Klubowy Obóz Tatrzański + zimowy obóz kursowy 29.01-07.02.2016

W dniach 29.01-07.02.2016 odbył się KOT 2016 (Klubowy Obóz Tatrzański), a w dniach 04-07.02.2016 zimowy obóz kursowy. Przez bazę u Mrowcowej przewinęły się w sumie 32 osoby + 2-tygodniowy Kazik W. Instruktorami na zimowym obozie kursowym był Zbigniew Grzela (na na na na na na Instruktor PZA) oraz Izabela Włosek. Dziękujemy!

IMAG0351

Podczas wyjazdu odbyliśmy następujące akcje:

  • Rekonesans drogi wspinaczkowej do jaskini Ptasia Studnia
  • Jaskinia Naciekowa
  • Jaskinia Zimna – 3 wyjścia
  • Jaskinia Miętusia (do Błotnych Zamków) – 2 wyjścia
  • Jaskinia Wielka Śnieżna (do II biwaku)
  • Jaskinia Kasprowa Niżnia – 2 wyjścia
  • Czarna (trawers 1:3 i 3:1 oraz Partie Królewskie) – 3 wyjścia
  • Trawers Krupówek 🙂
  • Trawers Doliny Kościeliskiej (Staw Smreczyński i Smocza Jama)

W jaskini Czarnej (czekając na nadciągających od strony 3 otworu taterników) wykonaliśmy obowiązkową sesję zdjęciową przy Szmaragdowym Jeziorku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Robak

Szkolenie raki-czekan-detektor, 23-24.01.2016 – Kurs 2015

W jeden ze styczniowych weekendów odbyło się szkolenie zimowe raki-czekan-detektor dla kursu taternictwa jaskiniowego 2015 oraz dla klubowiczów.
Pierwszego dnia mieliśmy okazję przećwiczyć umiejętności korzystania z detektorów lawinowych, sond i łopat.

GOPR0436

Testowaliśmy sondowanie na różnych zasypanych „obiektach” (łopata, plecak, człowiek). Budowaliśmy stanowiska z wykorzystaniem przeróżnych przedmiotów oraz własnego ciała oraz testowaliśmy ich wytrzymałość.

2 sondowanie

Drugi dzień upłynął nam przede wszytskim na nauce poruszania się w rakach oraz posługiwania się czekanem. Ćwiczyliśmy także poruszanie się i ratowanie w zespole oraz kontynuowaliśmy naukę z dnia poprzedniego.

GOPR0477

Odbyły się także próby wykonania ślizgawki (w ceracie Adama) do nauki hamowania czekanem, jednak z powodu zbyt kopnego śniegu, Krasnalowi nie udało się wykonać tej misji.

7 hamowanie

To był bardzo intensywny weekend.
Miejscem szkolenia był Pradziad.

GOPR0525

W wyjeździe udział wzięli:

  • kursanci: Kuba G, Emilka M, Łukasz T, Artur K, Sebastian J, Rafał F, Piotrek D, Tomek M
  • klubowicze: Ola i Mariusz Roba, Adam Leksowski, Sebastian Radziszewski, Marcin Filarowski, Marta Czech
  • instruktorzy: Zbigniew Grzela Instruktor PZA

8 wszyscy

Tekst: Aleksandra Robak
Zdjęcia: Adam Leksowski, Marcin Filarowski

Jura 25-26.04.2015 – Kurs 2015

Wyjazd na Jurę był naszym drugim wyjazdem kursowym, po Pełcznicy, na którym uczyliśmy się obsługi takich wynalazków, jak rolka, shunt, małpa i croll. 25. kwietnia rano – ruszyliśmy do celu. Mnie przytrafiła się podróż z Pawłem, Arturem, Łukaszem oraz Gabikiem, która opowiadała nam fascynujące rzeczy o swojej pracy w aptece, na kanwie których prowadziliśmy filozoficzne dysputy dotyczące etyki i sumienia. Podróż mijała nam zatem szybko, a i tak okazało się, że dotrzemy trochę spóźnieni. Ale nic o nas bez nas. Aż tak znowuż się tym lekkim czasowym poślizgiem nie przejęliśmy, ponieważ kierownikiem wyprawy został Paweł, który w bagażniku, oprócz naszych rzeczy, wiózł jeszcze 4 wory ciężkiego sprzętu, bez którego żadne zajęcia nie mogły się fizycznie odbyć;) Na miejscu, na górze Birów, podzieliliśmy się na trzy kilkuosobowe, ćwiczące w jednym czasie grupy. Ja byłam w pierwszej, próbującej przepinek z Emkiem – naszym instruktorem, który cierpliwie tłumaczył nam wszystkie zasady, a także wszedł do nas na górę, gdy po wjeździe oświadczyłyśmy z Gabą, że bez niego nie zjedziemy.

1

Okazało się, że zjazd pod okiem instruktora jest całkiem prosty, mniej karkołomny niż dotąd, i naprawdę zaczęłyśmy wreszcie „porozumiewać się” trochę z rolką i shuntem – kontrolować optymalne odległości, co jak się okazało, następnego dnia było już niezbędne do zachowania jako takiej płynności. Po jakimś czasie – grupy się zamieniły i po skończonych, przez moją, na skale zajęciach, udaliśmy się do specjalisty od węzłów – Adama. Ćwiczyliśmy wyblinki, półwyblinki, tatrzańskie, ósemki, łączenie lin… cały arsenał 😉 Jedne węzły były banalne, inne trudniejsze, ale trudność tę zrzuciliśmy na karb już bardzo dużego zmęczenia. To uświadomiło mi zresztą, jak ważne w jaskini muszą być, tak zwane,”automatyzmy”, kiedy mózg wolałby już sobie, na przykład, pójść spać. Po wiązaniu, rozwiązywaniu i supłaniu oraz krótkim odpoczynku, poszliśmy do Tomka, z którym ćwiczyliśmy sekwencję do wjazdów i zjazdów. Lecz mój bezpieczny, budowany z cierpliwością „świat” – miał niedługo runąć w gruzach, kiedy to Emek po skończonych zajęciach pokazał nam, w iście Bondowskim i błyskawicznym stylu, sekwencję preferowaną przez siebie i Marbacha, która różni się jednak od tej wypracowywanej przeze mnie;) Ostatecznie chodzi jednak przecież o bezpieczeństwo i własne preferencje. Obserwowanie kolejnego już doświadczonego taternika, z kolejnej „szkoły”, jest inspiracją do zgłębiania tematu i fajnie, że mamy możliwość uczenia się od różnych, preferujących różne style, osób.

2

Wieczorem zrobiliśmy sobie na polu namiotowym, gdzie część z nas spędzała noc, wielkie ognisko, na którym pojawili się prawie wszyscy i gdzie czekała nas moc atrakcji – między innymi konkurs wchodzenia na latarnię, w którym osobiście nie odważyłam się wziąć udziału i nic by mnie do tego nie przekonało 😀 Niestety, nie pamiętam za bardzo, kto go wygrał. Po mniej lub bardziej przespanej nocy, ruszyliśmy na zajęcia na nieodległą Bibliotekę i tu już mnie było, z mojej perspektywy, aż tak różowo, jak dnia poprzedniego:) Instruktor Szuflada udzielił nam cennych wskazówek co do dopasowania sprzętu, a następnie, z jego nieocenioną pomocą i przy wsparciu Adama i Tomka, ćwiczyliśmy na skale – już w trochę wyższym stopniu wtajemniczenia. Przepinki były trudniejsze od tych, z którymi mieliśmy dotąd do czynienia. Raz niezbędna okazała się dziewczynom chwilowa pomoc psychologiczna, po której wszystko już poszło gładko 😀 Innym razem – cóż… niebardzo wiedziałam, jak sobie poradzić i tutaj podziękowania dla Pawła, który będąc na linie obok, podpowiedział mi kilka fajnych patentów i ostatecznie, kolejną przepinkę pokonałam bez stresu i zbędnego siłowania się:) Dla mnie osobiście – jak mogłam się przekonać na Bibliotece – największy problem stanowią chyba w tym momencie odciągi.

3

Około 17:00 skończyliśmy zajęcia i, niebotycznie zmęczeni, po dwóch dniach intensywnych ćwiczeń, zaczęliśmy w deszczu opuszczać Jurę i łojących jeszcze obok nas niezłomnych wspinaczy. Dla kilku kursantów, którzy mają już jakieś doświadczenie, były to po prostu kolejne fajne, integrujące nas zajęcia. Większość jednak miała okazję bardzo dużo się nauczyć, za co należą się podziękowania, przede wszystkim, naszym kolegom z Klubu, którym niezmiennie chce się nam to wszystko przekazywać.

4

Z „harcerskim pozdrowieniem” :)! Kama

Tekst: Kamila Mikołajczak
Zdjęcia: Tomasz i Paweł Mosiołek

Pierwsza Dziura 13-15.03.2015 – Kurs 2015

Trzynastego Marca roku pańskiego 2015, wyruszyliśmy z wrocławską ekipą taterników jaskiniowych do pierwszych poziomych jaskiń w Podlesicach. Podróż była długa, nie znało się wszystkich za dobrze, to i rozmowa sie nie kleiła. Wbrew moim obawom, różnica wieku nie wpłynęła na relacje z pozostałymi członkami drużyny, nawet śmiem twierdzić, że moi nowo poznani koledzy (Jezus, Ema, Kudłaty) są „do rany przyłóż”.
Dotarliśmy na miejsce wieczorem, zajęliśmy swój pokój i przywitaliśmy się z pozostałymi członkami drużyny, którzy na miejscu byli przed nami. Po krótkiej, acz intensywnej integracji udałam się na zasłużony spoczynek.

Poranek dla większości z nas był nadzwyczaj przytłaczający, wręcz można było się obawiać, że czekające na nas jaskinie będą nie do zdobycia. Jednak chęć poznawania przewyższyła ból głowy. Udaliśmy się więc w kierunku pierwszej jaskini- Pastusiej. Jaskinia była z pozoru łatwa do zdobycia… ale jakie pojęcie o zdobywaniu może mieć taki świeżak jak ja? Tak właśnie – żadne, o czym przekonałam się rychło.
1

Wchodząc do szczeliny uświadomiłam sobie jak skrępowane są moje ruchy. Nie zniechęciło mnie to w żadnym stopniu, a nawet mówiąc szczerze, ten zastrzyk adrenaliny wprawił mnie w wybitnie dobry humor. Czołganie na boku nie było najłatwiejsze, ale po chwili załapałam o co chodzi i jak ułożyć głowę, by zmieściła sie tam, gdzie nie jeden by stwierdził ze sie nie da. Ostatecznie udało mi sie przecisnąć przez Pastusią.
Mieliśmy jeszcze 3 jaskinie do zwiedzenia (Berkowa, w Kroczycach i Sucha). Nie ukrywam, że Berkowa była moją ulubioną. Sprawiła mi największą frajdę, a sam pomysł przeciskania balonów przez chyba jedna z węższych jaskiń którą zwiedziliśmy, był bardzo oryginalny!

2

Jaskinia w Kroczycach była całkiem łatwa, mimo to wtedy już odczułam pierwsze oznaki zmęczenia oraz pulsujący ból wynikający z obicia kolanek i łokci… Nie poddałam się.

3

Gdy padło pytanie czy lecimy do Suchej, to jako jedna z nielicznych krzyknęłam “TAK!”. Moj entuzjazm był zbyt pochopny,  ponieważ swoja świeżacką batalię z Suchą przegrałam z kretesem. Miałam wrażenie, że jedyne co może mnie spotkać w tej jaskini to śmierć. Przerosło mnie schodzenie metodą “zapieraczki i rozpieraczki” na końcowym odcinku jaskini, jednak mogłam liczyć na moich niezawodnych kompanów, którzy wspierali mnie mentalnie, ponieważ inaczej sie nie dało. Dramatyzm mojego położenia zmusił mnie do działania i takim oto sposobem dotarłam na samo dno jaskini.

4

Ostatni dzień był spokojny, grzecznie sie spakowaliśmy i pojechaliśmy do trzech ostatnich jaskiń na tym wyjeździe: Niedźwiedzia, Cabanowa i Jaskinia w Zielonej Górze. Uważam te jaskinie za najbardziej  przyjemne do zwiedzania: piękne stalaktyty, stalagnaty i stalagmity  oraz ogromne pająki wzbudzające podziw u wszystkich uczestników. Największe wrażenie wywarła na mnie Jaskinia w Zielonej Górze. Była banalna do zdobycia  i oszałamiająco piękna. Odczułam wręcz nijaką dysproporcję między poziomem trudności a zapierającym dech w piersiach widokiem. Smutno było opuszczać Jurę, lecz to juz był koniec naszej wyprawy.

5

Tym wyjazdem zaczęłam na nowo swoja przygodę z jaskiniami, poznałam świetnych ludzi, z którymi  chcę podążać ta droga… TATERNIKA JASKINIOWEGO.

6

Tekst: Ida Błąkała
Zdjęcia: Adam Leksowski, Tomasz Utkowski, Aleksandra Robak

Obóz wspinaczki skałkowej – Kurs 2014

W dniach 3-6 lipca odbyliśmy kurs wspinaczki skałkowej. Nasz skład to: ja czyli Seba, Marcin, Łukasz, Gocha oraz nasz instruktor Sebastian Lewandowski, pseudonim „Lewy”.

Dzień 1.

Z „Lewym” umówiliśmy się w Wałbrzychu pod Auchan. W związku z tym, że my nie znaliśmy jego, a on nas, czekaliśmy na siebie jakieś 20 minut na parkingu w odległości 50m. Na szczęście telefonia komórkowa w Wałbrzychu działa i udało nam się w końcu odnaleźć. Chwila zapoznania, przerzucenia sprzętu i ruszamy. „Lewy” powadzi nas do Zagórza Śląskiego w którym spędzimy pierwszy dzień.

W trakcie drogi krótki wywiad środowiskowy, co kto miał wspólnego ze wspinaniem, z którego okazuje się, że wszyscy w jakimś stopniu już liznęli tego sportu. Najmniej doświadczenia oczywiście miałem ja… gdyż moje doświadczenia kończyły się na ściance wspinaczkowej, jedynie z asekuracją „na wędkę”. Z tej okazji nie mogłem się już doczekać pierwszych prób „z dołem” i to w skałach.

1 (1)

Ok. Dotarliśmy na miejsce, chwila na przebranie, podeszliśmy pod dość prostą skałkę i rozpoczęliśmy zabawę. Początek to sprawdzenie naszych umiejętności, jak radzimy sobie w skale – wyszło chyba nie najgorzej, w końcu bardzo zdolna grupa. Po kilku wejściach na wędkę nadchodzi długo wyczekiwana dla mnie chwila – startujemy z dołem. Jest trochę strachu ale jak trzeba to trzeba. Szybko okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Co prawda miałem początkowo problemy jak wpiąć linę w ekspresy, ale po kilku słowach instruktarzu w końcu ogarnąłem. Reszta oczywiście wiedziała co i jak więc nie był to dla nich żaden problem. Jeszcze kilka przejść i robimy przerwę w której Lewy zaprzyjaźnia nas ze sprzętem do „Tradu” czyli wspinaczki tradycyjnej na drogach nieubezpieczonych.

Poznajemy te dziwne twory jak: kości, friendy, heksy, jebadełko… Pokazuje nam jak co działa, gdzie to wciskać itd. Później jeszcze trochę wspinaczki, oczywiście już tylko z dołem i kończymy pierwszy dzień zajęć.

Wróciliśmy do Wałbrzycha gdzie spędziliśmy nasz pierwszy nocleg. Skorzystaliśmy z gościnności tamtejszego klubu. W tym samym dniu Wałbrzyski klub miał rozdanie kart Taternika Jaskiniowego, także załapaliśmy się jako goście. Zarząd przygotował dla kursantów małą dopytkę przed rozdaniem kart. Były pytania, zadania no i oczywiście dobra zabawa 😉

3

Dzień 2.

Rano okazało się, że w podróży przybył nam dodatkowy członek, a dokładniej znaleziony przez ekipę taboret ( zresztą leży już w klubie we Wrocławiu, także można podziwiać). Dzień drugi spędzamy w Pełczy. Był to kawał dobrej nauki. Uczyliśmy się budowania stanowisk, przepinania liny w różnych wariantach, przewiązywania przez punkt, zjazdu na podwójnej linie itd. Wszystko to praktycznie same nowości, także każdy słuchał z zaciekawieniem. W praktyce wszystko wychodziło całkiem nieźle. Trochę tego było więc nim zdążymy się obejrzeć, mija cały dzień.

Na kolejny umówiliśmy się już w Rudawach Janowickich. Postanawiamy od razu pojechać w Rudawy, a z Lewym mieliśmy się zobaczyć bezpośrednio pod skałą. Bardzo wesoło spędziliśmy końcówkę dnia na poszukiwaniu noclegu pod chmurką. Ostatecznie padło na małą polankę nad samą rzeką Bóbr. Zaparkowaliśmy, chwila zastanowienia i wszyscy wylądowali w rzece na szybkiej kąpieli. Po dwóch dniach bez wody nikt nie mógł się oprzeć Potem ognisko, kiełbaska, piwko i meczyk Mistrzostw Świata w piłce nożnej obejrzany na komórce. Aha, w między czasie okazało się, iż nasza polanka jest terenem prywatnym. Na szczęście po krótkich negocjacjach i obietnicach, że pozostawimy po sobie porządek, mogliśmy zostać. Noc mija spokojnie, część śpi w namiotach, część w samych śpiworach pod gołym niebem.

4

Dzień 3.

Rano szybkie śniadanie, pakowanie i ruszamy w wyznaczone miejsce. Spotykamy się punktualnie o 9 i zaczynamy dalsze szkolenie. Czas na kolejne nowinki. Startujemy od nauki osadzania asekuracji w sposób tzw. tradycyjny. Każdy dostaje swój zestaw i ma za zadanie zbudować w poprawny sposób stanowisko asekuracyjne. Po małych poprawkach ogarniamy temat. Pora na wspinaczkę na własnej asekuracji – ale jak temu zaufać? Nie było lekko Po pokonaniu kilku dróg przechodzimy pod kolejną skałę, a ta wydaje się być olbrzymia. Jak tam wejść i jeszcze zaufać czemuś co ma nas niby zabezpieczać?

7

Okazuje się, że drogi nie są zbyt wymagające, wszyscy pokonali je bez większych trudności przy okazji ucząc się poruszania na drodze wielowyciągowej oraz budowania w tym celu stanowisk. Co chwila zmienialiśmy się drogami jak i tym kto na danej drodze prowadził, kto asekurował i tak minął nam kolejny dzień, po którym jest wieczór, a tam piwko, dzielenie się wrażeniami, rozmowy o niczym i sen. Dziś na kolację zrobiłem sobie prawdziwą ucztę – pierogi ruskie? Otóż można je ugotować w kuchence turystycznej.

Dzień 4.

Dzień czwarty, ostatni, również spędziliśmy w Rudawach ale w troszeczkę innej ich części. Ostatecznie wylądowaliśmy w Janowicach Wielkich nad „jeziorkiem”. Była to kolejna walka z Tradem. Osadzaliśmy własne punkty asekuracyjne, wchodziliśmy, zjeżdżaliśmy i tak w kółko. Uczyliśmy się też patentów na blokowanie przyrządu asekuracyjnego oraz jego odblokowywania. I tak pomału doszliśmy, niestety do końca naszego szkolenia. Jeszcze na deser robiąca na nas olbrzymie wrażenie turnia. Tu nie wszyscy odważyli się osadzać własną asekurację – np. ja Pewniej czułem się gdy zrobił to Lewy, a ja sobie wszedłem na wędkę.

8

Widok niesamowity no i olbrzymia frajda. Niestety był to już koniec. Niestety, ponieważ nawet przez chwilę nie przypuszczaliśmy, że nauczymy się tak wiele. Seba to naprawdę świetny instruktor, polecamy go wszystkim!

Tekst: Sebastian Radziszewski, Kurs 2014