Pierwsza Dziura 18-19.03.2017 – kurs 2017

Pewnego pięknego piątkowego popołudnia przyjechaliśmy poznać pozostałych potencjalnych i prawdziwych penetratorów pustek podziemnych pod powałą podlesickiego przytułku. Przedwieczorną porą przysiedliśmy posłuchać prezentacji o podziemnych przygodach i problemach przytrafiających się podziemiomaniakom. Popijając i pojadając, pierwszy przedjaskiniowy przeddzień przebiesiadowaliśmy.

Porankiem pochmurnym przebudzeni przedwcześnie, powędrowaliśmy i potoczyliśmy się poszukiwać pieczar pochowanych pomiędzy pobliskimi pagórkami. Przymarzając i powierzchniowo przemakając, przycupywaliśmy przed pieczarami, podgrupami penetrując przepastne i przemałe pustki podziemne. Przeżyliśmy przeciskanie poprzez przeciasne przestrzenie, pokonywaliśmy przestrach powodowany pustkami pionowymi, przewspinaliśmy poziome pęknięcie prowadzące ponad przepaściami przeczarnymi.  Poznaliśmy pustki podziemne pięknie ponazywane: Berkowa (przewąska, przeciasna, przedługa, przebyta pełzając powoli), Pastusia (przenajkrótsza, przepełzana prawą powierzchnią penetratora po podłodze), Sulmowa ( pierwsze poznanie pionowych pieczar i pustek pionowych przestrachem przeszywających), Sucha (prawdę powiedziawszy posiadająca przewodnione powierzchnie, przepastna, poplątana, pogliniona, pozwalająca przemieścić się ponad 21 m poniżej poziomu powierzchni). Pointegrować się i poznać pozostałych penetratorów pomogły postawione przed podgrupami polecenia podane przez poprzedniorocznych potencjalnych penetratorów pustek podziemnych. Pomierzyć Berkową, pokazać położenie podgrupy i pieczar na papierowym planie przypodlesickich pagórków, przetransportować pompowańce przez pokręcone przeciasne przestrzenie podziemne pounikawszy pęknięć, przekazać przebieg pierwszego penetrowania pustek podziemnych posługując się powiedzeniami posiadającymi początek „p”.

Przegnani  z podwórza przerażającymi powiewami powietrza i po części pozamarzanym polewaniem, przypominającymi początek potopu, do przytułku powróciliśmy późnym popołudniem. Po pozbieraniu i przywróceniu do porządku przemęczonych person, ponownie przystąpiliśmy do pointegrowania się. Podsumowano poczynania poszczególnych podgrup podczas poznawania podziemnych pustek oraz poziom porobienia poszczególnych poleceń. Później poskakaliśmy i potańczyliśmy podczas performensu piewców podziemnych przygód i popularnych petratorów –  „Chałosu”.

Poranek przyniósł pożądaną poprawę pogody. Pozwoliła na przeprowadzenie Egzaminu na Taternika Jaskiniowego. Pozostali ponownie pojechali penetrować. Pokonano pustki posiadające potężniejsze przestrzenie od poprzednich: W Zielonej Górze, Niedźwiedzią, Cabanową, Szmaragdową. Powiedziałabym – piękniejsze. Poznaliśmy: „stalagmity”, „stalaktyty”, „stalagnaty”, „polewy naciekowe”, „podziemne jezioro”. Przekonani o pięknie podziemi porozjeżdżaliśmy się do prywatnych przytułków przeważnie postanawiając podjąć się Kursu Taternictwa Jaskiniowego z SCW.

Klubowo-kursowy tatrzański obóz zimowy – 10-19.02.2017

Większość relacji z obozów/wyjazdów/akcji jest mocno nastawiona na ducha przygody. W końcu zajmujemy się eksploracją niebezpiecznych oraz niedostępnych miejsc. Oczywiście, jest to szalenie interesujące i można by pisać o dokonaniach grotołazów godzinami, jednak osobiście uważam, iż ten temat został mocno wyeksploatowany. Wiele osób zapomina o drugiej stronie działalności klubowej w czasie wyjazdu. Jeżeli obóz zimowy kursu 2016 miałby mieć hymn, dla mnie byłby to utwór z czołówki serialu „Rodzina zastępcza”. Wiem, zrobiło się dosyć familijnie, a ta publikacja zaczyna trącić kiczem, jednak spróbujcie wyobrazić sobie ponad trzydzieści osób, zamkniętych przez ponad tydzień na niewielkim obszarze, zmuszonych do dzielenia jednej kuchni oraz trzech łazienek. Nie muszę chyba tłumaczyć, że każdy z nas jest inny, a cała grupa stanowi niezwykle eklektyczną mieszankę. Wbrew pozorom wyżej wymienione czynniki nie były składową katastrofy. Jak wspominałem, taternictwo jaskiniowe jest niebezpiecznym zajęciem, więc trzeba darzyć zaufaniem i minimum sympatii członków swojego zespołu.

16797124_1389240637764939_2000319510136663499_o

Ku mojemu zdumnieniu nikomu nie przydarzył się przykry „wypadek” w jaskini. No dobra… były dwie wizyty na SOR, ale w obu przypadkach incydent odbył się bez udziału osób trzecich. Po zakończonej akcji mniejszym lub większym sukcesem, przychodził czas powrotu do bazy, gzie w opozycji do zimnych skał czekało nas ciepłe powitanie. Solidny wywiad o przebieg akcji, warunki oraz wrażenia, często skwitowane słowami „dobrze, że już jesteście”.

16836248_1389240811098255_821000856555880000_o
Przez tych 7 dni, a w moim przypadku nawet 10 udało się jeszcze bardziej zacisnąć więzi, poznałem wielu klubowiczów i choć to było nasze pierwsze spotkanie, traktowali mnie, jakbyśmy mieli wiele lat spólnej historii. Gdy wszyscy zasiadali w zbyt małej kuchni, wszelki różnice się zacierały. Wiek, staż, doświadczenie, zawód, dokonania, opcje polityczne, czy nawet szpetota nie miały kompletnie znaczenia. W wielu momentach przeginałem ze swoimi mało wysublimowanymi żarcikami, mimo to nie udało mi się dostać w twarz, choć bardzo na to pracowałem. Piękny festiwal wzajemnego szacunku i zrozumienia, plejada gwiazd naszej kuchni była ogromnie zróżnicowana. Mieliśmy tam: dydaktyków, ratowników, inżynierów, pracowników fizycznych, zdobywczynie bieguna, lewaków i tych bardziej prawicowych, agnostyków, ateistów oraz chrześcijan, artystów, sportowców, był nawet profesor Xavier i jego X-meni. W czasie obozu nie ograniczaliśmy się wyłącznie do eksploracji, odbyło się kilka akcji powierzchniowych, wspólne wypady na narty, do term, grupowe gotowanie, a nawet lepienie bałwana.

16807705_1389239857765017_4921394868217172326_n

W tym miejscu pragnę przeprosić Gaździnę za liczne imprezy oraz nagminne gwałcenie ciszy nocnej, jednak przy tak niesamowitym towarzystwie ciężko nie spuścić się trochę ze smyczy i bawić się na całego. Kolejnym sympatycznym akcentem była gromada dzieci, które swoim uśmiechem i beztroskim podejściem do życia dodawały nam masę energii.

Tekst: Mateusz „Makaron” Makarski
Zdjęcia: Grzegorz Szmidt, Tomasz „Jezus” Jach

Szkolenie „Raki-czekan-detektor”, 28-29.01.2017 – Kurs 2016

Ostatni weekend stycznia zapowiadał się bajecznie, a okazał się jeszcze lepszy. Spędziliśmy go na szkoleniu obejmującym zagadnienia z zakresu: raki, czekan, detektor. Na miejsce zajęć został wybrany czeski Pradziad. Miejsce sprawdzone przez organizatorów już w latach ubiegłych. Dzięki poprzedzeniu wyjazdu dwoma wykładami o lawinach i lawinowym ABC, mogliśmy skupić się na praktyce, co mocno zaprocentowało w trakcie zajęć.

Pradziad, fot. Adam Leksowski

Pradziad, fot. Adam Leksowski

Wyjazd w liczbach: 19 osób, 4 liny, 18 zestawów ABC, 2 dni, które przełożyły się na 15 h zajęć, z czego 14h w terenie. Mnóstwo godzin słońca. Kilkadziesiąt stanowisk i zjazdów z czekanem.

Po zameldowaniu się w miejscu noclegu, pełni energii i entuzjamu wyszliśmy na zajęcia. Szybko okazało się, ze zapału mamy aż nadto. Miejsce ćwiczeń znajdowało się niedaleko. Wybraliśmy drogę przez las, brodząc w zapadającycm się śniegu. Po chwili okazało się, że w ciągu tych kilkunastu minut zdążyliśmy zgubić połowę grupy.

IMG_1427

Podejście do miejsca zajęć, fot. Adam Leksowski

W tym samym czasie jedni rozpoczęli przygodę z sondą i poszukiwaniem zasypanego, inni usypali iglo i poznali Wysoki Kamień od dołu do góry, od góry do dołu i wszerz.

Sondowanie, fot. Aleksandra Robak

Sondowanie, fot. Aleksandra Robak

Przechodziliśmy płynnie przez kolejne zajęcia. Ucząc się metod sondowania, budowania stanowisk  oraz obsługi detektorów: jedno-, dwu- i trzyantenowych. Szybko okazało się, że różnica w obsłudze wymienionego sprzętu jest duża, a jak wiadomo, chcemy być przygotowani na każdą okoliczność. Czas jednak nieubłaganie upływał. Korzystając z idealnych warunków i stoku opuszczonego już przez narciarzy podeszliśmy w okolice wyciągu. Podejście wynagrodził nam przepiękny zachód słońca i widoczność jakiej w przyćmionych smogiem miastach dawno nikt z nas nie widział. Skoro już dotarliśmy na szczyt, pora na zjazd z czekanem w dół! 🙂

Zdjęcie grupowe, fot. Adam Leksowski

Zdjęcie grupowe, fot. Adam Leksowski

Nasza kursowa kadra zadbała, żeby praktyki nam nie zabrakło. Po kolacji zmierzyliśmy się z ciemnością, temperaturą i, co najważniejsze, z zasypaniami i detektorami. Ćwiczenia, które miały potrwać tyle, ile trzeba, trwały tyle, ile tylko się da. O ile obsługa łopaty lawinowej nie różni się od łopat używanych na działkach, o tyle różnica w obsłudze różnych detektorów dała o sobie znać kolejny raz. Świadomi znaczenia, jakie powyższe ze sobą niesie, ćwiczyliśmy do oporu. W tym miejscu pragnę podziękować Adamowi, Robaczkowi, Marcinowi oraz Oli, którzy dzielnie nad nami czuwali pomimo zmniejszających się: temperatury i długości nocy.

Wieczorne ćwiczenia z detektorami, fot. Tomasz Jach

Wieczorne ćwiczenia z detektorami, fot. Tomasz Jach

Kolejnego dnia słońce znów skutecznie przegoniło wszystkie chmureczki prezentując idealnie czyste niebo. W takiej aurze zmierzyliśmy się z dalszą częścią szkolenia. Zaczęliśmy od wkręcania śruby lodowej w niewielki lodospad. Ćwiczyliśmy asekurację wpadającego do szczeliny, budowę stanowisk i hamowanie czekanem. Ostatnie według wybranego przez siebie scenariusza. Dominował poślizg w kombajnie i na foliowym worze, niektórzy zacięcie trenowali opanowanie sytuacji w zjeździe głową w dół. Przeprowadziliśmy kolejne testy detektorów oraz zapoznaliśmy się z zestawem do badania pokrywy śnieżnej i oceną ryzyka lawinowego.

Hamowanie czekanem, fot. Aleksandra Robak

Szkolenie odbyło się przy idealnych warunkach śniegowych i temperaturowych, we wspaniałej kursowej atmosferze i utwierdziło nas w przekonaniu, że dopiero liznęliśmy tematu jakim są lawiny. A z tymi najlepiej nigdy się nie spotkać.

PS. Szczególne podziękowania dla:

  • Adama za poświęcenie zdrowia, a także czasu i sprzętu oraz wszelkie udzielone instruktarze. Jak Beti to pięknie ujęła: „Nawet nie wiecie, jak przyjemnie czerpie się wiedzę od osób, które chcą się nią podzielić, a nie tylko poszpanować, że coś wiedzą!”.
  • Oli, która dzielnie znosiła nasze sondowanie na swoich pośladkach :).

Tekst: Dorota Teodorczyk
Zdjęcia: Adam Leksowski, Aleksandra Robak, Tomasz Jach
Film: Beata „Beti” Nawrotkiewicz i Maciej „Luźny” Cepin

Speleokonfrontacje 2016

Jak się wygrywa Speleokonfrontacje. Poradnik.

  1. Motywacja

Najpierw napisali:

Speleokonfrontacje 2016 odbędą się w dniach 18-19-20 listopada. Rezerwujcie czas.
Jest to spotkanie grotołazów z całej Polski, połączone z prezentacją dokonań poszczególnych klubów – zazwyczaj filmy z wypraw. Jest też okazja posłuchać naszego klubowego zespołu Chałos w pełnym składzie, kupić sprzęt i odzież jaskiniową.

Może warto sklecić jakiś kursowy film na prezentację- czas do 10 minut. Co WY na to??

Ale zaraz potem dodali:

Ale jeśli film o XXV-leciu wypraw do Picos będzie tak dobry jak zapowiada B… to konkurencja będzie duża. A wiadomo jak się wygrywa Speleokonfrontacje 😉 A Picos to Picos… (Broń Boże nie chcę Was zniechęcać! Zróbcie zajebisty film i startujcie!)

Brzmiało jak rzucenie rękawicy. Ładna taka, to co będzie leżeć. Podnieśliśmy.

  1. Duuużo filmów + iskra z pomysłem

Dyski komputerów zatykają gigabajty filmików, które odkładane „na później” rzadko kiedy są z tych czarnych dziur wyciągane. Ale skoro się już podniosło rękawiczkę, to trzeba było zajrzeć do tej przestrzeni niczyjej (tzn. dyskowej) i zobaczyć, czy aby zgromadzone obrazki ruchome do czegoś się przydadzą. No coś tam ludzkiego było. Tylko jak to poukładać, żeby było trochę sensu i trochę logiki? By publika z nudów nie umarła, a klub nie musiał się wstydzić za „szczawiki”…

Przecież filmiki są albo pozbawione zupełnie głosu, albo brzmi on… no lepiej nie mówić (gdyby użyć zwrotu „z dna studni” obrazilibyśmy studnię).

I nagle pstryk! Zróbmy niemy film. Skoro niemy, to w ogóle w konwencji starego kina: sepia, filtry, muzyka od tapera, plansze z napisami. I gatunek komediowy (nikt nie musi wiedzieć, że to niekiedy śmiech przez łzy).

  1. Zgrany Gang

Brakowało rozbiegówki i zakończenia. Ale od czego jest cały kurs? Rzucone hasło – przyjdźcie i weźcie kombajny. No może wszystkich nie było, ale crème de la crème wystarczy. Klubowicze patrzą i pukają się ukradkiem w czoło, ale co to dla nas. Nie mówiąc już o tym, że tylko dwie osoby wiedziały, po co to wszystko jest 🙂

Zobaczcie rezultaty tej pracy (przyp. red.):

  1. Przedpremiera, czyli przekonać nieprzekonanych

Plan był taki, żeby była niespodzianka dla wszystkich, czyli projekcja dopiero na Speleokonfrontacjach. Ale zaraz pojawiają się wątpliwości – a jeśli to jest beznadziejne? a jeśli nie pasuje do konwencji? a jeśli lepiej się nie ośmieszać? No to robimy pokaz, ale tylko jeden. Kto był, ten widział, inni musieli poczekać.

I… uff ci, którzy oglądają, śmieją się, czyli jest ok, możemy wysyłać. Jeszcze tylko abstrakt w stylu filmu (był pomysł na bardziej hardcore’owy), jeszcze tylko making off (którego nikt nie widział) i ziuuuum. Poszło. Przyjęli, nawet napisali na wydarzeniu facebookowym, żeby innych zmotywować.

  1. Odstresowanko

Piątkowy wieczór w Podlesicach. Pogaduszki, popijanko, tańce. Ale oczywiście temat filmu się pojawia tu i tam. Esz, nie pozwalają zapomnieć. W nocy sen: puszczają na ekranie jakieś nudy, jakieś dziwolągi, wszyscy ziewają, a ja wstaję i ze łzami w oczach mówię, że to nie jest nasz film, bo nasz był śmieszny przecież. Brrrr.

Cóż może być lepszego na odstresowanko, niż wstać  skoro świt – mimo niesprzyjających warunków wewnętrznych i zewnętrznych – i pójść do dziury. Ach cóż to było za wyjście! 13 osób i jedna ukryta jaskinia. Stoimy w środku lasu i słyszymy, że to tu. Taaa tu – ciekawe gdzie. Wejście do jaskini Józefa maskuje kupka kamieni położona na paru deskach.

IMG_4156
Odwalamy to szybko i hop, hop (to znaczy kursowe: hooop, hooooooop, wolnaaaa, hop) do środka. Akurat na czas, bo zaczyna porządnie lać. Jaskinia jest wąska (ale bez przesady), ma nacieki (jeszcze ma), wszyscy się w niej mieścimy i nawet nie ma dużych tramwajów. Poręczujemy dwie niezależne studnie, które spotykają się na dole. Idziemy wszyscy razem najpierw w partie wschodnie – ale bez wchodzenia w miejsca, w których wieje grozą. Potem w zachodnie – tam też straszą luźne wanty. Robimy foty, jemy, pijemy. Niektórzy wychodzą szybciej, unikając tym samym szoku wiszenia. Reszta siedzi, dopinguje i trzyma kciuki. Na górze oglądamy – podobnie zamaskowane – wejścia do dwóch kolejnych dziur. W Rysiej (Rysia?) jest ekipa, więc już tam nie wejdziemy – maskujemy im wyjście, ot tak, dla zabawy. Na Jaskinię Spełnionych Marzeń przy tak licznej grupie nie mamy już czasu. Trzeba będzie tam przybyć innym razem. Pędzimy do Podlesic.

IMG_4139

  1. Pokaz

Stało się, puszczają nasze dziełko na wieeeelkim ekranie. Co prawda czołówka została wyciszona, a nasze serca zamarły, czy to aby nie awaria. Ale po chwili wszystko działa jak należy, chyba nikt się nie domyślił. Leci. Są śmiechy, są brawa. Ufff, stres odpuszcza. Potem chyba się odbywa jakieś nagabywanie, grożenie i szantażowanie, ale bez naszego udziału, więc nic o tym nie wiemy.

Po wszystkich filmach siedzenia nas trochę bolą, choć higieniczne przerwy na rozprostowanie kośćca wykorzystywaliśmy. Jest zabawa. Chałos daje czadu, potem pałeczkę przejmuje didżej. I tak do czwartej. Podobno.

IMG_4252

O drugiej, w pijackiej malignie, wymyślamy, że może by tak pójść do dziury. Dobrze, że nie mamy siły.

  1. Triumf

W niedzielne przedpołudnie zajmujemy pierwsze rzędy. Na stołach przed nami piętrzy się góra sprzętu wszelakiego – nagrody. Oj, żeby wstydu za dużo nie było, bo się ludzie bardziej i mniej znani znacząco uśmiechają. A publika wiadomo – nieprzewidywalna w gruncie rzeczy. Dobrze, że z tych pierwszych rzędów nie widać, że wszystkie miejsca siedzące są zajęte, a i trochę ludzi stoi z tyłu. Publika przyszła, bo z tego stosu nagród sporo jest do wylosowania.

Najpierw jury ogłasza swoje typy, czyli poważne, merytoryczne filmy o eksploracjach w jaskiniach dalekich oraz głębokich lub nietypowych. Zwycięzcy to wyjadacze, wiedzą jak się zachować, uścisnąć dłoń, uśmiech do aparatu. Profeska.

Potem ogłoszenie nagrody publiczności. Na trzecim nas nie ma, na drugim też nie… Nasze dziełko „Każdy kiedyś był kursantem” wygrywa, w liczbie oddanych głosów podobno deklasuje pozostałe prezentacje. Idę, gdzieś się chyba potykam, komuś nie ściskam dłoni (uścisk dłoni był, dowód na zdjęciu poniżej – przyp. red.), za to kurczowo trzymam pamiątkową kostkę (podobno w ubiegłym roku spadła i się rozwaliła). Gadam trzy po trzy przez mikrofon, jak na Oskarach co najmniej 😀 (Jestem zobowiązana zdementować błędne przekonanie Beti. Mówiła najlepiej ze wszystkich nagrodzonych. Zwięźle, wyraźnie i przede wszystkim na temat! – przyp. red.). Pamiętam, że dziękowałam klubowi, kursowi i Luźnemu, którego, nie wiem czemu, nie zabrałam na środeczek. Nagrodę wybieram taką, jak ustaliliśmy wcześniej – linę. Nazwiemy ją „Dar Kursu” i przekażemy do magazynu.

IMG_9993

Tekst: Beata Nawrotkiewicz
Zdjęcia: Adam Leksowski

Kamieniołoming V2 – 03-04.09.2016

Na początek zagadka – które zdanie, opowiadające o minionym weekendzie, jest fałszywe?

Jak skakać ze skał do wody tak, żeby się nie tylko nie zabić, ale i mieć z tego ubaw

Jak zachować zimną krew na wahadle

Jak oddychać pod wodą i się nie utopić

W pierwszy wrześniowy weekend odwiedziliśmy dwa trzy dolnośląskie kamieniołomy. Nad pierwszym dumali mądrzejsi od nas i wydumali, że nic z niego nie będzie, czyli nie da się skakać, bo płytko, a i zrobienie wahadła jest trudne, bo ściany daleko. Drugi był Zimnik i radocha dla każdego – tyrolki z finalnym zrywaniem gaci spod uprzęży, wahadła z wrzaskami* i bliskimi spotkaniami z jarzębinkami, skoki do wody z coraz to wyższych półek skalnych, zjazdy do wody, pływanie, nurkowanie i namawianie psów, żeby wróciły. W Zimniku, o dziwo, wcale nie było zimno, a te rozkoszne harce zajęły nam cały dzień.

14184412_1082317481852845_6379837892444058112_n
14184558_1222951261060545_4662866902686760358_n

W niedzielę ruszyliśmy ćwiczyć poręczowanie i przepinki (kursanci) i ćwiczyć kursantów (klubowicze, w tym Kierownik we własnej osobie). Jezus zmontował wahadło, któremu przyglądali się wszyscy obecni tego dnia w kamieniołomie, zawzięcie dopingując tych na krawędzi. Ich krzyk „Skacz, maleńka” w stronę Gosi, u której rozsądek walczył (i w końcu wygrał) z brawurą, doprowadził nas do łez.

14199385_1223972374291767_7864748197589496686_n

Poza tym zrobiliśmy akcję transportową sprzętu nurkowego, bo znalazło się kilkoro śmiałków, którzy oddychali pod wodą i wyszli z głębin z bananem na twarzy.

14195987_1223972287625109_7996547522935744852_o

Podobno pierwsze kilka lat życia kształtuje osobowość człowieka. Chyba podobnie jest z pierwszym nurkowaniem. Tak jak babcinym seplenieniem i zdrabnianiem – „a cio to? a kto ma takie maluśkie paluśki?” można zrobić człowiekowi krzywdę na całe życie, tak samo łatwo obrzydzić komuś podwodne eskapady. Z tym większym bagażem odpowiedzialności i świadomością powagi chwili „brałem na warsztat” nasze klubowe „oseski”. Jedno muszę stwierdzić z całą stanowczością i bez podlizywania się – to mocni zawodnicy, przed którymi, jeżeli tylko będą mieli ochotę, świat podwodny stoi otworem. Mam porównanie, wprowadzałem już w arkana nurkowania różnych śmiałków, w różnym wieku, płci obojga. Strażaków, żołnierzy, urzędników, maturzystów i księgowe. Zdarzało się, że „twardzi zawodnicy „wymiękali” a „kury domowe” stawały się świetnymi nurami. Początki prawie zawsze podobne – rozszerzone oczy (ze strachu? ciekawości?) przyspieszony oddech (ze zdenerwowania? ekscytacji?) nieskoordynowane, niepewne ruchy. Ola – ostrożna, wsłuchana w siebie. Mimo kłopotów z cieknącą maską z takim bananem na twarzy, że bałem się, że automat zgubi. Mario skoncentrowany, zadaniowy. Trząsł się z zimna jeszcze zanim zaczęliśmy, ale twardo parł do przodu.  Marcin – znaleźć zegarek na pierwszym nurku? no, no  niezły fart. Przemek tak pracował płetwami, że mogłem sobie odpocząć i pozwolić się holować. Biedny Jezus który najwięcej się natargał sprzętu w końcu nie zanurkował. Następnym razem idzie pierwszy 🙂

Tekst: Beata Nawrotkiewicz, Maciej „Luźny” Cepin
Zdjęcia: Tomasz „Jezus” Jach, Tomasz Utkowski, Aleksandra Robak, Maciej „Luźny” Cepin

*Krzyk dodaje nam skrzydeł! Ale z zimną krwią niewiele ma wspólnego. Zdanie nr 2 jest fałszywe 🙂