Zapraszamy do przeczytania relacji z wyprawy Picos de Europa 2012 opublikowanej w czasopiśmie Jaskinie 2012, numer 4 (69).
Autor: Tomasz Utkowski
Zapraszamy do przeczytania relacji z wyprawy Picos de Europa 2012 opublikowanej w czasopiśmie Jaskinie 2012, numer 4 (69).
Autor: Tomasz Utkowski
Jaskinia Wielka Śnieżna, a raczej system Wielkiej Śnieżnej jest najgłębszą i najdłuższą jaskinią Polski oraz najgłębsza jaskinia Tatr – 23 723 m długości i 824 m deniwelacji: 601m).
O Wyjeździe krążyły słuchy już od dłuższego czasu. Już przed wakacjami w Speleoclubie Wrocław rozważaliśmy jakąś większą akcję i szukałem wtedy chętnych na taki wyjazd. Jednak niestety nie znalazła się odpowiednia grupa ludzi na takie wyjście.
Do pomysłu powrócono w październiku. Znalazła się wystarczająca ilość chętnych: 12 osób!
Jednak nie wszyscy chcieli iść do jaskini. Część relaksowała się na wędrówce górskiej, a jedna osoba pilnowała czas alarmowego.
Plan był dość ambitny – przejść starego krokodyla – czyli ciasnych i mało wygodnych ciągów „pod górę” eksplorowanych w latach 60-70.
Można powiedzieć że było to przygotowanie do jeszcze bardziej ambitnego celu: trawers Wielka Litworowa – Wielka Śnieżna, których połączenia dokonano na przełomie 1995 i 1996 roku. Ponoć była to dość żmudna praca – głównie z racji warunków panujących w galerii Krokodyla. Już sam „stary” krokodyl jest dość wnerwiający – a pierwszy egzamin znajduje się dopiero w zacisku błotko, które zostało nieznacznie poszerzone – tak aby wprawny grotołaz był w stanie go przejść (rok 1992). Potem jest już tylko gorzej: na przemian pionowe studnie, szerokie, ciekawe sale i ciasne korytarze. Sic!
Początkowo wyjazd planowany był na sobotę wcześnie rano, jednak potem stwierdziliśmy że wyjedziemy w piątek wieczorem żeby się spokojnie wyspać. Można było się spodziewać że w naszej ekipie to się nie uda. Na bazę przyjechaliśmy około północy (po drodze pomagając pianym nieletnim „góralom” z rozbitym samochodem). A potem zamiast iść spać – impreza i opowieści Seby i Wiesia o czasach eksploracji Śnieżnej.
W sumie mieliśmy szczęście: Seba i Wiesiu aktywnie uczestniczyli w eksploracji systemu (Seba Śnieżna, Wiesiu Litworowa).
Ostatecznie poszliśmy spać około 4, a pobudka o 7. Ech.. a przed nami całodobowa akcja.
Więc do jaskini wybraliśmy się w 8 osób. Start spod parku narodowego: 9.15, wejście do otworu: 11 (sobota), planowana godzina wyjścia 12 (niedziela), alarm: 18.00.
Warunki pogodowe jak na tę porę roku były b. dobre: przejściowe słońce, śnieg powyżej 1700m.
Wyjście dość trochę się ociągało od początku. Nikt się nie śpieszył, był czas, trochę problemów przy przepinkach. Cóż – wyjazd rekreacyjny.
Jaskinia, jak na jaskinie Polskie robi niesamowite wrażenie. Już pierwszy etap: rura a po niej lodospad! Lodospad – szerokości około 6m, długość: 80m jest niesamowity. Coś jakby olbrzymia ilość buchającej wody chciała nagle wybić ze skał i spada na całej szerokości rozlewając się gdzie może.
Następnie Wielka Studnia: jak dla mnie po wyprawie w Picos nie robi zbyt wielkiego wrażenia, choć i tak imponuje (zwłaszcza gdy trzeba potem wyjść).
Pierwszy większy postój z ciepłą herbatką za prożkiem Jennego i czekanie na leniwych. Potem wodociągiem do biwaku zakopiańskiego. Zostawiamy za sobą Partie Krakowskie, Za Kolankiem, Nad Kotliny, Wrocławskie. Po dłuższym postoju udajemy się do głównego celu: Galeria Krokodyla. Czym bliżej dna tym stare punkty i sznurki pozostawiają wiele do życzenia. Teraz sobie myślę, że w jednym miejscu powinniśmy nawet pociąć jeden sznurek, żeby ktoś nie próbował z niego korzystać.
Już na starcie Galerii parę osób postanawia odpuścić, tym bardziej że dopiero lwia część do przejścia przed nami – powrót. A Galeria – od samego początku nie zachęca do wchodzenia: ciasno i nie wygodnie. większość drogi pokonuję się w ciasnej szczelinie idącej około 50 st pod górę. Czasami jak się zsunie trochę w dół to jedyną techniką wejścia w wygodniejsze (o mamo – tam przecież nigdzie nie jest wygodnie) partie polega na zapinaniu się i blokowaniu po kolei klatką piersiową i kolanami. Zacisk błotko okazuje się nie być mega straszny – choć nie wszyscy byli w stanie go przejść. Po drugiej stronie idziemy jeszcze kawałek dalej, gdzie kończymy nasze odkrywanie. Jest około północy. Powrót.
W sumie Galeria jak dla mnie była ciekawa. Wkurzająca, ale ciekawa.
Po wyjściu z Galerii szukam chętnego do zejścia do syfonu dziadka, jednak niestety nikt nie chce dołączyć, jedni wyładowali swoje akumulatory innym się nie chce. Ostatecznie nie chce mi się samemu kluczyć.
Do suchego biwaku docieramy około 3 (niedziela), gdzie budujemy namiot i gotujemy obiad. Postanawiamy się przespać na 1.5 godziny. Było dość zimno – namiot niestety był nieszczelny i z za rogów wiało.
Wyjście rozpoczynamy około 6 (niedziela). Idzie leniwie. Najpierw Seba potem ja. Po paru przepinkach na skrzyżowaniu czekamy – bo po co się spieszyć skoro reszta też nie pała energią. I tak do końca idziemy, jedna przepinka, druga, czekamy. Postanowiłem pójść trochę szybkiej a potem się kimnąć przy skale. Jednak dość szybko zrobiło się zimno. Potem nad Wielką Studnią chciałem coś przekąsić i.. przy pakowaniu zapomniałem kurtki kolegi który włożył ją do plecaka. Na szczęście ktoś inny ją zauważył i zabrał. uff.
Na powierzchnię wyszedłem o 10 rano. Powitało nas słońce i praktycznie brak śniegu. Ostatnia osoba wyszła około 11 (znowu się wymarzło podczas czekania).
Podczas schodzenia spotkaliśmy Wiesia, który wyszedł nam na przeciw z plecakiem pełnym ciepłej herbaty i batoników. Wymarzone spotkanie 🙂
Wyjazd był bardzo udany. A Jaskinia Wielka Śnieżna od tej pory jest moją najlepszą jaskinią w Polsce.
Teraz już tylko z niecierpliwością czekam na rekonesans w Wielkiej Litworowej i potem cały trawers.
Takie rekonesanse okazują się być bardzo pożyteczne – parę tygodni przed nami 3 osobowa grupa grotołazów planowała przejść WL – WŚ, jednak zgubili drogę w Nowym Krokodylu gdzieś za Laguną. Ponieważ ściągali za sobą liny, odcięli sobie drogę odwrotu. Zostało im tylko czekać na akcję ratunkową. Po akcji ratunkowej okazało się że TOPRowcy też średnio znają te regiony. W ogóle w te partie rzadko kiedy kto zagląda.
Robert Zaremba
Na miejsce dotarliśmy późnym czwartkowym wieczorem. W pisanej zastaliśmy sporą grupę uczestników z wielu zakątków Polski. Okazało się, że jest nas 23 osoby. Plan na jutro to J. Wysoka i J. Ptasia. Został dokonany obligatoryjny podział grupy na cztery zespoły, każdy z nich miał swojego kierownika. Po dwa zespoły na jaskinię, podążające innymi partiami. Rano wszyscy wstali i zaczęło się pakowanie sprzętu. Tu walka o każdy, krótki sznurek, żeby tylko za wiele nie nosić zbędnych metrów. Gdy już wszystko było przygotowane i spakowane, czekaliśmy na sygnał do wyjścia, które wciąż się przedłużało. Powodem zwłoki był ciągły deszcz… Dość szybko kierownictwo obozu podjęło decyzję o zaniechaniu dzisiejszych akcji, ze względu na niekorzystne warunki pogodowe. Prognozy na następny dzień są obiecujące.
W jadalni nastąpiła zmiana planów. Gdy wypadł nam jeden dzień, wiadomo było, że zamiast planowanych dwóch akcji jaskiniowych podczas obozu, zdołamy zrobić tylko po jednej. Melon zadecydował o całkowitej reorganizacji. Postanowiono, iż jutrzejszego dnia, o 6:00 (rano) wyjdą cztery zespoły do czterech różnych jaskiń. Wytypowane jaskinie to: Ptasia do nowego dna, Wysoka do Koloseum, Nad Kotlinami do wodociągu i Śnieżna do drugiego biwaku. Każdej z nich przydzielono kierownika i instruktora (w roli niezależnego obserwatora). Kierownicy mieli wytypować ludzi do zespołów. Ostatecznie, chyba każdy trafił do zespołu, który go interesował. Bynajmniej nie było kłopotów z podziałem.
I tak zespoły, liczące od 6 do 9 osób, wiedziały już jaki jest plan na jutro. Teraz należy wypakować, przygotowane wcześniej wory i przepakować według nowych wytycznych. Emocji nie brakowało, podobnie jak poprzednio, nikt nie miał zamiaru nosić zbędnych gramów liny, dłuższej niż wynikało to ze szkiców jaskiń, skonsultowanych z instruktorami. Udało się! Każdy zespół ma to co powinien mieć. Jest popołudnie, czas na jakiś obiad.
Po obiedzie na bazie panowała luźna atmosfera. Powoli zaczynała się integracja, która przedłużyła się do wieczora, jednak na tyle tylko, by było możliwym wstać o 5 rano. Ku ogólnemu zdziwieniu zaczął padać śnieg. Padał całą noc. Niewielu wierzyło, że dojdzie do skutku nasze jutrzejsze wyjście.
O dziwo wszystkie zespoły, oprócz jednego – idącego do J. Śnieżnej (tu kierownik wyjścia postanowił o przesunięciu planu o godzinę), były gotowe do drogi około 6:00. Podwórko pokrywa 10 cm śniegu, który już nie pada. Wychodzimy. I tak każda grupa udała się inną drogą.
Celem mojej ekipy, kierowanej przez Janka, była J. Ptasiej. Droga wiodła nas czerwonym szlakiem na Ciemniak, przez Adamicę, Dolinę Mułową, aż nad Próg Mułowy. W górach około 30cm śniegu. Dzięki naszemu instruktorowi – Markowi Lorczykowi, wiedzieliśmy jak iść w miarę bezpiecznie. Dojście do „przebieralni” zajęło nam około 4 godzin. Dość dobre tempo, zważywszy na zimowe warunki. Choć śniegu było sporo, słoneczna pogoda i bardzo dobra widoczność, rekompensowały nam trudy podejścia. Z mojej strony dodam, iż przydatnym gadżetem okazały się kije trekkingowe. Może nie ze względu na ciężki plecak – bo w porównaniu z wyprawowym taki nie był, lecz ze względu na stabilizację, którą zapewniały.
Po przebraniu, zjeżamy około 50m po zboczu jeszcze na powierzchni, mały trawers, kilkanaście metrów do góry i jesteśmy pod otworem. Poręczuje Janek. Akcja idzie dość sprawnie. Studnia za studnią posuwamy się do przodu. Po kilku godzinach doszliśmy do „Zacisku Klasy Lux”. Przeszli go wszyscy – nawet ja… Jednak tuż za nim było przewężenie. Punktowy, bardzo wąski zacisk. Niestety moja klatka piersiowa nie pasowała rozmiarowo. Po czterech próbach i konsultacji z Markiem, zaniechałem kolejnych podejść. Zawracamy. Nie ma sensu bym próbował się przepchać przez cisnotę, gdyż mogło by się to skończyć utknięciem lub kontuzją żeber. A to z koli mogło skutkować akcją TOPRu, a co za tym idzie, rozkuciem jaskini (ale się tłumaczę ;).
Wracając reporęczuję wraz z Jankiem. Przy otworze jesteśmy jeszcze gdy jest jasno. Jednak zanim wszyscy doszli do przebieralni, po oblodzonej linie, zajęło jeszcze około 2 godziny. Powrót na bazę poszedł sprawnie, w czasie około 3 godzin. Jesteśmy pierwszym zespołom na bazie.
Tej nocy wszyscy bezpiecznie powrócili z akcji. Choć ostatni zespół przyszedł dopiero około 6 rano. Późnym porankiem wszyscy powoli zaczynali się zbierać na śniadanie. Zapadała decyzja, że o 12:00 będzie walne zebranie podsumowujące obóz. Wszyscy zebrali się w jadalni. Każdy z kierowników zespołów opowiedział, jak każde wyjście było widziane z jego perspektywy. Dodatkowo każdy z instruktorów obecny na danym wyjściu, uzupełniał i dodawał ze swojej strony uwagi i spostrzeżenia co do organizacji i przygotowania.
Po relacjach, każdej z grup było wiadomo, że tylko jedna grupa wykonała swój plan do końca. Była to grupa idąca do Nad Kotlin, osiągająca Wodociąg. Choć grupa idąca do Wysokiej także osiągnęła swój zamierzony punkt końcowy jaskini jakim było koloseum, nie dotarła tam w pełnym składzie. Ekipa ze Śnieżnej dotarła do okolic drugiego wodospadu, zamiast do drugego biwaku. Jednak tu głównym utrudnieniem była ilość osób – bo grupa ta liczyła aż 9 grotołazów, zamiast planowanej szóstki. Jaskinia Ptasia, jak pisałem wyżej, dotarła tuż za zacisk klasy LUX.
Instruktorzy podkreślani, iż najwięcej pracy trzeba włożyć w poręczowanie, gdyż ten element dosyć poważnie spowalniał, każdą z akcji. Tutaj najwięcej można by poprawić. Dochodziło do tego oczywiście nieznajomość jaskini. Z pozytywnych aspektów, które zostały wymienione, była organizacja „pracy” w jaskini i sprawne poruszanie się po linach.
Po zebraniu nastąpiło klarowanie i czyszczenie lin, kompletowanie i liczenie sprzętu.. O dziwo wszystko się znalazło ;]. Sprzątanie i pakowanie poszło dość sprawnie, wszyscy bardzo byli pomocni.
Choć każde wyjście powinno być podsumowane przez uczestników danego wyjścia, to parę słów o całości mogę dodać od siebie. Dla mnie Centalny obóz to bardzo trafiony pomysł. Jest on wspaniałym miejscem by poznać nowych ludzi ze środowiska, prawie z każdego zakątka Polski. Jest to szczególnie przydatne takim „swieżakom” jak ja. Dodatkowo, a może i głównie, daje możliwość pójścia na ambitniejsze akcje, pod okiem instruktora, od którego zawsze można dowiedzieć się wiele ciekawych informacji, a także posłuchać interesujących historii jaskiniowych.
Warto było pojechać!!! Choć pogoda nas nie rozpieszczała, a wręcz wystawiała na próbę, nie poddaliśmy się jej – daliśmy wszyscy radę. Z niecierpliwością będę wyglądał kolejnej akcji z tej serii.
Wielkie podziękowania dla instruktorów czuwających nad naszym bezpieczeństwem. W szczególności dla koordynatora obozu Roberta Matuszczaka. DZIĘKUJEMYYYY!
Tekst i zdjęcia: Tomasz Utkowski
Zapraszamy do przeczytania sprawozdania dla KTJ z wyprawy Picos de Europa 2011.
Autor: Adam Leksowski
Wyprawa, wyprawa… i po wyprawie. Jak to w reklamie pewnej znanej firmy telekomunikacyjnej – serce zostało na Picos, a rozum… pojechał w Tatry. Decyzję o wyjeździe podjęłam dość spontanicznie podczas spotkania (no, właściwie imprezy) w klubie w środę, a już w piątek po pracy siedziałam w aucie z bananem na ustach. A co. Pozbieranie ekipy do auta zajęło nam trochę czasu. O ile z Arkiem i Magdą szybko wrzuciliśmy sprzęt do bagażnika, tak z bagażami Grześka było trochę problemu. Dwa plecaki i torba z kalafiorem… Hmm 🙂 Sprzętu wspinaczkowego mieliśmy jak na jakąś zaciężną akcję. Jechaliśmy w dziury, ale miałam wrażenie, że coś mnie ominęło. No nic, wspólnymi siłami rozparcelowaliśmy zawartość jednego plecaka i poupychaliśmy skrzętnie w zakamarkach bagażnika. Nie wiem, jakim cudem to się tam wszystko zmieściło. Grunt, że Grzesiek tego nie widział. Na pocieszenie dostałam do opieki kalafiora wraz z resztą ciekawej zawartości torby. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy aby trafiłam rzeczywiście na właściwy wyjazd.
Wszyscy byli pełni zapału, tak, wstańmy skoro świt! Stanęło na 7, na 8 umówiliśmy się na wyjście z Mr. Elektronem. Miał do nas dojechać z innej imprezy. No i dobrze, że był ktoś z zewnątrz, bo o 7 to przewracaliśmy się na drugi bok, smiejąc się w duchu z głupiego budzika i ambitnych postanowień. Pewnie byśmy jeszcze spali, ale Elektron dotarł po 8 i truł. Nie było wyjścia. O dziwo udało się w miarę zebrać i po upchaniu plecaków ruszyliśmy dziarsko na szlak. A na szlaku cudy i dziwy (te drugie w sensie dosłownym nawet). Standardowo jak to na deptaku, dzikie tłumy stonki w japonkach, klapkach i innych typowo górskich butach. Standardowo również czułam się jak dziwoląg, nieprzystosowana ubiorem i mentalnie. Do tego usłyszałam pytanie, czy idę na nartach zjeżdżać. Aha, no tak, kijki. Byle do odejścia szlaku.
No, teraz było zdecydowanie przyjemniej, z dala od zgiełku. I jeszcze tylko zakręt, potem strumień, podejście jedno i drugie i Przysłop. A potem już tylko podejście i podejście i jeszcze większe podejście. A kamienie się nie kończą. Chciałoby się zaśpiewać:
A droga długa jest
Nie wiadomo czy ma kres
A droga kręta jest
Co dalej za zakrętem jest
Kamieni mnóstwo
Pod kamieniami leży szkło
Szło by się długo
Gdyby nie to szkło to by się szło (…)
Szkła co prawda za dużo wieczorem nie było, ale dobrze na coś zwalić. A co. Grunt, że w komplecie doczołgaliśmy się pod właściwy otwór. Była pewna szansa, że nie znajdę, bo jedyna moja wizyta w tym miejscu odbyła się w mglistych warunkach i przyznam szczerze, nie zawracałam sobie głowy jakąśtam ścieżką.
W dziurze poszło nam całkiem nieźle. Ekipa podzieliła się zadaniami i napieraliśmy szybko w dół. Arek dzielnie poręczował moje ulubione miejsce – trawersik nad studnią. Właściwie, to nie wiem, czy to bardziej trawers, czy po prostu meander ze studnią, grunt, że trzeba się nieźle zaprzeć i nie patrzeć w dół. Arek się tak zapierał, że nawet zdołał z siebie część sprzętu wypiąć i zgubić. Przepadło. Grzesiek z Magdą wycofali się z tego miejsca, bo sił nie starczyło, natomiast nasza „szybka trójka” doczłapała do zamierzonego celu – Sali pod Płytowcem. Na pochylni z piarżyskiem zastaliśmy raj dla spragnionych – dwa garnki wypełnione po brzegi wodą. Co za ulga. W poszukiwaniu galerii ze zdjęciami zwiedzilismy parę innych korytarzy i wreszcie wiem, gdzie są te wszystkie odejścia w inne partie jaskini.
Z dziury wyszlismy już po zachodzie słońca. Widok na rozświetlone Zakopane i okolice był niesamowity. Co ciekawe, dobiegały nas czasem nawet dźwięki muzyki z miasta. Myślałam początkowo, że już źle ze mną, skoro słyszę głosy, ale to jednak nie było złudzenie. Drogę w dół pokonywaliśmy błyskawicznie, mało co nie łamiąc nóg. Szczególnie ja, gdy idąc ostatnia i sama, usłyszałam szelest w krzakach. Serce podskoczyło mi do gardła, a w głowie od razu pojawił się niedźwiedź i szerg kolejnych przerażających obrazów. Muszę przyznać, że popędziłam wtedy nieźle. Na bazie czekała na nas miła niespodzianka w postaci kartonów z pizzą. Magda z Grzesiem zadbali wsaniale o nasze żołądki. Nawet nie mieliśmy siły podgrzewać, rzuciliśmy się na jedzenie jak wilki. Dawno nie jadłam takiej dobrej pizzy 🙂
Drugiego dnia wyspaliśmy się porządnie i jak rasowi turyści postanowiliśmy udać się na wycieczkę na Halę Gąsienicową i nad Czarny Staw. Napatrzyliśmy się znów na japonki i inne górskie wynalazki. Zawsze się zastanawiam, po co nam właściwie te treki i wygodne ciuchy, skoro w japonkach też się da? Nad stawem zrobiliśmy rzecz karygodną – popas na miękkiej trawce z piwem i zakąskami. Znaczy się, uprawialiśmy turystykę. Widoki były cudowne, trawa miękka, a teren ukształtowany prawie jak grajdołek – nic tylko się zdrzemnąć.
Po wycieczce obowiązkowo Adamo. Długo przyszło nam czekać na kelnera, potem na rachunek, koniec końców godzina powrotu do domu mocno nam się przesunęła. W efekcie dotarliśmy do wrocka gdzieś po 2… Zastanawialam się nawet, czy iść w ogóle spać, czy od razu do pracy. A co.
Uczestnicy:
Tekst i zdjęcia: Kasia Filipek