Jubileusz XXV-lecia SCW, 26-27.09.2015

Speleoclub Wrocław istnieje już od blisko ćwierć wieku! Taka okrągła rocznica to kolejny dobry powód by się spotkać. Impreza jubileuszowa odbyła się w dniach 26-27 września 2015 w ośrodku Szczelinka w miejscowości Pasterka w malowniczym otoczeniu gór Stołowych.

Impreza rozpoczął dzielnie nam panujący prezes Tomasz Utkowski J. Po kilku słowach wstępu zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie rodzinne.

25 lat

Dalsze atrakcje, jakie spotkały nas w tym dniu to między innymi:
– selfi prawdziwa historia!
– filmy, pokazy slajdów, wspominki związane z działalnością SCW
25 lat pokaz
– atrakcje dla najmłodszych
25lat dzieci
– koncert klubowego zespołu „Chałos25lat

25 lecie

– tańce i biesiada do białego rana
25lat2

Impreza miała charakter bardzo rodzinny, oraz międzyklubowy. Była to dobra okazja do spotkań po latach i wspomnień. Na jubileusz dostojni goście przyjechali w bardzo licznym gronie z różnych zakątków naszego kraju (poniżej trochę statystyki):

–   2 kinder niespodzianki 😉 (w brzuszkach swoich mam)
–   7 dzieci w wieku 0-2
–   9 dzieci w wieku 3-6
– 80 osób w wieku 7+

Jak widać odmładzamy swoje szeregi!

Zapewne czeka nas wiele jeszcze nie mniej okrągłych jubileuszy. Dziękuje za liczny udział w tym wydarzeniu, do zobaczenia na kolejnych.

Z Taternickim Pozdrowieniem

Magdalena Sikora – współorganizatorka

 

Ps. Na Jubileusz zostały przygotowane specjalne okolicznościowe koszulki, jeżeli ktoś byłby zainteresowany ich kupnem to proszę o kontakt [speleo@scw.wroc.pl] lub pytać w klubie.

koszulka

Półkolonia linowa „Sport to nie tylko piłka” 11-12.07.2015

W dniach 11-12 lipca 2015 roku członkowie naszego klubu (Aleksandra Robak, Mariusz Robak oraz Grzegorz Lubelczyk) wspomagali Stowarzyszenie Kulturalno-Edukacyjne Pasikonik przy realizacji dwudniowych zabaw linowych dla dzieci pod hasłem „Sport to nie tylko piłka”.

10 lipca popołudniu dojechaliśmy do wsi Kocina w gminie Sośnie (woj. wielkopolskie). Od razu poszliśmy rozejrzeć się po okolicy. Zaplanowaliśmy rozmieszczenie wszystkich planowanych zabaw. 11 lipca wczesnym rankiem udaliśmy się na montowanie uciech linowych dla dzieci.

Zorganizowaliśmy tyrolkę, most linowy, slackline oraz pajęczynę.

Największą popularnością cieszyła się tyrolka. Większość dzieci nie miało najmniejszych problemów z pokonaniem strachu związanego z wysokością. Cierpliwość i dokładne tłumaczenie wszystkiego przez Mariusza, sprawiała cuda nawet u tych mniej pewnych zjazdu dzieci. Wszyscy wracali z wielkim uśmiechem na twarzy i hasłem na ustach: „ja chcę jeszcze raz”.

Kocina 2015 Kocina 2015

 

Najwięcej śmiechu i radości przynosił slackline. Dzieciaki chętnie próbowały swoich sił i ćwiczyły swój zmysł równowagi. Każdy upadek na materac dodawał motywacji do kolejnego podejścia.

Kocina 2015

Kocina 2015

Pozostałe atrakcje, czyli pajęczyna i most linowy, także bardzo podobały się uczestnikom półkolonii.

IMAG1713 IMAG1725

Drugiego dnia, wcześnie rano, wyruszyliśmy autokarem z Kociny w Sokoliki. W czasie podróży nie obyło się bez wcinannia chipsów i słodychy oraz oczywiście związanych z nimi przebojów żołądkowych. Dojechaliśmy cało na miejsce i podzieliliśmy się na 2 grupy. Pierwsza poszła na długą wycieczkę po okolicy, a my ruszyliśmy w stronę Sokolika.

Mariusz i Gzej od razu przystąpili do montażu dwóch planowanych na dzień dzisiejszy atrakcji: trasy wspinaczkowej oraz stanowiska do zjazdu. W tym czasie ja przybliżałam dzieciom technikę wspinaczki, opowiedziałam o sprzęcie używanym w czasie uprawiania tego sportu oraz ubrałam naszych małych amatorów sporów ekstremalnych.

DSC_0380 (Medium)

Wspinaczka była dla niektórych dzieci wielkim wyzwaniem, a dla innych zupełną „pestką”. Każdy jednak był zadowolony z tego, co udało mi się pokonać. W trakcie naszych zabaw, na Sokoliku pojawili się także Kasia i Maciek Wajda, którzy wsparli nas swoją pomocą.

Kocina 2015 DSC_0391 (Medium)

Zjazd linowy obsługiwał Gzej. Przy tym zadaniu było już dużo więcej strachu niż przy wspinaczce. Nie każdy zdecydował się na zjazd, jednak Ci którym udało się pokonać strach, byli z siebie bardzo dumni.

DSC_0411 (Medium)

Za każdą pokonaną przeszkodę linową, dzieciaki dostawały na imiennym dyplomie pieczątkę z literą, które wspólnie utworzyły hasło: CZEKAN. Zagadką dla dzieci było odgadnięcie co to hasło oznacza.

Usłyszeliśmy:
„Może coś od czekania?”
„Ale na co my czekamy?”
„To jakieś zwierzę? Jak Tukan?”

Z małymi podpowiedziami, w końcu udało się odgadnąć hasło. Dzieciaki wróciły do domów przepełnieni wrażeniami i przekonani, że „sport to nie tylko piłka”!

Tekst: Aleksandra Robak
Zdjęcia: Aleksandra Robak, Katarzyna Wajda

Onkoigrzyska – Zabawy Linowe – 4.06.2011

4 czerwca już po raz czwarty odbyły się Onkoigrzyska, zorganizowane przez AWF, fundację „Na Ratunek” oraz Akademię Medyczną. Uczestnikami imprezy byli pacjenci wrocławskiej Kliniki Onkologii i Hematologii Dziecięcej, którzy przez całą sobotę zmagali się z olimpijskimi dyscyplinami: pływaniem, biegami, skokami w dal.

03

04

Po raz pierwszy w całej akcji brał udział Speleoclub. Tym razem naszym głównym celem nie było zdobywanie kolejnych metrów jaskini, ale sprawienie jak największej frajdy dzieciakom. Kiedy uczestnicy zawodów udali się na basen, żeby wziąć udział w kolejnych zawodach, my sprawnie i szybko rozpięliśmy między drzewami liny, tworząc minipark linowy.

05 06

Nie musieliśmy czekać długo, już sam widok lin, karabinków i reszty klubowego sprzętu przyciągnął do nas małych uczestników zawodów. Zaczęła się zabawa! Zapał dzieciaków był ogromny. Niektórzy przechodzili całą trasę kilkakrotnie i nadal chcieli więcej. Kilkoro dzieci lekko przeraziła zrobiona przez Adama tyrolka, jednak zdecydowana większość już tego samego dnia była gotowa zapisać się na kurs taternictwa jaskiniowego. Niestety będziemy musieli poczekać na nich jeszcze parę lat 🙂

08

15

Całe popołudnie upłynęło dzieciom na pokonywaniu zrobionych przez nas mostów linowych, tyrolki, pionowej liny, a żeby nie było zbyt łatwo, pojawił się nawet zacisk w postaci długiego tunelu. Na wszystkich, w ramach nagrody, czekały przyniesione przez Magdę cukierki.

18

19

Okazało się, że nie tylko z jaskiniami potrafimy sobie poradzić, nie przeraża nas też zgraja dzieciaków w uprzężach biegająca po linach. Mam nadzieję, że nasz udział w onkoigrzyskach stanie się tradycją, a nasi młodsi koledzy będą dalej tak dzielni, jak w tą sobotę.

27

39

Udział wzięli:

  • Klubowicze: Adam Leksowski, Krzysztof Kubis, Marta Maślanka, Sebastian Sobczyk, Maciej Wajda.
  • Przyjaciele klubu: Sebastian Czwor (SGW), Boski Fernando.
  • Kursanci: Arkadiusz Młynarczyk, Magda Sikora, Katarzyna Szymczak.
26 30

Tekst i zdjęcia: Kasia

„Złoty karabinek” okiem zawodniczki

Po wielu tygodniach deszczowej szarugi i iście listopadowych temperatur nastał wreszcie dzień słoneczny i bardzo ciepły. Aż dziw brał, że natura nie zapomniała jeszcze, jak powinien wyglądać czerwiec. Serce radowało się więc na samą myśl, o spędzeniu tego dnia w kamieniołomie o wdzięcznej nazwie „Gruszka”.

Teraz czekał nas samochodowy rajd po ulicach Wrocławia czyli zbieranie współuczestników wyjazdu – Kornela i Kazia. Miały być jeszcze dwie dziewczyny – Ola i Gosia, ale widać wystraszyły się, czy to poziomu zawodów, czy mnie – nie wiem 😉 W ten sposób w czteroosobowym składzie jechaliśmy godnie reprezentować Speleoclub Wrocław i Sekcję Wspinaczki Linowej PWr na 16 Mistrzostwach Polski w Technikach Jaskiniowych. Ja i Adam braliśmy już udział w zawodach w zeszłym roku, natomiast dla Kornela miał to być ten pierwszy raz. Emocji było co niemiara, całą drogę przerzucaliśmy się pomysłami na przejście różnych trudności linowych i dobrymi radami. Kaziu – nasz wieloletni trener i mentor – choć nie zamierzał startować w zawodach, był równie przejęty jak my. Nic dziwnego, przecież jesteśmy jego przyszywanymi wnukami ;)Przygoda zaczęła się właściwie już o 6 rano w sobotę, kiedy to przeraźliwie zaskrzeczał budzik. Najpierw jeden, potem drugi, a potem kot za drzwiami sypialni. Nie było wyjścia, trzeba było zwlec się z łóżka. Budzik do się wyłączyć, ale kota wyłącza się tylko otwarciem drzwi. I tu zaczęły się przedwstępne eliminacje do zawodów w Wojcieszowie – bieg do łazienki, pakowanie plecaka na czas, masowa produkcja grzanek, upychanie jedzenia w torbie i przepychanie się z Adamem w wąskim korytarzu. Uff, tradycyjnie z dziesięciominutowym poślizgiem udało nam się wybiec z domu.

Po około dwugodzinnej jeździe dotarliśmy do Wojcieszowa. Kamieniołom stał w tym samym miejscu, co w zeszłym roku, a polna, mocno wznosząca się droga do niego ponownie pokazała naszemu autu język. Ale nic to, przynajmniej mieliśmy spacer na rozgrzewkę.

Byliśmy przed czasem (niewiarygodne!), organizatorzy dopiero rozstawiali namioty i punkt pierwszej pomocy, ale sznurki na skalnych ścianach już wisiały. Zajęliśmy więc dogodne miejsca obserwacyjne i zaczęliśmy snuć domysły na temat przypuszczalnego przebiegu trasy. Słońce przygrzewało już mocno, ale wówczas jeszcze bardzo nas to cieszyło. Z biegiem czasu kamieniołom zaczął wypełniać się ludźmi: przybywali nowi kibice, a na listę startową zapisywali się kolejni zawodnicy. Ostatecznie nastąpiło nieoficjalne otwarcie imprezy w postaci losowania kolejności startowej. Dla panów przewidziano eliminacje i trasę główną, dla pań – z powodu ogromnej liczby trzech sztuk – tylko tę ostatnią.

Nareszcie się zaczęło. Chłopaki startują parami na równoległych trasach, choć i tak liczy się tylko czas. Najpierw krótki bieg po łące i po niebyt stabilnym piarżysku ostro pod górę. Tu wpięcie w linę i zasuwanie jakiś pięciu metrów do przepinki. Po niej znów dziesięć metrów ostro w gorę i kolejna przepinka, a za nią po paru kolejnych metrach chwila oddechu i przepięcie do zjazdu. I znów przepinki, aż wreszcie wypięcie się z liny i dziki galop w dół do mety. Większości zawodników trasa poszła bardzo sprawnie. Użytkownicy „kostkowców” zaprezentowali efektowne biegi po ścianie, które zdumiewały prędkością pokonywania wysokości. Również zjazdy przypominały te z filmów o komandosach. Doping był różny, jednak dla naszych zawodników nie szczędziliśmy gardeł. W efekcie Adam zajął 8 pozycję, kwalifikując się jednocześnie do finału, a Kornel zdobył wysokie 16 miejsce 🙂

Po krótkim odpoczynku dziewięciu finalistów szykowało się do decydującej walki. Wszyscy w pełnym skupieniu oglądali po raz setny trasę i powtarzali w myślach plan działania. Runda finałowa zaczynała się zworowaniem stumetrowej liny 9 mm i biegiem z worem przez łąkę oraz znanym już piarżyskiem pod górę. Tu następowało wpięcie w linę. Należało przejść przez jedną przepinkę i po kilkunastu metrach czekał już trawers z dwukrotnym przepinaniem. Na jego końcu należało wpiąć linę z dźwiganego wora i zaporęczować zjazd z dwoma przepinkami do otworu jaskini. Tam następowało wpięcie w poręczówkę, porzucenie balastu i galop przez korytarz, a po wybiegnięciu drugim otworem wpięcie do wychodzenia. Po osiągnięciu przepinki zjeżdżało się z powrotem do drugiego otworu, znów po poręczówce do wejścia. Zabranie wora, za którym się wcale nie tęskniło i droga powrotna w górę z reporęczowaniem. Trzeba tu dodać, że pierwsza przepinka wymagała efektownego wahnięcia przy zakładaniu, toteż w drodze powrotnej zwykle powodowała równie widowiskowe wahadło. Po dotarciu do głównego punktu należało zrobić elegancki wycof do podnóża skał jednym ze sposobów „na złodzieja”. Na dole szybkie pakowanie liny do worka i zbieg piarżyskiem do specjalnie przygotowanego tunelu – zacisku, wypełnionego żwirkiem i wodą dla spotęgowania przyjemności podczas przeciskania się. Aby zawodnik nie czuł się samotny i zagubiony pod ziemią, organizatorzy wstawili w dwóch miejscach „stropu” szyby. Po wyczołganiu się z dziury pozostawał tylko szaleńczy podbieg do linii mety.

Obejrzeliśmy występy jeszcze siedmiu zawodników. Zaskakująco wielu zapominało o zlikwidowaniu przepinek podczas reporęczowania! Do tego każdy dorzucał jakiś magiczny patent na pokonanie trasy, co nie pozwalało się nudzić publiczności.Bieg finałowy ma tę specyficzną zaletę, że kolejni startujący oglądają przejście poprzedników i uczą się na ich błędach lub podpatrują patenty. Dlatego ci pierwsi mają zawsze najgorzej. Tak też i było w przypadku Adama. Zawodnik przed nim za wiele nie pokazał, gdyż pomylił trasę i zapomniał zreporęczować założoną wcześniej linę. Co ciekawe, był mocno przekonany, że tak miało być! Nawet zatrzymywany przez sędziów po zejściu z lin z zapałem szykował się do przejścia zacisku. Widzowie mocno się uśmiali z biedaka. Adam wystartował jako drugi. Trasę początkowo pokonywał szybko i bez problemów. Nie zapomniał o zdjęciu liny, ale wcześniej zrobił rzecz brzemienną w skutkach – wyrzucił całą linę z wora pod skały. Publiczność aż jęknęła. Lina mocno zaplątała się w krzaki. Gdy Adam zjechał na dół, sporym problemem okazało się jej ściągnięcie. Sznurek nie dość, że omotał w dziwny sposób zieleń, to jeszcze sam skłębił się w wielkie, koszmarne supły. Sporo czasu i anielskiej cierpliwości wymagało rozplątanie tej wielkiej pajęczyny. W końcu się udało. Lina wylądowała w szpeju i Adam pognał na starcie z zaciskiem. Przymierzył się i zanurkował pod kamieniami. Od głowy do pasa był już gdzieś w środku, ale nogi ciągle wierzgały na zewnątrz. Sytuacja zaczęła wyglądać dramatycznie. Ruchy robaczkowe momentami ustawały, a publiczność zaczęła się nawet martwić, czy aby coś się tam w środku nie stało. Na szczęście Adam wypełzł jakoś z powrotem. Spróbował jeszcze raz wczołgać się w innej pozycji, lecz niestety musiał się poddać. Dziura była na początku bardzo wąziutka i do tego z zakrętem… Z wielkim żalem dotarł do linii mety.

No i nastał wreszcie ten dłuugo wyczekiwany moment – start kobiet. Udało mi się wylosować ostatnie miejsce, miałam zatem okazję podziwiać najpierw zmagania pozostałych dwóch zawodniczek. Pomimo, że wszyscy śmiali się, iż miejsce na podium mamy zapewnione, to rywalizacja była zacięta i podeszłyśmy do sprawy bardzo poważnie. Dziewczyny pokonały trasę sprawniej, niż niektórzy panowie. Zastosowały sprytny patent z zaczepieniem taśmy o trawers, dzięki czemu nie musiały robić wahadła do pierwszej poręczowanej przepinki. Oczywiście pomysł był świetny i postanowiłam go również wykorzystać.

Zmagania dobiegły końca. Zwieńczeniem zawodów był występ chóru gospodyń z Wojcieszowa, po którym nastąpiło oczekiwane przez wielu ogłoszenie wyników. Co było do przewidzenia, zajęłam miejsce na podium 🙂 Drugie.Trzy! Dwa! Jeden! Start! Serce w gardle, a lina już w rękach, ósemka na końcu i szybko do wora. Czynność tyle razy już wykonywana, a nagły głupi impuls i pcham sznurek garściami, bezładnie i nieprzykładnie. Dopiero pod koniec przytomnieję, gdy Sapiech głośno stęka mi do ucha „oj, oj, niedobrze”. Trochę za późno, ale zaczynam już ładnie worować pozostałe kilka metrów liny mamrocząc cicho „mówisz, że to się zemści?” Ostatnie centymetry, dziewiątka, przypinam sobie szpeja i biegiem pod górę. Ależ ten wór ciężki, mocno hamuje mnie na podbiegu. Dopadam liny, przeklęta plątanina lonż! Pierwszy ruch, drugi, masakra, lina za nic nie chce się wybierać i niezbędna jest pomoc drugą ręką. Byle do przepinki. Lonża, croll, płanieta, lonża i znów dymanie, jezu ten odcinek chyba nigdy się nie skończy! Wypluwam płuca, z dołu dobiega donośny doping „dawaj, dawaj”. Tylko co ja mam im dać? I nareszcie trawers. Wdech. Przepięcie raz, dwa, piękny balet po ścianie z przepinaniem i dostrzegam karabinki do poręczowania. Szybko motam drugą dziewiąteczkę, bo tak mi osobisty trener szczęśliwie doradził. Chwila walki z wpięciem w karabinki, bo niefortunnie założone pod trawers, ciężko się do nich dostać. Przepięcie do zjazdu, odgapienie patentu z taśmą, zjeżdżam i jakoś dziwnie ta taśma idzie, nic mnie nie odciąga na bok, oczom nie wierzę – taśma sama wypina się z karabinka! Cholera, trudno, jak z buły to z buły. Jeden wybieg w bok, drugi i… jest, dwa palce wyrywane ze stawu trzymają za karabinek przepinki. Podziękować organizatorom, że samemu tam nie trzeba było karabinka zakładać. Siłą woli dopinam się lonżą, miażdżąc pozostałe tam palce. Nie czas na ból, zakładam przepinkę. Mega ucho przy węźle, ale nie ma czasu, szybko, szybko na dół. I zemsta worowania – lina nie chce wyleźć z wora, uwięzła gdzieś mocno w kłębowisku. Szarpię, ciągnę, w końcu podciągam worek i o dziwo wyplątuję jakoś parę metrów. Druga przepinka na skraju okapu, pokazowe zerwanie shunta pt. „jak rozbić sobie twarz”. Cudem wpycham się w otwór jaskini – lina mocno odciąga i do tego jest lekko pod górę. Poręczówka, z ulgą pozbywam się wora, lonże w dłoń aby się nie zabić po drodze i wypadam na zewnątrz. Znów znienawidzone dyganie do góry na tej przeklętej linie! Uff, na dół, kibice wrzeszczą coś zawzięcie, nawet dzieci jakieś się podłączyły. Chyba muszę być kimś bardzo znanym. Dziura, „nie zapomnij szpeja”, „nie zapomnij zdjąć przepinek”, już niedługo koniec wychodzenia. Wooow, ale super wahadło! Ja chcę jeszcze raz! A racja, trzeba zlikwidować ten bałagan na stanowisku i założyć złodzieja. Jejku, tylko żeby czegoś nie pomylić. Chwilę się motam. No ładnie, shunt wpięty do odcinka drugiej lonży! Jazda na dół, lina ciężko się przesuwa ale jakoś jadę. I znów postój na wygrzebanie splątanego sznurka. Krótka modlitwa do liny, aby udało się wyplątać dostateczną długość. Posłuchała. Przeklęte krzaki, że też musiały wyrosnąć pod samym zjazdem! Ee, teraz… No tak, trzeba się odwiązać, żeby ściągnąć sznurek. Worek na plecy i na złamanie karku po piarżysku w dół. Teraz jeszcze ściągnąć linę, wywalić resztę z wora i rozwiązać węzeł na końcu. Taa, rozwiązać, najpierw trzeba go znaleźć! Na szczęście szybko go dostrzegam. Ledwo zipię, a tłum już żąda, abym pakowała się do dziury! Wdech i wpycham głowę. Wydech, gorąco jak diabli, ciasno, byle jakoś do przodu. Auu, mam żwirek w plecach. O, jakie śmieszne twarze nad szybką. Zaraz się uduszę, jak się stąd szybko nie wyczołgam. Już widać koniec, jeszcze tylko parę pociągnięć. Udało się, meta. Co za ulga!

Najlepsi zawodnicy otrzymali trofeum wraz z odpowiedniego koloru karabinkiem oraz wielkie torby z nagrodami. Miłym akcentem były drobniejsze nagrody dla pozostałych uczestników. Po sesji zdjęciowej w mocnych promieniach chylącego się już słońca wszyscy rozeszli się w radosnych nastrojach. Znaczna część osób brała jeszcze udział w dalszych atrakcjach wieczoru, my natomiast musieliśmy już wracać. Cały dzień na słońcu dał się nam ostro we znaki, spalone twarze i karki mocno piekły. Ogromnie zmęczeni ruszyliśmy w drogę powrotną.

Tegoroczne zawody odbyły się 5 czerwca w Wojcieszowie w kamieniołomie Gruszka.

Organizator: Speleoklub Bobry Żagań

Bohaterowie relacji (lista płac):

  • Kazimierz Buchman – trener, główny fotograf, wsparcie psychiczne
  • Kornel – kolega z Sekcji Wspinaczki Linowej PWr, doping
  • Adam Leksowski – trener osobisty, drugi fotograf, doping
  • Kasia Filipek – wypożyczalnia elementów sprzętu, trzeci fotograf, doping