczkowe momentami ustawały, a publiczność zaczęła się nawet martwić, czy aby coś się tam w środku nie stało. Na szczęście Adam wypełzł jakoś z powrotem. Spróbował jeszcze raz wczołgać się w innej pozycji, lecz niestety musiał się poddać. Dziura była na początku bardzo wąziutka i do tego z zakrętem… Z wielkim żalem dotarł do linii mety.

No i nastał wreszcie ten dłuugo wyczekiwany moment – start kobiet. Udało mi się wylosować ostatnie miejsce, miałam zatem okazję podziwiać najpierw zmagania pozostałych dwóch zawodniczek. Pomimo, że wszyscy śmiali się, iż miejsce na podium mamy zapewnione, to rywalizacja była zacięta i podeszłyśmy do sprawy bardzo poważnie. Dziewczyny pokonały trasę sprawniej, niż niektórzy panowie. Zastosowały sprytny patent z zaczepieniem taśmy o trawers, dzięki czemu nie musiały robić wahadła do pierwszej poręczowanej przepinki. Oczywiście pomysł był świetny i postanowiłam go również wykorzystać.

Zmagania dobiegły końca. Zwieńczeniem zawodów był występ chóru gospodyń z Wojcieszowa, po którym nastąpiło oczekiwane przez wielu ogłoszenie wyników. Co było do przewidzenia, zajęłam miejsce na podium 🙂 Drugie.Trzy! Dwa! Jeden! Start! Serce w gardle, a lina już w rękach, ósemka na końcu i szybko do wora. Czynność tyle razy już wykonywana, a nagły głupi impuls i pcham sznurek garściami, bezładnie i nieprzykładnie. Dopiero pod koniec przytomnieję, gdy Sapiech głośno stęka mi do ucha „oj, oj, niedobrze”. Trochę za późno, ale zaczynam już ładnie worować pozostałe kilka metrów liny mamrocząc cicho „mówisz, że to się zemści?” Ostatnie centymetry, dziewiątka, przypinam sobie szpeja i biegiem pod górę. Ależ ten wór ciężki, mocno hamuje mnie na podbiegu. Dopadam liny, przeklęta plątanina lonż! Pierwszy ruch, drugi, masakra, lina za nic nie chce się wybierać i niezbędna jest pomoc drugą ręką. Byle do przepinki. Lonża, croll, płanieta, lonża i znów dymanie, jezu ten odcinek chyba nigdy się nie skończy! Wypluwam płuca, z dołu dobiega donośny doping „dawaj, dawaj”. Tylko co ja mam im dać? I nareszcie trawers. Wdech. Przepięcie raz, dwa, piękny balet po ścianie z przepinaniem i dostrzegam karabinki do poręczowania. Szybko motam drugą dziewiąteczkę, bo tak mi osobisty trener szczęśliwie doradził. Chwila walki z wpięciem w karabinki, bo niefortunnie założone pod trawers, ciężko się do nich dostać. Przepięcie do zjazdu, odgapienie patentu z taśmą, zjeżdżam i jakoś dziwnie ta taśma idzie, nic mnie nie odciąga na bok, oczom nie wierzę – taśma sama wypina się z karabinka! Cholera, trudno, jak z buły to z buły. Jeden wybieg w bok, drugi i… jest, dwa palce wyrywane ze stawu trzymają za karabinek przepinki. Podziękować organizatorom, że samemu tam nie trzeba było karabinka zakładać. Siłą woli dopinam się lonżą, miażdżąc pozostałe tam palce. Nie czas na ból, zakładam przepinkę. Mega ucho przy węźle, ale nie ma czasu, szybko, szybko na dół. I zemsta worowania – lina nie chce wyleźć z wora, uwięzła gdzieś mocno w kłębowisku. Szarpię, ciągnę, w końcu podciągam worek i o dziwo wyplątuję jakoś parę metrów. Druga przepinka na skraju okapu, pokazowe zerwanie shunta pt. „jak rozbić sobie twarz”. Cudem wpycham się w otwór jaskini – lina mocno odciąga i do tego jest lekko pod górę. Poręczówka, z ulgą pozbywam się wora, lonże w dłoń aby się nie zabić po drodze i wypadam na zewnątrz. Znów znienawidzone dyganie do góry na tej przeklętej linie! Uff, na dół, kibice wrzeszczą coś zawzięcie, nawet dzieci jakieś się podłączyły. Chyba muszę być kimś bardzo znanym. Dziura, „nie zapomnij szpeja”, „nie zapomnij zdjąć przepinek”, już niedługo koniec wychodzenia. Wooow, ale super wahadło! Ja chcę jeszcze raz! A racja, trzeba zlikwidować ten bałagan na stanowisku i założyć złodzieja. Jejku, tylko żeby czegoś nie pomylić. Chwilę się motam. No ładnie, shunt wpięty do odcinka drugiej lonży! Jazda na dół, lina ciężko się przesuwa ale jakoś jadę. I znów postój na wygrzebanie splątanego sznurka. Krótka modlitwa do liny, aby udało się wyplątać dostateczną długość. Posłuchała. Przeklęte krzaki, że też musiały wyrosnąć pod samym zjazdem! Ee, teraz… No tak, trzeba się odwiązać, żeby ściągnąć sznurek. Worek na plecy i na złamanie karku po piarżysku w dół. Teraz jeszcze ściągnąć linę, wywalić resztę z wora i rozwiązać węzeł na końcu. Taa, rozwiązać, najpierw trzeba go znaleźć! Na szczęście szybko go dostrzegam. Ledwo zipię, a tłum już żąda, abym pakowała się do dziury! Wdech i wpycham głowę. Wydech, gorąco jak diabli, ciasno, byle jakoś do przodu. Auu, mam żwirek w plecach. O, jakie śmieszne twarze nad szybką. Zaraz się uduszę, jak się stąd szybko nie wyczołgam. Już widać koniec, jeszcze tylko parę pociągnięć. Udało się, meta. Co za ulga!

Najlepsi zawodnicy otrzymali trofeum wraz z odpowiedniego koloru karabinkiem oraz wielkie torby z nagrodami. Miłym akcentem były drobniejsze nagrody dla pozostałych uczestników. Po sesji zdjęciowej w mocnych promieniach chylącego się już słońca wszyscy rozeszli się w radosnych nastrojach. Znaczna część osób brała jeszcze udział w dalszych atrakcjach wieczoru, my natomiast musieliśmy już wracać. Cały dzień na słońcu dał się nam ostro we znaki, spalone twarze i karki mocno piekły. Ogromnie zmęczeni ruszyliśmy w drogę powrotną.

Tegoroczne zawody odbyły się 5 czerwca w Wojcieszowie w kamieniołomie Gruszka.

Organizator: Speleoklub Bobry Żagań

Bohaterowie relacji (lista płac):

  • Kazimierz Buchman – trener, główny fotograf, wsparcie psychiczne
  • Kornel – kolega z Sekcji Wspinaczki Linowej PWr, doping
  • Adam Leksowski – trener osobisty, drugi fotograf, doping
  • Kasia Filipek – wypożyczalnia elementów sprzętu, trzeci fotograf, doping

Jura 28-30.05.2010 – Kurs 2010

Kolejny udany wyjazd szkoleniowy kandydatów na grotołazów z Wrocławia. Tym razem niestety Konar nie mógł prowadzić zajęć, gdyż powódź nie pozwoliła na to, ale w zastępstwie „naszego” instruktora wystąpił Marcin „Szuflada” Krajewski z Krakowa.

W dniach 28-30.05 gościliśmy w rejonach Jury Krakowsko – Częstochowskiej, w których chyba jeszcze nikt z nas nie miał okazji się znaleźć, a mianowicie w pierwszym dniu była to Dolina Będkowska, a w drugim dniu przenieśliśmy się do Doliny Racławki.

Część osób niechcąc wstawać skoro świt w sobotę i ruszać w trzygodzinną podróż, zdecydowała się jechać już w piątek. Podróż była, hmm…… mało przyjemna. Ogólnie panowała ogromna duchota, i każdy tylko marzył aby w końcu dojechać i napić się zimnego piwka. Około godziny 22.30 większości udało się zrealizować marzenia – Marcin pojechał jeszcze po Kasię do Krakowa.

Następnego dnia około godziny 9 przybyła reszta ekipy pod dowództwem niezmiernie cierpliwego i wyrozumiałego kierownika kursu Adama Leksowskiego .

Gdy wszyscy już się „pozbierali”, Szuflada małym monologiem o topografii oraz znaczeniu Doliny Będkowskiej i „Brandysówki” w historii polskiego taternictwa rozpoczął szkolenie.

Po paru minutach dotarliśmy pod bardzo ładną skałę zwaną „Dupą słonia”. Na skale tej spędziliśmy resztę dnia wykonując różne ćwiczenia m.in. podchodzenie, zjazdy, poręczowanie, deporęczowanie. Niestety po tylu dniach niepogody nad małopolską w momencie jak tylko pojawiło się słońce, pod skałą wraz z nami zagościli roznegliżowani do połowy (po co?) wspinacze.

Gdy wszyscy już wypompowali z siebie co tylko mogli albo chcieli udaliśmy się do klimatycznej Brandysówki. Na miejscu okazało się, że Gospodyni tej hacjendy serwuje wyśmienite posiłki. Zainteresowanie kuchnią rosło wykładniczo w czasie. 🙂

Po uzupełnieniu wszystkich węglowodanów przystąpiliśmy do głównej części wieczoru. No właśnie!!! Kasia obchodziła kolejne osiemnaste urodziny, był tort pomysłu Asi i Krystiana i nawet mocniejsze trunki, graliśmy w kości i ogólnie impreza była wesoła i trwała dłuuuugo. :).

Gdzieś pomiędzy zakończeniem imprezy a poranną pobudką pod Brandysówkę dotarła z krakowskiego wesela Agnieszka. Co prawda podróż na nogach z dworca pod „schronisko” upływała jej w stresie, gdyż z braku zasięgu nie mogła się dowiedzieć czy nadal jesteśmy w tej malowniczej dolince, lecz gdy tylko dotarła i oczom jej ukazał się duży zielonkawy samochód z rejestracją ONY rozłożyła karimatke na tarasie i spokojnie zasnęła.

W niedziele udaliśmy się do Doliny Racławki, w której to mieści się Jaskinia Racławicka lub znana pod inną nazwą Jaskinia Grzmiączka. Gdy dotarliśmy pod otwór podzielono nas na dwie grupy i dostaliśmy zadania.

Jaskinia z początku niepozorna ze względu na pochylnie na dnie pierwszej studni zjazdowej lecz dalej dostajemy się nad kilkunastometrową przewieszoną studnie ze świetnymi naciekami. Gdy ją pokonamy i przejdziemy kawałek niskim korytarzem mamy możliwość również poćwiczyć wspinaczkę. Umożliwia ona dostanie się do „Czeskiego korytarza”. Niestety po wyjściu z jaskini niemiło przywitały nas grzmoty a po chwili ulewa w trakcie której przyszło nam się pakować.

Gdy ruszyliśmy już w drogę powrotną zajechaliśmy do restauracji o nazwie „BIDA”. Jak się okazało wcale taka „bida” to tam nie panowała. Chyba wszyscy się zgodzą, że można ten lokal polecić. Obsługa szybka, lokal duży, no i porcje naprawdę ogromne. Napiszę tylko, że nawet Adam i Marcin zaspokoili swoje żołądki, więc te osoby które nie były, mogą sobie wyobrazić jak pokaźne są posiłki.

W wyjeździe udział wzieli:

Marcin „Szuflada” Krajewski- instruktor AKG Kraków

    • klubowicze: Michał „Konar” Konarski – turystycznie, Kasia Filipek, Aga Majewska – weselna, Tomasz Haba, Adam Leksowski – kierownik zamieszania, Krzysztof Kubis, Maciek Wajda
    • kursanci: Magda Nakonieczna, Justyna Wołowiec, Joanna Stypuła, Dorota Kopeć, Kasia Polak, Grzegorz Szmidt, Marcin Kraśny, Piotr Młotek, Krystian Bogdanik oraz Asia Szłapa

V Śląskie Manewry Jaskiniowe

Tarnogórski Klub Taternictwa Jaskiniowego zorganizował V edycje Śląskich Manewrów Jaskiniowych w ramach projektu „Bezpieczeństwo publiczne tarnogórzan w przypadku wystąpienia miejscowych zagrożeń” ogłoszonego przez Starostwo Powiatowe w Tarnowskich Górach. Ćwiczenia odbyły się w dniach 4 – 6 września 2009 r. na terenie Jury Krakowsko – Wieluńskiej.

Celem manewrów była poprawa bezpieczeństwa publicznego poprzez przygotowanie służb ratowniczych i organizacji pozarządowych do podjęcia wspólnych działań podczas ewentualnych akcji ratowniczych w podziemiach tarnogórskich, w zniszczonym budynku mieszkalnym, podczas katastrof budowlanych i komunikacyjnych.

Przeczytaj całą relację autorstwa Michała Konarskiego.

 

Tatry

Długi listopadowy łykend

Już drugi raz udało się pojechać na 11 listopada w Tatry, wiec można pomału mówić, że to już tradycja.

W zeszłym roku planowaliśmy zejście na Nowe Dno w Ptasiej, niestety z przyczyn różnych nie udało się tego zrobić. W tym roku miała być powtórka, jednak na trzy dni przed wyjazdem plany uległy lekkiej modyfikacji. Razem z Poznaniakami umówiliśmy się na trawers Lodowa – Ptasia. Zaplanowaliśmy wyjście na sobotę.

No ale co tu robić do soboty skoro już w czwartek, tuż po pracy, przyjechaliśmy do Kir. Jak tylko zjawiliśmy się na plebani to trafiliśmy na imprezę. Cały czas zastanawiałem się gdzie tu pójść z chłopakami. Decyzja została podjęta szybko – Pod Wantę. Naszą szybko piątkę gotową ścigać się w ten weekend z każdym zespołem stanowili: Przemek Ćwiek, Tomek Krotowski, Gniewko Oblicki (wszyscy Grupa Karkonoska GOPR), Krzysztof Rossa i niżej podpisany (obaj SCW).

Pod Wanta spotkaliśmy kursantów z Nocka z Rysiem. Nie pamiętam, szczerze mówiąc żebym był na tak pięknej akcji jak ta. Rysiu był z czterema kursantkami i jednym kursantem. W skład tej ślicznej ekipy wchodziły: Iwona (żona kolegi Sapieha), jej siostra Ewa (cóż za kobieta), Hania (niestety nie znaliśmy się wcześniej), druga Ewa i jeden rodzynek Michał. Ta ostatnią dwójkę poznaliśmy w maju na kursie autoratownictwa.

Po szybkiej i udanej akcji i długim monotonnym zejściu zaszliśmy do „Halita” na jedno piwko, co by zakwasów rano nie było. I dopiero wtedy zaczęła się impreza. Cóż nie będę pisał co się tam działo, niech to pozostanie w gronie tam obecnych 😉

Przyszła sobota, dzień tak oczekiwany. Niestety zawsze jak człowiek czegoś bardzo chce to coś mu musi przeszkodzić. Nie udało nam się skontaktować z Poznaniakami i niestety zmuszeni byliśmy do zmiany planów. Jako, że nie mieliśmy za dużo sznurków i w sumie mało czasu postanowiliśmy pójść do Marmurki. Rano okazało się, że druga ekipa z Naszego klubu też się tam wybiera. W skład tej ekipy wchodzili: Agnieszka Majewska (Nasza Pani Sekretarz), jej siostra Marta, Paweł „Koń” Michalski oraz gościnie Olga Drążkiewicz (SŚK).

Akcja w sumie przebiegła w tempie ekspresowym. Oba dna udało Nam się zrobić w 5,5 godziny. Ale przecież nie czas jest ważny w tym wszystkim, najważniejsza jest atmosfera w jakiej się spędza czas. Udało się porobić trochę zdjęć i bliżej poznać.

Wyjazd uważam do bardzo udanych i mam nadzieje ze więcej takich będzie. Szczerze żałuję, że nie udało się zrealizować planu. Liczę na to że ta akcja nie zaważy na dalszych planach współdziałania z Wielkopolską?

Niecka Nidziańska

We wrześniu wybrałem się razem z J. Jach i P. Wojtasikiem (SŚK) do jaskiń w gipsach celem wykonania zdjęć i zwiedzenia tychże obiektów. Dotąd nie byłem w polskich gipsach i wiedziałem tylko że jest tam dość ciasno, jednak to co zobaczyłem i … poczułem na miejscu – mimo szczerych chęci Pawła, który za gipsami przepada, nie nastrajało pozytywnie.
Najpierw udaliśmy się do Jaskini w Marzęcinie, która jest prawdopodobnie trzecią co do długości jaskinią gipsów (nie pomierzona, szacunkowo 250m). Po drodze oglądaliśmy również ciekawe stanowisko zlepieńców w Śladkowie Górnym, oprócz tego na fotografiach jest również drugie, po przeciwnej stronie drogi, na terenie prywatnego zabudowania gospodarskiego.

Jaskinia w Marzęcinie znajduje się tuż przy polnej drodze na niewielkim wzniesieniu terenu, jest otoczona polami uprawnymi i w większej części pozostaje w bliskim kontakcie z powierzchnią (można wąchać korzenie od spodu). Otwór znajduje się w lejkowatym zapadlisku częściowo wypełnionym glebą a „częściowo” śmieciami. Już samo położenie robi wrażenie, nad głowami jeździ traktor z bronami… Tu się właściwie kończą miłe wrażenia, by dostać się do jaskini Paweł ubiera rękawiczki i zaczyna wyciągać z otworu pomniki ludzkiej głupoty… worki, butelki, opony, buty, śmieci organiczne, buty, …. buty…., butelki… Mija dłuższa chwila otwór „drożny” naokoło kolorowo… Może dalej będzie lepiej? Kilkumetrowa studzienka z pochylnią sprowadza do największej w jaskini salki, jaskinia rozwija się w dwóch przeciwnych kierunkach, otwór wypada jakby pośrodku. Śmieci jest tyle że osypują się kilka metrów od otworu w obu kierunkach, tworząc całkiem niezły przekrój, skaczą żaby, łażą dżdżownice. Ale nic to… dalej będzie lepiej. Idziemy w stronę 2,3 metrowej studzienki sprawdzić jaki poziom wody w jeziorku. Po drodze sterty rozkładającego się ptactwa, szkielety, a nawet całe nie potłuczone jajko kurzęcze !? Zamiast glinki terra rosa, czarna gleba z pola. W bocznym korytarzu odchody zwierzęce – kuna podpowiada Paweł, a mnie już skręca od mdłego zapachu padlinki… Wracamy do otworu, idziemy w drugą stronę jaskini. Butelki, buty, buty, buty, damskie, męskie, dziecięce – sklep obuwniczy. Kompletna rama od motoroweru nawet z bakiem – jak to ktoś tu zapchał..? O a tu musiał być też otwór kiedyś a teraz tylko worki wylatują ze stropu. Znowu kości i nadgniłe ptaszyska, mam dość. Nawet ciekawe szable gipsowych kryształów nie są w stanie mnie tu zatrzymać, robimy zdjęcia i wychodzimy.
Czy ci tubylcy wiedzą co robią? Zaśmiecone jest każde zagłębienie w okolicy, ciekawe czy bez wpływu na ujęcia wodne… Busko Zdrój w pobliżu, nie chciał bym się tam leczyć.

Wchodzimy jeszcze do Jaskini Żydowskiej, tu nieco czyściej bo dojście ze śmieciami mniej wygodne… Jaskinię stanowi właściwie jedna salka, w zagłębieniach kałuże z wodą, bardzo ładne skupiska gipsowych kryształów mienią się gdy spojrzeć pod odpowiednim kątem. Znajduję kawałek solidnego łańcucha, pewnie murzyńscy niewolnicy się tu ukrywali… a może urwało się Bronkowi przy orce od Ursusa..? Przy końcu salki ciekawe kryształy w stropie niczym bursztyny.

Paweł chce zatrzeć złe wrażenia i zabiera nas do Wąwozu Skorocickiego. Wąwóz bardzo ciekawy ale strasznie zaniedbany, istna dżungla, wszędzie pokrzywy, trzcina, i samosiejki drzewek owocowych. Zwiedzamy jeden z tunelów Jaskini skorocickiej, wreszcie gangi 🙂 Jedziemy również do Siesławic gdzie oglądamy stary kamieniołom gipsu, otwory jaskiń tradycyjnie zasyfione, nie nastrajają do zwiedzania, o a tu… pokazuje Paweł, był zdechły pies. A tu chłopaki nurkowali, wskazuje na bajoro z oponami od Ursusa.