Letni obóz tatrzański wrzesień 2013 – Kurs 2013

Tarty… przed obozem, na samą myśl przechodziły mi ciarki. Odwiedzone przeze mnie 2 razy w życiu – ostatni raz jakieś 6 lat temu. Klubowicze mówili jak to jest strasznie w tych jaskiniach, jakie są wielkie, jakie długie i męczące podejścia. Informacje (a właściwie ploteczki) o jednym z instruktorów dodawały tylko mroczności całemu czekającemu nas obozowi. Emek – przedstawiany jako tyran, za którym kursanci muszą biegać z wywalonym językiem. To chyba z tego całego stresu rozchorowałam się tuż przed wyjazdem.

Przyjechaliśmy w piątek całkiem sporą ekipą. Reszta dojechała w sobotę. Jako, że dosyć późno zawitaliśmy u Pani Galicowej, szybko zniknęliśmy w otchłani naszych cieplutkich śpiworków. Rano zaplanowaliśmy rozgrzewkowy spacer – Kasprowy Wierch. Popołudniem, przypadkowo poznaliśmy naszego „strasznego” instruktora:

My (między sobą): jutro pewnie pójdziemy do Śpiących Rycerzy…

Jakiś facet stojący przy kuchence: Raczej nie, pewnie pójdziecie do Kasprowych.

My: Oj, na początek pewnie będzie coś łatwego.

Emek: Zaufajcie mi, będą Kasprowe. Wiem, bo to między innymi ze mną będziecie chodzić.

Tak o to poznaliśmy pierwszego instruktora, drugiego znaliśmy już wcześniej z wyjazdów i ćwiczeń kursowych. Wieczorem, gdy zjechała się już reszta ekipy, ustaliliśmy szczegóły wyjścia i zapakowaliśmy „ogromne” ilości potrzebnej liny i metalu. Następnego dnia wyruszyliśmy o 7, aby w Kuźnicach zaparkować w dogodnym (nie płatnym!) miejscu. Podejście do Kasprowych nie jest zbyt wymagające, jednak jak na pierwszy dzień trochę się zmęczyliśmy. Wraz z Idą dzielnie, przez całą drogę, obstawiałyśmy tyły.

07

Podzieliliśmy się na dwie grupy – z Bartkiem szedł Mariusz, Ida, Adam i Pani Taternik (Magda). Moja – Emek, Agata, Żaku oraz gościnnie Wiktor – dostała na pierwszy ogień Kasprową Wyżnią. W kombinezonie i wnętrzu 200 ze wzmocnieniami wszędzie gdzie się da (zmarzluch ze mnie) ruszyłam w stronę otworu. Te kilka minut podejścia w pełnym rynsztunku sprawiło, że jeszcze przyjemniej wchodziło mi się do mojej pierwszej, tatrzańskiej dziury. Zjazd, wspin, zjazd i koniec, szybko poszło. To przejście (a właściwie pół przejścia) było tak męczące, że potrzebowaliśmy przerwy na… topografię. To jest to co kursanci lubią najbardziej – jak Puchatek miodek. Mapa w dłoń i zaczynamy zabawę w „Zgaduj zgadula”. Początkowo mieszały nam się wszystkie nazwy. Instruktor, nie zmartwiony tym faktem, nawijał dalej – Myślenickie Turnie, Kondracka Przełęcz, Goryczkowa Czuba. Po tej ciągnącej się w nieskończoność lekcji, w pamięci pozostała mi jedna nazwa, którą zdążyłam zapomnieć zaraz po powrocie na bazę. Koniec przerwy, czas na Kasprową Średnią. Muszę przyznać, że była świetnie zaporęczowana przez… ah, precz ze skromnością – przeze mnie ?. Nareszcie! Pierwsza przeszkoda na drodze do naszej upragnionej karty pokonana. Jeszcze tylko doczłapać się do tego samochodu, który jak na złość chyba się przesunął dalej niż go zaparkowaliśmy.

10

Drugiego dnia poznaliśmy obrzydliwie długi kilometr w Dolinie Kościeliskiej (niektórzy zwą go nieco wulgarniej) wśród owiec, juhasów i tłumów turystów. Przygotowani na wyjście do Pod Wantą i do Wielkiej Litworowej, z wypakowanymi po brzegi plecakami, wyglądaliśmy dosyć nietypowo. Pierwszym przystankiem na drodze do planowanych jaskiń był Przysłop Miętusi, gdzie poznaliśmy kilka kolejnych nazw związanych z otaczającym nas górotworem. Kolejny topograficzny przystanek – Kobylarz. Tylko ze słyszenia wiedzieliśmy co nas czeka dalej. Wędrówka przez Kobylarzowy Żleb bije wszystkie moje dotychczasowe wspomnienia z gór na głowę. Zapada cholernie w pamięć – przepiękne skały, niesamowite widoki, , litry wypitych płynów i to wywołujące łzy w oczach trawiaste wypłaszczenie na koniec. Brzmi to pewnie zwyczajnie i nieco tkliwie, jednak tylko do momentu, gdy nie poczuje się tego na własnym ciele i nie zobaczy na własne oczy.

W końcu dotarliśmy do jaskini Pod Wantą. Zajęło nam to jedynie 4h. Księżniczka (taką ksywę otrzymała Agatka) rozpoczęła swoją długą przygodę z poręczowaniem. Za nią poszedł Emek, Lotnik (SŚ), Żaku i na końcu ja. Zjeżdżało się bardzo przyjemnie, wychodziło nieco gorzej. Po pokonaniu dziury postanowiliśmy zanieść swoje rzeczy pod planowaną na następny dzień Wielką Litworową.

17

Po tych 2 dniach spędzonych w górach, dostaliśmy nieprzyjemnego, deszczowego kopniaka od matki natury, który zdecydowanie nie motywował do działania i jakichkolwiek wędrówek (chociaż z drugiej strony – mogliśmy trochę odpocząć). Lało cały dzień, nasze planowane wyjście zostało przełożone na kolejny. W ten sposób dzień 3 minął nam na błogim lenistwie i odpoczynku.

Czas wrócić do rzeczywistości. Czwartego dnia, za oknem zalotnie uśmiechało się do nas słońce, a w oddali widać było góry pokryte śniegiem. Gdzie indziej moglibyśmy ruszyć, jak nie w ich stronę? Całe szczęście, że tego dnia szliśmy na pusto. Na początek czekał nas godzinny spacer z panem Jankiem z TPN, który przekazał nam wiele naprawdę ciekawych informacji o Tatrach. Po wycieczce ruszyliśmy w stronę znanego już nam Przysłopu Miętusiego. Od Skoruśniaka aż po Wielką Litworową mieliśmy przyjemność obcować z wszystkimi porami roku – obóz letni, data prawie jesienna, pogoda zimowa a nastroje iście wiosenne. W dziurze okazało się być cieplej niż na zewnątrz.

Jako, że między grupami wytworzyła się nieformalna rywalizacja, Żaku podjął się poręczowania i miał zamiar zrobić to szybciej niż dnia poprzedniego Mariusz z Adamem. Dostaliśmy od Emka 2h na dojście do Sali pod Płytowcem. Przed nami było 208m deniwelacji. Chyba dla każdego z nas był to rekord głębokości. Zjechanie na dół poszło nam naprawdę sprawnie, ostatnia osoba stanęła we wspomnianej wcześniej sali dokładnie 1h58min po rozpoczęciu akcji. Od razu Żaku rozpoczął swoją drogę powrotną, za nim ja. Uczyliśmy się taktyki deporęczowania – kto na kogo i gdzie czeka, kto bierze wory, kiedy, gdzie i komu je przekazuje. Dzięki tej lekcji akcja poszła bardzo sprawnie. Po 5h byliśmy wszyscy z powrotem pod otworem. Szkoda tylko, że przebieranie się po akcji nie należało do naszych mocnych stron, bo ekipa z Pod Wantą właśnie wyruszała w stronę bazy.

Plan na dzień piąty – Czarna. Uśmiechy na twarzach, bo w końcu mówią (i z mapy wynika) że to niedaleko. Niedaleko, ale jak stromo! Poręczowaniem wlotówki zajął się przygarnięty przez naszą grupę Lotnik ze Speleoklubu Świętokrzyskiego. Na początek długi zjazd, potem wspin w moim wykonaniu, aby dostać się do partii Techuby. Tam byliśmy w najniższym punkcie jaskini. Obeszliśmy sporą ilość małych korytarzyków i długich pochylni, wykorzystując nielubiane przez niektórych techniki nielinowe. Po wyjściu z wspomnianych wcześniej partii Agatka rozpoczęła wspinaczkę w stronę otworu nr 2. Na koniec zjazd na powierzchni po skale i już byliśmy z powrotem przy naszych plecakach. Poszło nam tak szybko, że zdążyliśmy jeszcze na obiad do Józefa.

Ostatni dzień I turnusu spędziliśmy na wycieczce bardziej topograficznej niż wyjściu jaskiniowym (choć jaskinia też była). Zaatakowały nas ogromne ilości nowych nazw na drodze do Koprowej Studni, a my z zaciśniętymi zębami staraliśmy się je zapamiętać.

Poręczowanie jaskini przypadło w zaszczycie mi. Nie była to najlepiej obita jaskinia jaką widziałam, do tego w jej połowie zalegała spora ilość śniegu i musieliśmy zjechać inną drogą, gdzie niespodziewanie potrzebna była plakietka. Wysokość, na jakiej znajdowała się jaskinia sprawiła, że ograniczyliśmy ilość zabieranego sprzętu do minimum, w związku z czym nie mieliśmy nadmiarowych plakietek. Dzięki temu jednak mieliśmy okazję zakosztować improwizacji jaskiniowych w wykonaniu naszego instruktora. Podczas zejścia Magda została zaatakowana przez Żaka kamieniem i oberwała w bark, dlatego zdecydowała że w połowie jaskini wychodzi na powierzchnię. Na dnie, zanim wszyscy zeszli zdążyliśmy mocno zmarznąć, a na dodatek Agatka próbowała otruć uczulonego na paprykę instruktora, częstując go kanapeczką. Na szczęście wszyscy przeżyli to przejście, nawet Agatka, choć od Emka biła chęć uduszenia jej.

Tatry… cóż mogę powiedzieć – nie było tak źle. Powiem więcej, było świetnie! Zakochałam się co najmniej kilkukrotnie podczas tego obozu. Moją największą, prawdziwą miłością pozostanie jednak Kobylarzowy Żleb. Nie mogę przysiąc mu wierności, ale obiecuję że wrócę, wrócę na pewno. Wtedy będą łzy szczęścia, rumieńce, zadyszka… będziemy wspominać nasze pierwsze spotkanie – letni obóz taternictwa jaskiniowego SCW.

Tekst: Aleksandra Szczęsna

Pierwsza Dziura – Kurs 2013

Po trzyletniej przerwie wrocławski SpeleoClub rozpoczął nową edycję kursu taternictwa jaskiniowego. Jego początek przypadł na 27 lutego 2013. Po dwóch tygodniach przyszedł czas na „pierwszą dziurę”, czyli zapoznawczo-integracyjny, weekendowy wyjazd do Jury Krakowsko- Częstochowskiej. Miał on na celu pokazać kursantom inny świat, jakim są podziemne groty oraz zapoznanie z nielinowymi technikami poruszania się po jaskiniach. Przy okazji wizyta na Jurze miała pomóc niezdecydowanym w podjęciu decyzji, co do kontynuacji kursu.

3

Do Podlesic, gdzie znajdowała się baza wypadowa zjechała się rekordowa liczba osób. Co niektórzy,  bardziej  zniecierpliwieni  na  miejscu  pojawili  się  już  w  piątek  wieczorem,  jednak  większość  przybyła następnego dnia rano. W sobotę o 10:00 wszyscy zwarci i gotowi wyruszyli w kierunku pierwszego celu, jakim była jaskinia  Berkowa.  W  tym  jednak  przypadku  właściwszym  określeniem  byłaby  nora.  Aby  pokonać  ok.  55  metrową poziomą dziurę należało przeczołgać się niskim i ciasnym korytarzem, mijając po drodze kilka większych i mniejszych salek, wychodząc na końcu szczeliną ukrytą pod skalnym nawisem.

2

Drugim  miejscem,  jakie  odwiedzili  kursanci  była  mało  znana jaskinia Pastusia. Tu również należało wykazać się sprawnym czołganiem, tym razem jednak na boku, ponieważ tylko w taki sposób można było pokonać korytarz prowadzący do niewielkiej salki  na jego końcu.  Nowy  element  w  technikach,  nielinowych jakim jest zapieraczka, pojawił się w kolejnej dziurze, Sulmowej. Tu, oprócz krótkiego odcinka poziomego, należało przebyć kilkumetrowe odcinki  pionowe. Wykorzystując wcześniej wspomnianą zapieraczkę, wszyscy kursanci pokonali niełatwą  drogę  w  dół,  poruszając  się po  śliskich  ścianach  groty.  Na dole czekała  nagroda  w  postaci  pierwszych  napotkanych  latających  myszy,  które  w  bezruchu wisiały nad ich głowami. Zwieńczeniem pierwszego dnia wyjazdu była jaskinia Sucha, w której można było wykorzystać zdobyte wcześniej umiejętności, przemieszczając się po licznych poziomych i pionowych korytarzach.

O  zmierzchu,  zmęczeni  ale  zadowoleni  uczestnicy  kursu,  wrócili  do ośrodka gdzie w końcu mogli coś zjeść i odpocząć. Wieczorem przyszedł czas  na  wspólną  integrację  kursantów  i  członków  SCW.  Rozmowy  i śpiew przy dźwiękach gitary trwały do późnych godzin nocnych. W niedzielę już nie tak zwarci i gotowi jak poprzedniego dnia, zmęczeni nocną  integracją  uczestnicy  wyjazdu wyruszyli  w  kierunku  kolejnych dziur,  tym razem  jednak przyjemniejszych i bardziej  obszernych. Na pierwszy ogień poszły Towarna z Dzwonnicą oraz Cabanowa. Kolejną była jaskinia W Zielonej Górze dla części osób, które musiały już wracać lub  nie  miały  ochoty  na  więcej,  ostatnia.  Najwytrwalsi  wybrali  się jeszcze w jedno miejsce, do jaskini Szmaragdowej. Tu jednak nie było tak łatwo jak w poprzednich. Większość z eksploratorów zakończyła swój marsz w połowie drogi. Tylko nieliczni dotarli do podziemnego jeziorka z krystalicznie czystą wodą, do którego prowadził trudny do pokonania wąski korytarz. Trud okazał się jednak wart widoku napotkanego na końcu.

4

Jaskinia Szmaragdowa była ostatnią odwiedzoną podczas weekendowego wyjazdu. Po wyjściu z niej i przebraniu w czyste ubrania, kursanci rozpoczęli powrót do Wrocławia. Większość na pewno jest dumna ze swoich osiągnięć, przezwyciężenia własnych słabości, strachu przed nieznanym i zadowolona ze wspólnego spędzenia czasu z innymi wariatami lubiącymi przeciskać się w podziemnych zakamarkami i oglądać nieznany i widziany przez niewielu świat.

Tekst: Krzysztof Urban
Zdjęcia: Adam Leksowski & Arkadiusz Młynarczyk

Kursowy wyjazd wspinaczkowy, 27-29.05.2011 – Kurs 2011

Jak wiadomo człowiek uczy się na błędach, własnych lub cudzych. Z tego też względu, ku przestrodze innych kursantów, relację podzieliliśmy na dwie części, to co zrobiliśmy źle i to co zrobiliśmy dobrze.

01

Część pierwsza – to co było źle:

  • Pierwszego dnia Arek zaspał i nie dojechaliśmy na czas
  • Arek tuż przed wyjściem do Jaskini Józefa udał się do kuchni i wrócił z przeciętym na pół lonżem
  • Kaśka zdemontowała drogę innym wspinaczom, zbierając ich kości
  • Arek złoił drogę bez asekuracji, bo źle osadził kości
  • Kaśka złoiła drogę bez asekuracji, bo nie słuchała komend
  • Adam zaklinował się w kominie, a Arek kazał mu krzyknąć: „mam auto”
  • Zapiliśmy i zaspaliśmy drugiego dnia
  • Arek, wracając z jaskini, pojechał jednokierunkową pod prąd
  • Justyna nie miała butów wspinaczkowych
  • Pyka przy głównym stanowisku wpiął się w lonżę Arka
  • Adam uznał, że stopy Arka to dobre stopnie na nogi i wykorzystywał je w czasie wspinania
  • Justyny było za mało
  • Justyna z Kaśką zgubiły kość na drodze
  • Wszyscy co najmniej raz zaliczyli glebę na płaskim
  • Padał deszcz
  • Adrian usilnie unikał asekuracji
  • W Jaskini Józefa zabrakło nam liny przy poręczowaniu (ale niedużo)
  • Maślanka przyjechała drugiego dnia, po czym po 30 minutach wróciła do Wrocławia
  • Kombinowaliśmy jak uciec z zajęć do Michałowej
  • Wyzywaliśmy innych wspinaczy od pedałów skałkowych

03

Część druga – to co było dobrze:

  • Kaśce raz wyszło założenie stanowiska
  • Przeżyliśmy.

Koniec

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

PS. Lista dróg:

  • Mała grań: 4. (droga nie ma nazwy) – trudność III , 5. (droga nie ma nazwy) – trudność IV,
  • Zegarowa: 14. Ostatnia – trudność IV+,
  • Biały filarek: 1. Biały filarek – trudność III, 2. (droga bez nazwy) – trudność IV,
  • Brzuchata turnia: 40. Przez różę – trudność IV, 43. komin – trudność III, 44. Wiara – trudność VI+,
  • Turnia kursantów: 14. Rysa Rzeszutki – trudność V,
  • Leśna Turnia: 19. Ścianka ekiperów – trudność IV,
  • Kruk: 12. rysa – trudność IV
  • Blocheńska: 5. rysa – trudność IV

05

Uczestnicy:

  • Instruktor: Adrian Waluszczyk
  • Kursanci: Arkadiusz Młynarczyk, Adam Pyka, Katarzyna Szymczak, Justyna Wołowiec

06

Tekst: Arkadiusz Młynarczyk, Katarzyna Szymczak

Zdjęcia: Adrian Waluszczyk

Wyjazd kursowy na Jurę, wraz z egzaminem, 21-22.05.2011 – Kurs 2010

W sobotę rano, po dotarciu na miejsce i rozbiciu namiotów, gdzieś około godziny 11, kursanci, klubowicze i instruktor, udali się pod skałę Biblioteka. Tego dnia do około godz. 18 ćwiczone było poruszanie się po linach. Przy okazji odbył się egzamin praktyczny kilkoro z kursantów (węzły, przygotowanie do wyjścia na akcję, autoratownictwo…). Dodatkowo w komisji, oprócz naszego klubowego instruktora (Michał Konarski), było dwóch instruktorów z zewnątrz. Byli to Mirek Latacz i Agata Maślanka (oboje AKG AGH). Po godzinie 18 zmiana miejsca. Udaliśmy się pod skałę. Tu odbył się egzamin ze wspinaczki jednego z abiturientów. Egzaminował goinstruktor wspinaczki, Adrian Waluszczyk. W między czasie kilku klubowiczów skorzystało z okazji, łokąc kilka dróg. Wieczorem część pisemna egzaminu dla zainteresowanych, a dla reszty ognisko z kiełbaskami. Jeszcze bez poznanych wyników, ani nawet pytań, po minach egzaminowanych, widać było, iż tegoroczny egzamin nie był błahostką. Symbolem tego było spalenie notatek w ognisku.

27

Drugi dzień to czas na poręczowanie, również na Blibliotece. Poręczowanie i reporęczowanie, wielokrotnie powtarzane przez kursantów, powoli, ale widocznie zbliżało ich do opanowania tej trudnej sztuki. Zdarte kolana i obolałe ręce, świadczyły o tym ile ich to kosztowało. Jednak tym samym zasłużyli sobie na pochwałę instruktora. Zajęcia trwały do około 15.

Po drodze na bazę, tradycyjnie, przystanek na osławiony placek po węgiersku. Po tym tylko zwinięcie obozu i w drogę powrotną do Wrocławia.

Uczestnicy:Instruktorzy: Michał Konarski (SCW), Mirek Latacz i Agata Maślanka (oboje AKG AGH), Adrian Waluszczyk (wspinaczka), Klubowicze:AdamLeksowski, Kasia Filipiak, Robert Zaremba, Tomasz Utkowski, Kursanci: Magda Nakonieczna, Justyna, Krystian, Dorota Kopeć, Maciej Wasilewski, Arek Młynarczyk, Kasia Szymczak, Marcin, Tomasz.

Tekst i zdjęcia Tomasz Utkowski

Zimowy obóz kursowy, 21-24.02.2011 – Kurs 2010

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Dzień pierwszy

Mimo że pierwsi kursanci i klubowicze byli na bazie w Kirach już w sobotę wieczorem, to obóz na dobre rozpoczyna się dopiero w poniedziałek wyjściem do Jaskini Miętusiej. Dzielimy się na dwie grupy – poręczującą, w składzie: Konar (instruktor), Krystian, Magda, Justyna (kursanci), Adam, Kasia, Sebastian, Grucha (grotołazi asystujący), oraz reporęczującą: Stahoo (drugi instruktor), Kasia, dwóch Piotrków (kursanci), Maciek i Michał (taternicy jaskiniowi), Sebastian (Żydu). Pierwsza grupa wychodzi około 8:00, a druga ma mieć dwugodzinne przesuniecie.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Już koło Harnasia w Kirach nasz instruktor Stahoo rozpoczyna psychologiczną wojnę z kursantami. Dowiadujemy się między innymi że: „Wycofanie się nie jest wstydem ale wycofanie się za późno bywa głupotą”. Póki co nikt jednak nie odpuszcza i przed 11:00 wchodzimy do Doliny Kościeliskiej, dalej przez Bramę Kantaka, Wyżnią Kirę Miętusią i Drogę Nad Reglami (kursanci zapamiętują nazwy topograficzne:-) wchodzimy do Doliny Miętusiej. Po drodze robimy przystanki na Stahowe prelekcje terenowe. W efekcie dochodziny pod Miętusią i ruszamy w dół Rury dopiero o 13:00.

KONICA MINOLTA

W Wiszącym Syfonie jest niewiele wody (co potwierdza niedzielne relacje klubowiczów że w masywie jest sucho), dzięki czemu na sucho i w miarę szybko docieramy przez Kaskady do Błotnych Zamków gdzie czeka na nas Konar, a reszta pierwszej grupy już wychodzi z Wielkich Kominów. Czekamy aż wszyscy nas miną i ruszą dalej w górę, a Stahoo urozmaica nam czas opowieścią jak to kiedyś zgubili kursanta w jaskini. Nasi kursanci jednak nie dają się zastraszyć niecnym opowiastkom, nadal nikt nie myśli o powrocie. Bardzo szybko docieramy na dół ostatniego zjazdu w Wielkich Kominach, dalej już tylko syfon na głębokości -213m (dla niektórych rekord głębokości w tym dniu). Kilka chwil na dole aż ostatnia osoba zjedzie i czas ruszać w górę.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Plan Żyda wygląda tak żeby ciągle napierać do góry, bez przestojów, na pełnej parze, tak na 70%. I ruszyli! Zespół rozciągnął się nam od Sali bez Stropu aż po dno Wielkich Kominów. Dwaj Piotrkowie robili reporęcz, a Kasia z Maćkiem przejęli pierwszy z worów i ruszyli w górę przez Rurę. Pierwsze trio (Kasia, Maciek, szpej) ze względu na mało przyjazne warunki panujące w Rurze dość szybko dotarło do otworu i po 21 zgłosiło na bazie wyjście z dziury. Wkrótce na powierzchni pojawili się kolejno Stahoo i obaj Piotrkowie, a potem długo, długo nic… Michał trochę się przytkał w Rurze, ale z pomocną dłonią (od tyłu) Żyda udało mu się wyczołgać przez Rurę i po 23 byliśmy już wszyscy na powierzchni. Żeby przebrani nie marzli dłużej pod otworem Maciek z kursantami ruszyli spowrotem na bazę a Stahoo poczekał na przebranie się Michała i Żyda. Na bazę dotarliśmy przed pierwszą, witani przez Konara, pozostałą część kursu i kanapki. Niedługo później doszli do nas Stahoo z Michałem i Żydem. Pierwszy dzień obozu można uważać za zakończony. Miętusia – zdobyta, rekord głębokości – osiągnięty, Rura – przetkana.

Dzień drugi

W ramach uzupełnienia sił po wczorajszej akcji w Miętusiej która dla części zespołu skończyła się właściwie dzisiaj Konar pozwolił nam pospać chwilę dłużej. Wszyscy wstali w dobrych nastrojach w końcu czekała nas łatwa i przyjemna wyprawa do jaskini Kasprowej Niżnej. Przy śniadaniu toczyły się dziwne rozważania odnośnie akcji w Miętusiej, temat: Ciągnąć od góry czy pchać od tyłu?.

3

Mimo pełnej mobilizacji wszystko dzisiaj próbuje nas opóźnić. Najpierw Krystianowi auto postanawia nie odpalić, potem na naszej drodze nieoczekiwanie wyrasta mała i przytulna knajpka z takim sobie jedzeniem, w końcu wałbrzyscy grotołazi wyprzedzają nas w wyścigu do otworu. Mimo „niezwykle trudnego” podejścia jesteśmy jednak pierwsi. Lodową ślizgawką zjeżdżamy do pierwszej sali zwanej przez nas przebieralnią. Dalej trzy małe i ciasne otwory, tutaj krótkie wspomnienie miętusiej rury i już idzie się lepiej, wiemy że nic gorszego niż wczoraj nie może nas spotkać.

4

Dochodzimy do progu, moje pierwsze nieporadne poręczowanie i możemy iść a raczej zjeżdżać. Dalej grupa się rozdziela, część udaje się w Partie Gąbczaste, a my idziemy do syfonu Danka. Kolejne odcinki linowe, czołganie się w piaskach Gniazda Złotej Kaczki i już jesteśmy na długim chodniku. Ku rozczarowaniu niektórych klubowiczów niestety nie ma w nim wody, pozostajemy więc w naszych kombinezonach i udajemy się dalej do Sali Rycerskiej. Duch eksploracji części kursantów prawdopodobnie zgubił się dzisiaj gdzieś między jedną salą a drugą, bo do syfonu Danka docieramy w nieco okrojonym składzie. Szkoda ale na dzisiaj musimy już kończyć bo coraz więcej osób zaczyna mówić o obiedzie w naszej ulubionej knajpie, której nazwy nie będziemy tutaj wymieniać ze względu na zaistniałe później okoliczności.

Dzień trzeci

W środę w planach mieliśmy szkolenie z ochrony przyrody w TPNie. Niestety przez wspomniane już „zaistniałe okoliczności” część z nas nie była w stanie w nim uczestniczyć. Krótko mówiąc poprzedni wieczór i noc minęły nam na walce z zarazą która rozłożyła część kursantów, klubowiczów a nawet niezniszczalnego instruktora (okazuje się, że instruktor też człowiek 🙂 Nie mniej jednak ta część z nas która była na szkoleniu bardzo sobie je chwaliła. Polegało ono na spacerze po Dolinie Kościeliskiej z licznymi przystankami na pogawędki o florze, faunie oraz geologii. Były nawet drobne upominki w postaci czasopisma Tatry. Reszta dnia minęła leniwie i restowo. Pora podładować bateryjki na ostatnią jaskinię w planie.

1

Dzień czwarty

Ponieważ większość z nas była zmęczona żołądkowymi rewelacjami, a że brakowało jeszcze jednej jaskini do kompletu przejść zimowych, w czwartek Konar postanowił zabrać nas do Jaskini Zimnej. Grupa kursowa trochę się wykruszyła, ponieważ Justyna zmożona przywiezioną jeszcze z Wrocławia chorobą opuściła obóz.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Uszczuplona została również kadra instruktorska gdyż poprzedniego dnia wyjechał Stahoo. Pozostał Konar i pięciu kursantów, czyli komplet. Korzystając z uprzejmości i sznurków klubu z Wałbrzycha poszliśmy do Zimnej na lekko bez worów.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Konar przewidział dojście za Próg Wantowy i ćwiczenia ze wspinaczki jaskiniowej na Błotnym Progu. Tak jak w Kasprowej Niżnej tak i w Zimnej poziom wody był bardzo niski. Wszędzie dało się przejść brodząc bez konieczności zapieraczki, a Ponor był całkiem bez wody. Ćwiczenia z wspinaczki poszły dość pomyślnie. Błotny Próg był bardzo niebłotny i prawie wszyscy kursanci pokonali go w pięknym stylu wspinaczki jaskiniowej. Kawałek dalej grupa kursantów zawróciła po dojściu za Próg Wantowy a grupa asystująca kontynuowała eksplorację aż do Chatki. Chatki nie było, pozostało tylko trochę drewna i starych puszek. Powrót zahaczył już o zmierzch, a wieczór spędziliśmy na imprezie pożegnalnej połączonej z oglądaniem filmów produkcji SCW i nie tylko.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Część oficjalną obozu zimowego uznaliśmy za zakończoną. Części nieoficjalnej nie będę już tutaj opisywać. Kiry i Tatry opuściliśmy w sobotę. Po tygodniowym wyjeździe pozostało wiele wspomnień, zdjęć oraz chęci na eksplorację innych tatrzańskich jaskiń na obozie letnim. Termin jeszcze nie ustalony ale lista chętnych już otwarta.

Tekst: Kasia i Maciek

Zdjęcia: Sławomir „Grucha” Zieliński i inni