Zimowy obóz kursowy, 21-24.02.2011 – Kurs 2010

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Dzień pierwszy

Mimo że pierwsi kursanci i klubowicze byli na bazie w Kirach już w sobotę wieczorem, to obóz na dobre rozpoczyna się dopiero w poniedziałek wyjściem do Jaskini Miętusiej. Dzielimy się na dwie grupy – poręczującą, w składzie: Konar (instruktor), Krystian, Magda, Justyna (kursanci), Adam, Kasia, Sebastian, Grucha (grotołazi asystujący), oraz reporęczującą: Stahoo (drugi instruktor), Kasia, dwóch Piotrków (kursanci), Maciek i Michał (taternicy jaskiniowi), Sebastian (Żydu). Pierwsza grupa wychodzi około 8:00, a druga ma mieć dwugodzinne przesuniecie.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Już koło Harnasia w Kirach nasz instruktor Stahoo rozpoczyna psychologiczną wojnę z kursantami. Dowiadujemy się między innymi że: „Wycofanie się nie jest wstydem ale wycofanie się za późno bywa głupotą”. Póki co nikt jednak nie odpuszcza i przed 11:00 wchodzimy do Doliny Kościeliskiej, dalej przez Bramę Kantaka, Wyżnią Kirę Miętusią i Drogę Nad Reglami (kursanci zapamiętują nazwy topograficzne:-) wchodzimy do Doliny Miętusiej. Po drodze robimy przystanki na Stahowe prelekcje terenowe. W efekcie dochodziny pod Miętusią i ruszamy w dół Rury dopiero o 13:00.

KONICA MINOLTA

W Wiszącym Syfonie jest niewiele wody (co potwierdza niedzielne relacje klubowiczów że w masywie jest sucho), dzięki czemu na sucho i w miarę szybko docieramy przez Kaskady do Błotnych Zamków gdzie czeka na nas Konar, a reszta pierwszej grupy już wychodzi z Wielkich Kominów. Czekamy aż wszyscy nas miną i ruszą dalej w górę, a Stahoo urozmaica nam czas opowieścią jak to kiedyś zgubili kursanta w jaskini. Nasi kursanci jednak nie dają się zastraszyć niecnym opowiastkom, nadal nikt nie myśli o powrocie. Bardzo szybko docieramy na dół ostatniego zjazdu w Wielkich Kominach, dalej już tylko syfon na głębokości -213m (dla niektórych rekord głębokości w tym dniu). Kilka chwil na dole aż ostatnia osoba zjedzie i czas ruszać w górę.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Plan Żyda wygląda tak żeby ciągle napierać do góry, bez przestojów, na pełnej parze, tak na 70%. I ruszyli! Zespół rozciągnął się nam od Sali bez Stropu aż po dno Wielkich Kominów. Dwaj Piotrkowie robili reporęcz, a Kasia z Maćkiem przejęli pierwszy z worów i ruszyli w górę przez Rurę. Pierwsze trio (Kasia, Maciek, szpej) ze względu na mało przyjazne warunki panujące w Rurze dość szybko dotarło do otworu i po 21 zgłosiło na bazie wyjście z dziury. Wkrótce na powierzchni pojawili się kolejno Stahoo i obaj Piotrkowie, a potem długo, długo nic… Michał trochę się przytkał w Rurze, ale z pomocną dłonią (od tyłu) Żyda udało mu się wyczołgać przez Rurę i po 23 byliśmy już wszyscy na powierzchni. Żeby przebrani nie marzli dłużej pod otworem Maciek z kursantami ruszyli spowrotem na bazę a Stahoo poczekał na przebranie się Michała i Żyda. Na bazę dotarliśmy przed pierwszą, witani przez Konara, pozostałą część kursu i kanapki. Niedługo później doszli do nas Stahoo z Michałem i Żydem. Pierwszy dzień obozu można uważać za zakończony. Miętusia – zdobyta, rekord głębokości – osiągnięty, Rura – przetkana.

Dzień drugi

W ramach uzupełnienia sił po wczorajszej akcji w Miętusiej która dla części zespołu skończyła się właściwie dzisiaj Konar pozwolił nam pospać chwilę dłużej. Wszyscy wstali w dobrych nastrojach w końcu czekała nas łatwa i przyjemna wyprawa do jaskini Kasprowej Niżnej. Przy śniadaniu toczyły się dziwne rozważania odnośnie akcji w Miętusiej, temat: Ciągnąć od góry czy pchać od tyłu?.

3

Mimo pełnej mobilizacji wszystko dzisiaj próbuje nas opóźnić. Najpierw Krystianowi auto postanawia nie odpalić, potem na naszej drodze nieoczekiwanie wyrasta mała i przytulna knajpka z takim sobie jedzeniem, w końcu wałbrzyscy grotołazi wyprzedzają nas w wyścigu do otworu. Mimo „niezwykle trudnego” podejścia jesteśmy jednak pierwsi. Lodową ślizgawką zjeżdżamy do pierwszej sali zwanej przez nas przebieralnią. Dalej trzy małe i ciasne otwory, tutaj krótkie wspomnienie miętusiej rury i już idzie się lepiej, wiemy że nic gorszego niż wczoraj nie może nas spotkać.

4

Dochodzimy do progu, moje pierwsze nieporadne poręczowanie i możemy iść a raczej zjeżdżać. Dalej grupa się rozdziela, część udaje się w Partie Gąbczaste, a my idziemy do syfonu Danka. Kolejne odcinki linowe, czołganie się w piaskach Gniazda Złotej Kaczki i już jesteśmy na długim chodniku. Ku rozczarowaniu niektórych klubowiczów niestety nie ma w nim wody, pozostajemy więc w naszych kombinezonach i udajemy się dalej do Sali Rycerskiej. Duch eksploracji części kursantów prawdopodobnie zgubił się dzisiaj gdzieś między jedną salą a drugą, bo do syfonu Danka docieramy w nieco okrojonym składzie. Szkoda ale na dzisiaj musimy już kończyć bo coraz więcej osób zaczyna mówić o obiedzie w naszej ulubionej knajpie, której nazwy nie będziemy tutaj wymieniać ze względu na zaistniałe później okoliczności.

Dzień trzeci

W środę w planach mieliśmy szkolenie z ochrony przyrody w TPNie. Niestety przez wspomniane już „zaistniałe okoliczności” część z nas nie była w stanie w nim uczestniczyć. Krótko mówiąc poprzedni wieczór i noc minęły nam na walce z zarazą która rozłożyła część kursantów, klubowiczów a nawet niezniszczalnego instruktora (okazuje się, że instruktor też człowiek 🙂 Nie mniej jednak ta część z nas która była na szkoleniu bardzo sobie je chwaliła. Polegało ono na spacerze po Dolinie Kościeliskiej z licznymi przystankami na pogawędki o florze, faunie oraz geologii. Były nawet drobne upominki w postaci czasopisma Tatry. Reszta dnia minęła leniwie i restowo. Pora podładować bateryjki na ostatnią jaskinię w planie.

1

Dzień czwarty

Ponieważ większość z nas była zmęczona żołądkowymi rewelacjami, a że brakowało jeszcze jednej jaskini do kompletu przejść zimowych, w czwartek Konar postanowił zabrać nas do Jaskini Zimnej. Grupa kursowa trochę się wykruszyła, ponieważ Justyna zmożona przywiezioną jeszcze z Wrocławia chorobą opuściła obóz.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Uszczuplona została również kadra instruktorska gdyż poprzedniego dnia wyjechał Stahoo. Pozostał Konar i pięciu kursantów, czyli komplet. Korzystając z uprzejmości i sznurków klubu z Wałbrzycha poszliśmy do Zimnej na lekko bez worów.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Konar przewidział dojście za Próg Wantowy i ćwiczenia ze wspinaczki jaskiniowej na Błotnym Progu. Tak jak w Kasprowej Niżnej tak i w Zimnej poziom wody był bardzo niski. Wszędzie dało się przejść brodząc bez konieczności zapieraczki, a Ponor był całkiem bez wody. Ćwiczenia z wspinaczki poszły dość pomyślnie. Błotny Próg był bardzo niebłotny i prawie wszyscy kursanci pokonali go w pięknym stylu wspinaczki jaskiniowej. Kawałek dalej grupa kursantów zawróciła po dojściu za Próg Wantowy a grupa asystująca kontynuowała eksplorację aż do Chatki. Chatki nie było, pozostało tylko trochę drewna i starych puszek. Powrót zahaczył już o zmierzch, a wieczór spędziliśmy na imprezie pożegnalnej połączonej z oglądaniem filmów produkcji SCW i nie tylko.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Część oficjalną obozu zimowego uznaliśmy za zakończoną. Części nieoficjalnej nie będę już tutaj opisywać. Kiry i Tatry opuściliśmy w sobotę. Po tygodniowym wyjeździe pozostało wiele wspomnień, zdjęć oraz chęci na eksplorację innych tatrzańskich jaskiń na obozie letnim. Termin jeszcze nie ustalony ale lista chętnych już otwarta.

Tekst: Kasia i Maciek

Zdjęcia: Sławomir „Grucha” Zieliński i inni

Jaskinia Miętusia i Kasprowa Niżna, czyli długo oczekiwany wyjazd klubowy, 03-05.12.2010

Zaczęło się niewinnie od maila, żeby pojechać w Tatry. Trzon ekipy szybko się zbudował, a nie do końca zdecydowani mieli czas na podjęcie decyzji. Problemy jednak narastały w miarę zbliżania się terminu wyjazdu. Adam już wcześniej powiedział, że w tym terminie oddaje swoje auto do mechanika. Fredi mówi, że pojedzie swoją „cytryną” i zabierze część wrocławskiej ekipy (Fredi, Adam, Kasia i Michał) jeśli zdecyduje się na wyjazd. Doktorek jedzie na pewno swoją Kugą i zabierze część pozawrocławską (Doktorek, Aga i Konar). Niby wszystko ustalone, niby wszystko gra. A jednak…

W środę potężne opady śniegu w całej Polsce i w czwartek rano Doktorkowi w drodze do pracy miły pan zaparkował w dupę auta. Mimo usilnych starań Forda do ostatnich chwil, Doktorek powiedział: NIE. Dodatkowo na Śląsku znów potężne opady śniegu. Trwa gorąca wymiana myśli przez komórki między Adamem, Konarem i Koniem. Ten ostatni jest już w drodze do Zakopane i droga na razie jest ok, ale co będzie dalej przecież to dopiero 20 km od Wrocławia, gdzie świeci słońce. Konar dzwoni do Agnieszki jak jedzie i podejmuje decyzję o wyjeździe bolidem Renault w kolorze Grand Kanion Colorado do Zakopanego. Umawia się z Agnieszką na dworcu w Katowicach. Tym czasem Koniowóz mknie przez A4 w stronę Krakowa nie omijając korka na tejże autostradzie. O 19 Koniowóz dociera do Kir a bolidy Renault i Citoren mkną przez zawieje śnieżne i bezdroża w stronę zasypanych śniegiem „Tater”.

Rano spręż jakby nie spręż, szybkie śniadanie i wyjście do jaskini Miętusiej. Pierwszy moment zaskoczenia dopada ekipę już u wylotu Doliny Kościeliskiej, gdzie po budce filanców można by powiedzieć pozostało tylko miłe wspomnienie. Informacja na kartce głosi: W celu dokonania wejścia jaskiniowego udaj się do informacji na Rondzie Kuźnickich bądź zadzwoń. Kierownik całego zamieszania nijaki Konar nie wiele myśląc bierze do ręki swoją zmarznięta komórkę i zgłasza wyjście do jaskini Miętusiej. Zimno otaczające grotołazów przeszywa do szpiku kości, ale to nie jest ważne bo każdy ma nadzieję na piękne widoki na Wyżniej Polanie Miętusiej.

Cóż za rozczarowanie wkradło się w serca ekipy, gdy okazało się, że o tej porze roku w dolinie Miętusiej słońce nie zawita. Pozostało tylko torować sobie drogę do czeluści. Cóż za pech to sprawił, że śmiałkowie za szybko odbili w górę ku Miętusiej jaskini, ale nie tej co mieli, a tej Wyżniej, co nie była ich celem. Torowali sobie drogę pomiędzy powalonymi drzewami zamiast cofnąć się trochę do miejsca, gdzie odbić należało. Po czasie jakimś przechodzenia pod i nad drzewami dotarli w końcu do drzwi czeluści. Śmiałkowi popatrzyli sobie głęboko w oczy a szczególnie w czarną otchłań co zionęła zimnem strasznym i podjęli decyzję o powrocie w ciepłe kąty bazy swej.

Wieczór nadszedł szybko, a że dziadek Mróz był blisko to śmiałkowie rozgrzewali się przy winie grzanym. Wysłuchali także opowieści dawnych Krzysia Makówy, jak to kiedyś się po grotach świata chodziło.

Niedzielny ranek był równie zimny co dzień poprzedni, ale znów ekipa wyrusza do jaskini. Idą i idą do góry od Kuźnic, ścieżka ich prowadzi jak po sznurku i nagle stają przy otworze jeszcze większym niż wczorajszy. Przebierają się w przeróżne dziwne rzeczy tylko w im wiadomym celu. Nagle znikają w ciemnościach groty. Gdyby nie czołówki to by byli w dupie, a tak patrzą na to piękno co w około nich się rozpościera. Robią zjazdy, wspiny jakieś, w wodzie brodzą by spotkać się z rycerzami co śpią w grocie. Jeszcze tylko Konar pcha się do syfonu, a tuż za nim kroczy Fredi. A za Fredim Aga leci, co by Adam jest nie zdeptał. Tak dotarli do kresu swych możliwości i pozostał tylko odwrót. Jeszcze tylko jeść się im zachciało, ale ognia nigdzie nie ma więc udali się w poszukiwaniu Zapałek.

Tak to właśnie weekend minął wrocławiakom. A kto nie był niech żałuje, jeśli nie dziur to imprezy co być musi….

W wyjeździe uczestniczyli:

  • Marta Majewska
  • Zosia
  • Paweł Michalski
  • Adam Leksowski
  • Kasia Filipek
  • Agnieszka Majewska
  • Michał Maternik
  • Jacek Wieprow
  • Michał Konarski

Do jaskini Miętusiej poszli: Koń, Adam, Kasia, Agnieszka, Michał, Fredi i Konar

Do jaskini Kasprowej poszli: Marta, Adam, Kasia, Agnieszka, Michał, Fredi i Konar

Michał Konar Konarski

Węgry 10-14.11.2010

„Węgier, Polak dwa bratanki i do konia i do szklanki. Oba zuchy, oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi.”

Historyczne przysłowie ukazujące przyjaźń narodu polskiego i węgierskiego z XIX w, dziś okazało się nie mniej aktualne. 11 listopada, dzięki nawiązaniu kontaktu z węgierskim klubem grotołazów, mieliśmy okazję zobaczyć jaskinie na Węgrzech. Pokrótce opiszę przebieg naszej wycieczki.

Zatrzymaliśmy się w schronisku w miejscowości Jósvafő znajdującej się w Parku Narodowym Aggtelek. Stąd po odespaniu długiej podróży z samego rana (ok. g. 1200) poszliśmy z naszymi węgierskimi „przewodnikami” (z zaprzyjaźnionego klubu grotołazów) do jaskini Vas Imre. Była to typowo turystyczna jaskinia z wieloma ciekawymi naciekami w kolorach od bieli po intensywną czerwień. Poniżej zdjęcie tzw. Pomarańczowych fal:

1

O ile zwiedzanie jaskini Vas Imre stanowiło krótki i przyjemny spacer, w kolejnej nie było już tak beztrosko. Z drugiej jaskini nikt już nie wyszedł suchy. Mimo, że było zimno i mokro, wspaniałą rekompensatę stanowiły piękne widoki.

(wtedy) zadręczani naszym fotografem:

2

…dziś mamy się czym pochwalić:

3

4

Przez jaskinie płynęła woda, która momentami sięgała po pas, a gdzieniegdzie zamieniała się w bagno, z którego ciężko było nawet wyciągnąć buta:

5

6

Po powrotcie całe schronisko zamieniło się w wielka suszarnię:

7

…a wieczorem integrowalismy się po Polsku:

8

Trzecią jaskinią była tzw. „Baradla cave”, najdłuższa jaskinia na Węgrzech (18,8 km, stanowiąca dziedzictwo kulturowe UNESCO). Ta jaskinia poraziła nas swoim rozmiarem!

…ale także zachwyciła pięknem:

9

10

Okazało się, że nawet grają tu spektakle operowe! Poniżej zdjęcie jaskiniowej opery:

11

Wieczorem odwiedził nas kolega- Węgier, który uprzednio umożliwił nam wejście do jaskiń. Zostaliśmy poczęstowani wyborym winem Tokaj a w zamian, podarowaliśmy mu polski miód pitny i …kiełbasę ? (węgierską).

Na koniec pozostało nam tylko zrobić pamiątkowe zdjęcie i pożegnać naszych Węgrów.

12

W wyjeździe udział wzieli klubowicze, kursanci, przyjaciele klubu:

  • Łukasz „Sid” Kędzierski SCW – kierownik zamieszania
  • Agnieszka Kędzierska
  • Kasia Filipek SCW
  • Kasia Wężowska SCW
  • Joanna Bogdanik
  • Kasia Szymczak
  • Dorota Kopeć SCW
  • Basia
  • Adam Leksowski SCW
  • Maciek Wajda SCW
  • Robert Zaremba SCW
  • Michał Maternik SCW
  • Wojtek Nobis SCW
  • Krzysztof Kubis SCW
  • Krystian Bogdanik SCW
  • Michał Trębacz SCW
  • Jacek Zgutka – Speleoklub Warszawski

Teskt: Dorota Kopeć

Zdjęcia: Łukasz „Sid” Kędzierski

Picos 2010 – niespodziewane odkrycie

Niespodziewane odkrycie. A właściwie dwa…
1. Odkrycie pierwsze- Asturyjczycy.
Nie pamiętam już dlaczego zeszłyśmy na tegorocznej wyprawie do chatki Armanda tylko we dwie. Siedziałyśmy, sącząc wino i będąc przekonane, że spędzimy ten wieczór samotnie. Nagle spośród mgły wyłonił się Armando a za nim następni Hiszpanie. Byli to , jak się później okazało, członkowie dwóch asturyjskich klubów speleologicznych. Szybko doszło do tzw. Integracji. Nasz słaby hiszpański okazał się wystarczający do rozmowy z tymi przemiłymi ludźmi. Santi, który starł się mówić jak najwolniej, wypytywał nas o jaskinie, które eksplorujemy oraz opowiadał o korespondencji jaką nawiązał ze Stachem.
niespodziewane2. Odkrycie drugie- Wodna jaskinia
Jakieś 5 minut w dół od chatki Armanda, pod skalną ścianą znajduje się niewielki otwór wyżej wymienionej dziury. Nasi nowi znajomi wybierali się tam w piankach. Armando niósł parę kawałków lin. Pożegnałam ich przy otworze, wróciłam do Maślanki na górę i wtedy dopiero zauważyłyśmy, że Armando nie zabrał klucza do chatki. Wymyśliłyśmy” super plan”. Zamknęłyśmy drzwi, a klucze Arrmanda zostawiłyśmy w środku jaskini na kamieniu z karteczką, cukierkiem, odchodząc z przekonaniem, że nie sposób nie zauważyć tego wszystkiego…
niespoWeszłyśmy na bazę, zapominając o całym ambarasie. Chyba następnego dnia Maślanka dostała sms-a z pytaniem: „Gdzie są moje klucze?”. Okazało się, że jaskinia ma dwa otwory… Oczywiście wyszli tym drugim. Kiedy Maślanka wróciła do chatki, pobiegła sprawdzić. KLUCZ, CUKIEREK I KARTECZKA… wszystko leżało na swoim miejscu. Jaskinia niewątpliwie warta jest zwiedzenia. Zdjęcia przesłane przez naszych wspaniałych nowych znajomych wystarczająco argumentują to stanowisko.

niespodz

Mamy nadzieję, że asturyjscy grotołazi odkryją w naszej strefie wiele nowych pustek. Zwłaszcza, że zabrali się do jaskiń eksplorowanych przez Francuzów, a od tego czasu w większości z nich korki śnieżne znacznie zmniejszyły rozmiary. Pozostaje życzyć powodzenia, bo radosnej chęci na pewno wystarczy im na co najmniej 100 lat.

Do zobaczenia Amigos!!!!

Autor: Agnieszka Majewska

Obóz Tatry 20-26.06.2010

DZIEŃ PIERWSZY

Po kilku drobnych? zmianach dotyczących listy kursantów, terminu, miejsca noclegu i godziny wyjazdu-wyruszyliśmy niedzielnym popołudniem w trzyosobowym składzie w Tatry. Dojechaliśmy. Najważniejsze?. Oczywiście pada. Ulokowaliśmy się w bazie. Sprawdzamy sprzęt, przygotowujemy liny na jutrzejsze wyjście do pierwszych jaskiń.

01 02
03

DIEŃ DRUGI

W planie JASKINIA ŚPIĄCYCH RYCERZY i JASKINIA ŚPIĄCYCH RYCERZY WYŻNIA.

04 05

Choć nadal pada- budzimy się w świetnych nastrojach i wyruszamy. Jednostajny deszczyk nie przeszkadza nam w upartym przyswajaniu topografii Tatr. W zasadzie tylko ostatnie metry podejścia (w rzeczywistości ponad godzina? ) są najbardziej strome, kamieniste i mokre-momentami nawet kijki nie pomagają co niektórym-zwłaszcza podczas schodzenia?

07 23

Dwie niewielkie jaskinie przechodzimy sprawnie i bez większych zmagań (oprócz chwilowego zagubienia klucza do wkręcania plakietek). Schodzimy szczęśliwi do bazy, gdzie Wojtuś (gospodarz) zdążył napalić w kominku przewidując, że mamy „kilka” rzeczy ? do wysuszenia.

08 09
10 11

DZIEŃ TRZECI

Oczywiście pada. Tylko, że nieco mocniej. W planie JASKINIA CZARNA (doszliśmy pod Komin Węgierski). Oprócz pierwszej przepinki (zainstalowanej chyba przez Guliwera ?) jakoś poszło. Oczarowani jaskinią po czterech godzinach (obiecując sobie, że wrócimy tutaj kiedyś i przejdziemy całą)- wychodzimy na powierzchnię. Kiedy wróciliśmy do bazy, Wojtuś wyglądał na bardziej „zmęczonego”? od nas (najprawdopodobniej po dosyć intensywnym załatwianiu interesów z góralami),więc nie zdążył napalić w kominku. Ten wieczór upłynął nam na planowaniu kolejnego wyjścia, szykowaniu sprzętu i sprawdzaniu wszystkich możliwych połączeń pociągowo-autobusowo- busowych do Zakopanego-żeby ułatwić i nieco przyspieszyć przyjazd czwartego kursanta – Piotrka.

12 13
14 15

DZIEŃ CZWARTY

Dojechał do nas Piotrek. Ze względu na fakt, ze jechał bardzo długo (choć to nie pierwszyzna dla niego?) i miał za sobą nieprzespaną noc, Konar zaplanował nieco krótsze przejście. Wyruszyliśmy do JASKINI KASPROWEJ ŚREDNIEJ. Przy wspaniałej pogodzie (świeciło słońce!) , zachwyceni pięknymi widokami i ćwicząc dzielnie topografię szybko i sprawnie pokonaliśmy wytyczony sobie cel.

18 22
19 21

DZIEŃ PIĄTY

Trzeciego dnia chwilowo przewodnikiem stada (zastępując Konara) został Wojtek Styrczula (ze Speleoklubu Tatrzańskiego). Początkowo miło i słonecznie, ale już po kilku godzinach marszu w deszczu i mgle dotarliśmy do otworu JASKINI POD WANTĄ. Było warto…jaskinia piękna.

24 25

Tego dnia wróciliśmy dosyć późno do bazy i Wojtuś (gospodarz ) znowu wyglądał na bardziej zmęczonego od nas, czego dowodem był wygaszony kominek i brak drzewa. Nie przeszkadzało nam to, dopóki nie okazało się, że Wojtuś z powodu zbyt małej ilości drewna spalił Krystianowi wkładki do butów.

26 27

DZIEŃ PIĄTY

Z grupą z ŚSK wyruszyliśmy (oczywiście w pięknym deszczu) do JASKINI MARMUROWEJ. Ponieważ okazało się, że w środku padało mocniej, niż na zewnątrz a „nasz” Piotrek zbytnio wychłodził organizm wyszliśmy z jaskini nieco szybciej niż pierwotnie planowaliśmy.

28

Instruktorzy obu ekip w akcie empatii (a raczej desperacji chcąc przyspieszyć całą akcję), postanowili wziąć sprawy (a raczej liny) w swoje ręce….(jak na załączonym obrazku.:)

29 30

Przebrani, w suchych ubraniach, obkupieni w oscypki wracamy do Wrocławia.

TAK CZY INACZEJ…POLECAM

Instruktor: Michał Konarski (KONAR)
Kursanci: Magdalena Nakonieczna, Krystian Bogdanik, Justyna Wołowiec, Piotr Młotek.

Zdjęcia: Magda, Justyna, Krystian
Tekst: Magda Nakonieczna