Majówka w Raju 2016

“Do zobaczenia w raju!”

Tymi słowami zaczęła się wyprawa klubowiczów Speleoclubu Wrocław na tegoroczną majówkę. Odbyła się ona na Słowacji i wzięły w niej udział w sumie 24 osoby. Dzięki determinacji Agi Majewskiej, zamiast namiotów, mieliśmy do swojej dyspozycji domek w Hrabusicach. Warto podkreślić że było z niego blisko i do pysznej lokalnej knajpki, gdzie każda pozycja w menu wywoływała entuzjazm, i do wspomnianego już Słowackiego Raju.

Motorem do wyprawy było zwiedzanie ze słowackimi grotołazami ze Speleoklubu „Slovenský raj” Jaskini Strateńskiej, będącej częścią strateńskiego systemu jaskiń. Znajduje się ona w pobliżu miejscowości Stratena, ok. 35 km na południe od Popradu. Inne jaskinie w tym systemie to m.in. Dobszyńska Jaskinia Lodowa i Jaskinia Duca, udostępnione dla zwiedzających. Jaskinia Stratena nie jest udostępniona dla wszystkich turystów, choć bywa w niej wielu grotołazów. Dla naszego klubu  jaskinia kłódkę na co dzień zabezpieczająca metalowe drzwi została otwarta i mogliśmy zacząć wycieczkę wgłąb ziemi.

IMAG3364

Podczas zwiedzania dowiedzieliśmy się, że jaskinia ma 26 km długości, rozbudowany system korytarzy i olbrzymią różnorodność jeśli chodzi o zjawiska krasowe. Piony oporęczowane są tam drabinami. Mieliśmy okazję zobaczyć stalaktyty, stalagmity, gnaty, las postaci w Bajkowej Sali powstałych z nacieków, a także wiele olbrzymich komnat, niespotykanych w polskiej części Tatr. Szlak wyznaczony jest traserami, Słowacy w ten sposób dbają by entuzjaści jaskiń nie zniszczyli swoją wszędobylskością szaty naciekowej. Średnia temperatura w jaskini to 5 C, ale nieznacznie spada w miarę zbliżania się do części położonej bliżej partii lodowej, w północnej części masywu Duc. Jaskinia w dalszym ciągu jest eksplorowana, a Słowacy wspominali także o połączeniu z Dobszyńska Jaskinia Lodowa jednym z korytarzy. Gdyby klubowicze z SCW mieli ochotę powiercić i pokopać w Stratenie, to jesteśmy mile widziani, aby pomóc Słowakom.

Po przecioraniu przez Strateną, odpoczęliśmy przy piwku w lokalnej knajpce. Niestety, zdjęć nie robiliśmy, choć dzięki obecności Agi z kamerą, na pewno kiedyś trafi nam w ręce krótka relacja filmowa z tego miejsca.

Pozostałe dni klubowicze spędzali wędrując szlakami Słowackiego Raju, do którego mieliśmy rzut beretem. Z miejscowości Hrabusice, w której mieszkaliśmy, należało przejść przez pole na skróty, aby już po ok 20 minutach być na początku szlaku. Do wyboru było wiele tras, więc też każdy wybierał co mu bardziej odpowiadało. Gdyby tak zsumować to pewnie złaziliśmy większą część Raju, włączając Przełom Hornadu, trasę wzdłuż potoku Sucha Bela, taras widokowy Tomášovský výhľad w okolicy Spiskich Tomaszowic, a takze kilka dróg wspinaczkowych u jego podnóży. Odwiedzieliśmy Klasztorisko (ruiny zamku kartuzów), gdzie piwo było tańsze od wody <sic!>. Humorów poprawiać nie trzeba było, ale gdyby się tak akurat zdarzyło to widok Tatr od strony słowackiej podnosił na duchu każdego. Był też plan na spływ kajakowy (ale okazał się za daleko, ceny wysokie a chętnych brak) i termy, ale nie można mieć wszystkiego na raz, a doba ma tylko 24 h.

6

Wieczorami wszyscy snuli opowieści starych grotołazów, ale co się zdarzyło w Vegas, zostaje w Vegas.

Szkoda było zostawiać za sobą Tatry, gdy wszyscy klubowicze szykowali się do powrotu. Koniec długiego weekendu zmuszał do kreatywności w unikaniu korków, więc i strategii powrotu było wiele. Zakup lokalnych piw, cofoli i lentilek na drogę odbywał się oczywiście w Tesco. I właśnie spod Tesco w Popradzie widok na Tatry jest najpiękniejszy, na zakończenie udanego wyjazdu. Czego i Wam życzę!

Tekst: Nina Sołtysek
Zdjęcia: Agnieszka Majewska, Aleksandra Robak, Łukasz Tatoń

Obóz wspinaczki skałkowej – Kurs 2014

W dniach 3-6 lipca odbyliśmy kurs wspinaczki skałkowej. Nasz skład to: ja czyli Seba, Marcin, Łukasz, Gocha oraz nasz instruktor Sebastian Lewandowski, pseudonim „Lewy”.

Dzień 1.

Z „Lewym” umówiliśmy się w Wałbrzychu pod Auchan. W związku z tym, że my nie znaliśmy jego, a on nas, czekaliśmy na siebie jakieś 20 minut na parkingu w odległości 50m. Na szczęście telefonia komórkowa w Wałbrzychu działa i udało nam się w końcu odnaleźć. Chwila zapoznania, przerzucenia sprzętu i ruszamy. „Lewy” powadzi nas do Zagórza Śląskiego w którym spędzimy pierwszy dzień.

W trakcie drogi krótki wywiad środowiskowy, co kto miał wspólnego ze wspinaniem, z którego okazuje się, że wszyscy w jakimś stopniu już liznęli tego sportu. Najmniej doświadczenia oczywiście miałem ja… gdyż moje doświadczenia kończyły się na ściance wspinaczkowej, jedynie z asekuracją „na wędkę”. Z tej okazji nie mogłem się już doczekać pierwszych prób „z dołem” i to w skałach.

1 (1)

Ok. Dotarliśmy na miejsce, chwila na przebranie, podeszliśmy pod dość prostą skałkę i rozpoczęliśmy zabawę. Początek to sprawdzenie naszych umiejętności, jak radzimy sobie w skale – wyszło chyba nie najgorzej, w końcu bardzo zdolna grupa. Po kilku wejściach na wędkę nadchodzi długo wyczekiwana dla mnie chwila – startujemy z dołem. Jest trochę strachu ale jak trzeba to trzeba. Szybko okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Co prawda miałem początkowo problemy jak wpiąć linę w ekspresy, ale po kilku słowach instruktarzu w końcu ogarnąłem. Reszta oczywiście wiedziała co i jak więc nie był to dla nich żaden problem. Jeszcze kilka przejść i robimy przerwę w której Lewy zaprzyjaźnia nas ze sprzętem do „Tradu” czyli wspinaczki tradycyjnej na drogach nieubezpieczonych.

Poznajemy te dziwne twory jak: kości, friendy, heksy, jebadełko… Pokazuje nam jak co działa, gdzie to wciskać itd. Później jeszcze trochę wspinaczki, oczywiście już tylko z dołem i kończymy pierwszy dzień zajęć.

Wróciliśmy do Wałbrzycha gdzie spędziliśmy nasz pierwszy nocleg. Skorzystaliśmy z gościnności tamtejszego klubu. W tym samym dniu Wałbrzyski klub miał rozdanie kart Taternika Jaskiniowego, także załapaliśmy się jako goście. Zarząd przygotował dla kursantów małą dopytkę przed rozdaniem kart. Były pytania, zadania no i oczywiście dobra zabawa 😉

3

Dzień 2.

Rano okazało się, że w podróży przybył nam dodatkowy członek, a dokładniej znaleziony przez ekipę taboret ( zresztą leży już w klubie we Wrocławiu, także można podziwiać). Dzień drugi spędzamy w Pełczy. Był to kawał dobrej nauki. Uczyliśmy się budowania stanowisk, przepinania liny w różnych wariantach, przewiązywania przez punkt, zjazdu na podwójnej linie itd. Wszystko to praktycznie same nowości, także każdy słuchał z zaciekawieniem. W praktyce wszystko wychodziło całkiem nieźle. Trochę tego było więc nim zdążymy się obejrzeć, mija cały dzień.

Na kolejny umówiliśmy się już w Rudawach Janowickich. Postanawiamy od razu pojechać w Rudawy, a z Lewym mieliśmy się zobaczyć bezpośrednio pod skałą. Bardzo wesoło spędziliśmy końcówkę dnia na poszukiwaniu noclegu pod chmurką. Ostatecznie padło na małą polankę nad samą rzeką Bóbr. Zaparkowaliśmy, chwila zastanowienia i wszyscy wylądowali w rzece na szybkiej kąpieli. Po dwóch dniach bez wody nikt nie mógł się oprzeć Potem ognisko, kiełbaska, piwko i meczyk Mistrzostw Świata w piłce nożnej obejrzany na komórce. Aha, w między czasie okazało się, iż nasza polanka jest terenem prywatnym. Na szczęście po krótkich negocjacjach i obietnicach, że pozostawimy po sobie porządek, mogliśmy zostać. Noc mija spokojnie, część śpi w namiotach, część w samych śpiworach pod gołym niebem.

4

Dzień 3.

Rano szybkie śniadanie, pakowanie i ruszamy w wyznaczone miejsce. Spotykamy się punktualnie o 9 i zaczynamy dalsze szkolenie. Czas na kolejne nowinki. Startujemy od nauki osadzania asekuracji w sposób tzw. tradycyjny. Każdy dostaje swój zestaw i ma za zadanie zbudować w poprawny sposób stanowisko asekuracyjne. Po małych poprawkach ogarniamy temat. Pora na wspinaczkę na własnej asekuracji – ale jak temu zaufać? Nie było lekko Po pokonaniu kilku dróg przechodzimy pod kolejną skałę, a ta wydaje się być olbrzymia. Jak tam wejść i jeszcze zaufać czemuś co ma nas niby zabezpieczać?

7

Okazuje się, że drogi nie są zbyt wymagające, wszyscy pokonali je bez większych trudności przy okazji ucząc się poruszania na drodze wielowyciągowej oraz budowania w tym celu stanowisk. Co chwila zmienialiśmy się drogami jak i tym kto na danej drodze prowadził, kto asekurował i tak minął nam kolejny dzień, po którym jest wieczór, a tam piwko, dzielenie się wrażeniami, rozmowy o niczym i sen. Dziś na kolację zrobiłem sobie prawdziwą ucztę – pierogi ruskie? Otóż można je ugotować w kuchence turystycznej.

Dzień 4.

Dzień czwarty, ostatni, również spędziliśmy w Rudawach ale w troszeczkę innej ich części. Ostatecznie wylądowaliśmy w Janowicach Wielkich nad „jeziorkiem”. Była to kolejna walka z Tradem. Osadzaliśmy własne punkty asekuracyjne, wchodziliśmy, zjeżdżaliśmy i tak w kółko. Uczyliśmy się też patentów na blokowanie przyrządu asekuracyjnego oraz jego odblokowywania. I tak pomału doszliśmy, niestety do końca naszego szkolenia. Jeszcze na deser robiąca na nas olbrzymie wrażenie turnia. Tu nie wszyscy odważyli się osadzać własną asekurację – np. ja Pewniej czułem się gdy zrobił to Lewy, a ja sobie wszedłem na wędkę.

8

Widok niesamowity no i olbrzymia frajda. Niestety był to już koniec. Niestety, ponieważ nawet przez chwilę nie przypuszczaliśmy, że nauczymy się tak wiele. Seba to naprawdę świetny instruktor, polecamy go wszystkim!

Tekst: Sebastian Radziszewski, Kurs 2014

Strzeblów hakowo… czyli niedzielna wycieczka wspinaczkowych profanów, 06.10.2013

Niedobór wolnego czasu to przekleństwo dzisiejszych czasów… Niemniej jednak w niedzielę, 6 października, znaleźliśmy z Konikiem w końcu chwilę czasu, by zrealizować pomysł przygotowania szkoleniowych dróg do nauki hakówy. Strzeblów wydał nam się najbardziej odpowiednim miejscem i tam też pojechaliśmy (http://www.eksploruj.com.pl/sudety-climb.php).

Pogoda trafiła się nam piękna i chyba był to jeden z ostatnich, tak ciepłych weekendów w tym roku. Drogi poprowadziliśmy dwie:

szczeblow-hakowo

Pierwszą poprowadził Koń i przebiega ona nieco na prawo od „Gwiazdki” VI.1. Wszystkie punkty (HSA) zostały osadzone przez nas i droga nie wykorzystuje innych istniejących „w ścianie”. Została ona zrobiona z wykorzystaniem Raumer’owskiego Stick-Up’a (http://www.cavediggers.com/RaumerStickUp2007.pdf ).

Drugą drogę robiłem ja, ale już z wykorzystaniem klasycznego zestawu czyli ławy na tradycyjnych fifkach, a do punktów dociągałem się z kontrfifek. Droga startuje nieco na lewo od „Gwiazdki” VI.1, biegnie z odchyleniem ok. 45° w lewo, przecina „Hokeja” VI.1+, „Antyhokeja” VI.2 i wchodzi w „Obrazki” VI.1 na wysokości pierwszego ringa. Biegnąc wzdłuż „Obrazków” droga wykorzystuje wszystkie ringi, a co drugi punkt jest naszą kotwą HSA.

Na obu drogach przy instalowanych przez nas kotwach stosowaliśy dwuotworowe plakietki Raumer Alien (http://www.raumerclimbing.com/), które w przypadku hakówy znacznie porządkują sytuację na punktach, rozdzielając funkcję „asekuracyjną” od „operacyjnej”. Sporej średnicy górny otwór zapewniał bezpośrednie wpinanie się kontrfifką, co dawało spory zysk i dalekie wysięgi również przy wspinaniu z tradycyjnym zestawem.

Zachęcamy do ćwiczeń

Paweł Koń Michalski, Marek Stahoo Jędrzejczak

Kursowy wyjazd wspinaczkowy, 27-29.05.2011 – Kurs 2011

Jak wiadomo człowiek uczy się na błędach, własnych lub cudzych. Z tego też względu, ku przestrodze innych kursantów, relację podzieliliśmy na dwie części, to co zrobiliśmy źle i to co zrobiliśmy dobrze.

01

Część pierwsza – to co było źle:

  • Pierwszego dnia Arek zaspał i nie dojechaliśmy na czas
  • Arek tuż przed wyjściem do Jaskini Józefa udał się do kuchni i wrócił z przeciętym na pół lonżem
  • Kaśka zdemontowała drogę innym wspinaczom, zbierając ich kości
  • Arek złoił drogę bez asekuracji, bo źle osadził kości
  • Kaśka złoiła drogę bez asekuracji, bo nie słuchała komend
  • Adam zaklinował się w kominie, a Arek kazał mu krzyknąć: „mam auto”
  • Zapiliśmy i zaspaliśmy drugiego dnia
  • Arek, wracając z jaskini, pojechał jednokierunkową pod prąd
  • Justyna nie miała butów wspinaczkowych
  • Pyka przy głównym stanowisku wpiął się w lonżę Arka
  • Adam uznał, że stopy Arka to dobre stopnie na nogi i wykorzystywał je w czasie wspinania
  • Justyny było za mało
  • Justyna z Kaśką zgubiły kość na drodze
  • Wszyscy co najmniej raz zaliczyli glebę na płaskim
  • Padał deszcz
  • Adrian usilnie unikał asekuracji
  • W Jaskini Józefa zabrakło nam liny przy poręczowaniu (ale niedużo)
  • Maślanka przyjechała drugiego dnia, po czym po 30 minutach wróciła do Wrocławia
  • Kombinowaliśmy jak uciec z zajęć do Michałowej
  • Wyzywaliśmy innych wspinaczy od pedałów skałkowych

03

Część druga – to co było dobrze:

  • Kaśce raz wyszło założenie stanowiska
  • Przeżyliśmy.

Koniec

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

PS. Lista dróg:

  • Mała grań: 4. (droga nie ma nazwy) – trudność III , 5. (droga nie ma nazwy) – trudność IV,
  • Zegarowa: 14. Ostatnia – trudność IV+,
  • Biały filarek: 1. Biały filarek – trudność III, 2. (droga bez nazwy) – trudność IV,
  • Brzuchata turnia: 40. Przez różę – trudność IV, 43. komin – trudność III, 44. Wiara – trudność VI+,
  • Turnia kursantów: 14. Rysa Rzeszutki – trudność V,
  • Leśna Turnia: 19. Ścianka ekiperów – trudność IV,
  • Kruk: 12. rysa – trudność IV
  • Blocheńska: 5. rysa – trudność IV

05

Uczestnicy:

  • Instruktor: Adrian Waluszczyk
  • Kursanci: Arkadiusz Młynarczyk, Adam Pyka, Katarzyna Szymczak, Justyna Wołowiec

06

Tekst: Arkadiusz Młynarczyk, Katarzyna Szymczak

Zdjęcia: Adrian Waluszczyk

Sokoliki

30 sierpnia 2004

Rano spotkałem się z Kubą (zaprzyjaźnionym ratownikiem GOPR) i Ewą, która chciała tego dnia stawiać pierwsze kroki na pionowych ścianach Sokolików. Wyjechaliśmy z Jeleniej Góry dość późno, ale i tak udało nam się w miarę szybko dotrzeć do Trzcińska, gdzie czekali na nas Michał Maternik i Krzysztof Rossa (obaj SCW). Po krótkim przywitaniu na drewnianym mostku, ruszyliśmy żwawo w stronę Sokolików. Po niespełna 20 minutach osiągamy cel – „Babę” i zaczynamy się wspinać. Każdy z nas jest wygłodniały po wakacjach bez wspinania. Po krótkim wspinie na „Babie” przenosimy się na „Sukiennice”, gdzie Ewa pokazuje nam swoją naturę wspinacza. Robi jedną z dróg dwa razy, ale za drugim razem wybiera zdecydowanie trudniejszy wariant – niestety ściana nie chciała ulec jej urokowi. My w tym czasie szukamy jakiejś ciekawej linii na zachodniej i południowej ścianie „Sukiennic”. Poszukiwania są owocne i wbijamy się w ścianę, gdzie zastaje nas zmrok. Tak mija pierwszy dzień wspinaczki. Kuba z Ewa wracają do Jeleniej Góry a my szukamy jakiejś łąki na nocleg. Jeszcze przed snem krótki wypad do Karpnik na piwko, (aby nie było zakwasów na drugi dzień) i spać. 1 września nie tak jeszcze dawno dzień, który kończył wakacje, a my na dobrą sprawę dopiero je zaczynamy. Robimy tego dnia jeszcze kilka przejść i po południu uciekamy do domu, niestety. Ale postanawiamy szybko tu wrócić, może za tydzień… W tekście nie ma wymienionych nazw dróg, które pokonały nas i tych, które udało nam się pokonać. Nie jechaliśmy tam robić przejść sportowych – ważne było towarzystwo i czysta przyjemność.