Zapraszamy do przeczytania relacji z wyprawy Picos de Europa 2012 opublikowanej w czasopiśmie Jaskinie 2012, numer 4 (69).
Autor: Tomasz Utkowski
Zapraszamy do przeczytania relacji z wyprawy Picos de Europa 2012 opublikowanej w czasopiśmie Jaskinie 2012, numer 4 (69).
Autor: Tomasz Utkowski
Pierwotnie wyjazd był planowany w całkiem inne rejony, w całkiem innym składzie, ale cel był jeden – kaniony. Ostatecznie jednym autem (Zbychowym Audi), w czteroosobowym składzie (Alina Klaub-Grzela, Zbyszek Grzela, Grzesiek „Docent” Badurski – SDG i ja) wylądowaliśmy na Camping Lago 3 Comuni (http://www.lago3comuni.com/) nad jeziorem Lago di Cavazzo w Friuli-Wenecji Julijskiej.
Zdecydowaliśmy się na „kemp”, aby zaoszczędzić sobie codziennych decyzji w zakresie „gdzie śpimy”. Dzięki temu, wieczorami, zamiast zaliczać kolejne „krzaki”, które by były tymi właściwymi na nasz wieczorny spoczynek, mogliśmy mile spędzać czas nad jeziorem na tzw. „goścince”. Codzienne dojazdy do kanionów, dzięki położeniu kempingu były krótkie, co zachęcało do dodatkowych postojów na cafe, cafe late a czasami samo late – co kto lubi.
Mając jedno auto, wyjazd nie byłby taki udany, gdyby nie Alina. Dzięki Alinie mogliśmy liczyć na to, że „po kanionie” będziemy mieli transport inny niż nasze, z każdym dniem coraz bardziej wymęczone, nogi. Podczas gdy my odwiedzaliśmy kolejne kaniony Alina zwiedzała okolicę, czy to pieszo, czy to w sposób zmotoryzowany, snując potem opowieści o miejscach, które dla nas z racji „parcia na kaniony” były nieosiągalne. Niemniej jednak, kończąc kaniony, w czasie z reguły krótszym niż przewodnikowy, znajdywaliśmy niekiedy czas by coś jeszcze zobaczyć w najbliższej okolicy.
Sobotę, 23.06 poświęciliśmy na dojazd. Jadące z Jelonki Audi najpierw zabrało mnie spod Wrocka, potem Docenta z Gliwic. Wieczorem byliśmy już na miejscu.
W niedzielę „na rozruch” wybraliśmy króciutki kanion Brussine. Mgliście opisane dojście trochę nas niepokoiło, ale ostatecznie bez problemów i jak „po sznurku” trafiliśmy. Sam kanion, bez większych fajerwerków, ale za to i bez niezbyt ulubionego przez nasz „marche aquatic”. Efektowna końcowa kaskada, z widokiem na Chiusaforte i dolinę Fella rekompensowała „trudy” podejścia. Z drugiego brzegu rzeki Alina mogła doskonale „podziwiać” nasze poczynania. Końcowym akcentem całej zabawy było przeprawienie się na drugą stronę rzeki Fella, gdzie czekał już na nas samochodzik. Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu okolicy.
Poniedziałek zapowiadał się deszczowy. Prognozy wskazywały na to, że jeszcze do południa może będzie ładnie, ale po południu deszcz. Nie pozostało nam nic innego jak wybrać kolejny krótki kanion i tym sposobem bez podejścia podjechaliśmy na początek Rio Lavarie. Przyjemnie tyle, że krótko. Grubo przed 11:00 byliśmy już „po” a pogoda jak „drut”.
Jedziemy do Tolmezzo, spędzamy w miasteczku dłuższy czas a pogoda nie chce się „zepsuć”. Decydujemy się na jeszcze jeden krótki kanion Rio Frondizzon. Tu dla odmiany dojście było. Większość korytem rzeki z nadzieją, że za kolejnym zakrętem „to już”. Sam kanion konkretny. U wylotu czeka już Alina. Nie zdążyliśmy się do końca przebrać jak pogoda w końcu się „zepsuła” i do auta wsiadaliśmy w strugach deszczu. Kolejna kawa w Tolmezzo i po ok. 2 godz. znów mamy słońce. Na trzeci kanion nie mieliśmy już ochoty…
Rio Simon to teoretycznie najfaniejszy kanion z tych, które sobie zaplanowaliśmy. Aby docenić jego walory nie czekamy na zmęczenie i znużenie kolejnymi dniami tylko „atakujemy” go we wtorek. Podobno jego górna część jest mało atrakcyjna, więc decydujemy się na wariant „popularny”. Decyzja o tyle dobra, że podejście niczego sobie, a upał nie rozpieszcza. Simon absolutnie nas nie zawiódł. Wszystko jak w opisie: urzekająca sceneria, bajecznego koloru woda, skoki, jednym słowem wszystko, co najlepsze w kanionie. Mogłoby być więcej…
Przed powrotem na „kemp” zwiedzamy jeszcze zniszczoną w latach siedemdziesiątych przez trzesienie ziemi Gemonę.
Środa. W odróżnieniu od słonecznego Simona, do wąskiego, głęboko wciętego, o pionowych i wysokich ścianach Chiantone słońca dociera niewiele. Propozycja w sam raz na upalne dni. Start nieco powyżej mostu, do którego dojeżdżamy Zbychowym Audi. Most okazuje się „nieszczęściem” tego kanionu, o czym przekonujemy się tuż po jego minięciu. Jest on „zrzutnią” wszelakich śmieci. W skądinąd ładnym kanionie spotkać można dosłownie wszystko z autem osobowym włącznie. Kanion jest na tyle wąski, że nie da się przejść „obok”. W śmieciach się brodzi a wykonanie skoku czy toboganu stoi pod znakiem zapytania, bo nie wiadomo, na co się natkniemy pod wodą. Z wąskiego Chiantone wpadamy do nieco szerszej Vinadii a większość śmieci zatrzymuje tama. W samej Vinadii jesteśmy pod wrażeniem pochodzącej podobno z lat 60 XX w starej zniszczonej już via ferraty, ciągnącej się od tamy aż do samego wylotu.
Przed wieczorem jedziemy na widoczne z naszego „kempu” startowisko glajtów i lotni, poobserwować z bliska to, co oglądaliśmy codziennie do tej pory z daleka…
W czwartek za cel obieramy kanion Nowarzza, który wpada do Lumiei. Pierwszy jest bardziej „linowy”, drugi bardziej „wodny”. Oczywiście postanawiamy zrobić oba. Do początku Nowarzza prowadzi wygodna ścieżka do obsługi położonej powyżej tamy. Kończy się ona przed zamkniętym tunelem skąd 60 m, nieco kruchym zjazdem, docieramy do osi kanionu. Kruchość zjazdu na własnym nosie odczuł Zbychu, przy ściąganiu liny. O ile w środę „prześladowały” nas śmieci „techniczne” o tyle w czwartek „organiczne” w postaci potopionych gryzoni i jednej kozy. To już drugi kanion, w którym pomimo ogromu wody pić się chce niesamowicie. Szkoda, bo kanion dosyć ładnie położony a mnogość bocznych dopływów w Lumiei, zwłaszcza przy ładnej pogodzie, podnosi jego atrakcyjność.
Po kanionie jedziemy na tamę, która zamykając rzekę Lumiei tworzy Lago di Sauris. Potem udajemy się na przełęcz pod Monte Pura, gdzie w schronisku delektujemy się obowiązkową kawą i lokalnym winem.
Z naszym piątkowym celem, Rio Prealba lub Tralba, dopływie rzeki Alba mamy mały problem. Posiadane z różnych źródeł opisy są nieco sprzeczne, zwłaszcza w zakresie dojścia i miejsca startu kanionu. Wybieramy jeden z wariantów, naszym zdaniem najlepszy i po niecałych 2 godz. docieramy do tamy na rzece Intralba. Tu nabieramy pewności, że miejsce, w którym jesteśmy to właściwa rzeka tylko, że Prealba to fragment powyżej nas a Tralba to część poniżej. Postanawiamy wejść do kanionu w tym miejscu gdzie jesteśmy tym bardziej, że „start” wygląda zachęcająco, natomiast to, co powyżej niespecjalnie. Kanion biegnie równolegle do wtorkowego Simona. Podobna skała, sceneria, woda. Jednym słowem całkiem przyzwoicie, chociaż… Simon był lepszy, tym bardziej, że końcówka to dosyć długi spacer szerokim korytem Rio Alba do wylotu.
Ostatni dzień sobota. Alina ze Zbychem postanawiają udać się nad morze, by uatrakcyjnić nieco Alinie wyjazd, na którym głównie „robi za taksówkę”. Alina oczywiście nie narzeka, ale wydaje się to miłym gestem. Oczywiście Docent i ja nie mamy zamiaru „przeszkadzać” w romantycznym plażowaniu i udajemy się do… kanionu. Wybieramy Val Vielia od tzw. II (dwójki). Część pierwsza jest niezbyt atrakcyjna a podejście odległe. Do „dwójki” i tak idziemy prawie 2 godz. a upał i kumulacja zmęczenia z poprzednich dni daje się we znaki. Znaczną część kanionu widać ze szlaku podejściowego, co jest niezłą motywacją do kontynuowania podejścia. Kanion wybitnie wodny i jak pisze przewodnik „tylko żałować odcinków 20-30 min. marszu pomiędzy poszczególnymi częściami (II a III i III a IV)”. Dużo skoków, pływania a i lina dosyć często się przydaje. Woda najzimniejsza ze wszystkich zrobionych dotąd na wyjeździe kanionów. Mniej więcej w 2/3 dogania nas 3 osobowa grupa Austriaków idąca od „jedynki”, ale są chyba coraz bardziej zmęczeni, bo kanion kończymy wspólnie. Współpraca owocuje obietnicą, że jak tylko wyjdziemy… to obowiązkowo wspólne piwko. Tak też się stało i nie ominęło czekających na nas Aliny i Zbycha.
(fot. Grzegorz Docent Badurski)
Niedziela to już jedynie poranne pakowanie i powrót. W Dąbrowie zostawiamy Docenta i w strugach deszczu uciekamy ze Śląska, co okazało się nie takie łatwe po zlewie, która zakorkowała dojazd do autostrady. Pod Wrockiem jesteśmy po północy a wyjazd ostatecznie się zakończył koło 2:00 w poniedziałek, kiedy to Alina i Zbychu dotarli do Jelonki.
Pozostaje jedynie podziękować sobie nawzajem za mile i sympatycznie spędzony czas, zwłaszcza na długich, „gościnkowych” rozmowach nad jeziorem. Każdy z nas dzielnie znosił „dziwactwa” pozostałych a szczególną wyrozumiałością musiała się wykazać Alina jako osoba o najmniejszej ich ilości i śmiem nawet twierdzić, że i może… nawet… i ich braku.
Alinie należą się szczególne podziękowania za opiekę nad nami w czasie pobytu w kanionie, za ułatwienie nam transportu i w ogóle nasz wyjazd musiałby bez niej wyglądać inaczej a z części kanionów być może zmuszeni bylibyśmy zrezygnować. Alina dbała również by Zbychu nie był zbyt „upierdliwy” ze swoim wstawaniem o świcie. To poranne wstawanie miało chyba tylko jedną zaletę – świeże pieczywo na śniadanie, za co każdy w duchu Zbychowi dziękował, bo pewnie wolelibyśmy jeść czerstwe z dnia poprzedniego niż te kilka kilometrów iść po świeże.
Kaniony:
| Data | Nazwa | Wycena | Link (opisy kanionów) |
| 24.06.2012 (niedziela) |
Brussine | AD V4 A3 III | Brussine |
| 25.06.2012 (poniedziałek) |
Rio Lavarie Rio Frondizzon |
D V4 A2 IV AD V4 A3 IV |
Lavarie Frondizzon |
| 26.06.2012 (wtorek) |
Rio Simon | D V4 A4 V | Simon |
| 27.06.2012 (środa) |
Torrente Chiantone + Torrente Vinadia | TD V5 A3 V | Chiantone |
| 28.06.2012 (czwartek) |
Torrent Novarzza Torrente Lumiei |
AD V4 A3 IV AD V3 A4 IV |
Novarzza Lumiei |
| 29.06.2012 (piątek) |
Rio Tralba + Rio Alba | D V4 A4 V | Tralba |
| 30.06.2012 (sobota) |
Val Vielia II | TD V4 A4 IV | Vielia |
PS. Więcej zdjęć z wyjazdu można zobaczyć w galerii autorstwa Zbyszka Grzeli oraz Grześka „Docent’a” Badurskiego
Zapraszamy również do Relacji z wyjazdu autorstwa Docenta.
Tekst: Marek Stahoo Jędrzejczak
Zdjęcia: Zbyszek Grzela, Grzesiek „Docent” Badurski
Jaskinia Wielka Śnieżna, a raczej system Wielkiej Śnieżnej jest najgłębszą i najdłuższą jaskinią Polski oraz najgłębsza jaskinia Tatr – 23 723 m długości i 824 m deniwelacji: 601m).
O Wyjeździe krążyły słuchy już od dłuższego czasu. Już przed wakacjami w Speleoclubie Wrocław rozważaliśmy jakąś większą akcję i szukałem wtedy chętnych na taki wyjazd. Jednak niestety nie znalazła się odpowiednia grupa ludzi na takie wyjście.
Do pomysłu powrócono w październiku. Znalazła się wystarczająca ilość chętnych: 12 osób!
Jednak nie wszyscy chcieli iść do jaskini. Część relaksowała się na wędrówce górskiej, a jedna osoba pilnowała czas alarmowego.
Plan był dość ambitny – przejść starego krokodyla – czyli ciasnych i mało wygodnych ciągów „pod górę” eksplorowanych w latach 60-70.
Można powiedzieć że było to przygotowanie do jeszcze bardziej ambitnego celu: trawers Wielka Litworowa – Wielka Śnieżna, których połączenia dokonano na przełomie 1995 i 1996 roku. Ponoć była to dość żmudna praca – głównie z racji warunków panujących w galerii Krokodyla. Już sam „stary” krokodyl jest dość wnerwiający – a pierwszy egzamin znajduje się dopiero w zacisku błotko, które zostało nieznacznie poszerzone – tak aby wprawny grotołaz był w stanie go przejść (rok 1992). Potem jest już tylko gorzej: na przemian pionowe studnie, szerokie, ciekawe sale i ciasne korytarze. Sic!
Początkowo wyjazd planowany był na sobotę wcześnie rano, jednak potem stwierdziliśmy że wyjedziemy w piątek wieczorem żeby się spokojnie wyspać. Można było się spodziewać że w naszej ekipie to się nie uda. Na bazę przyjechaliśmy około północy (po drodze pomagając pianym nieletnim „góralom” z rozbitym samochodem). A potem zamiast iść spać – impreza i opowieści Seby i Wiesia o czasach eksploracji Śnieżnej.
W sumie mieliśmy szczęście: Seba i Wiesiu aktywnie uczestniczyli w eksploracji systemu (Seba Śnieżna, Wiesiu Litworowa).
Ostatecznie poszliśmy spać około 4, a pobudka o 7. Ech.. a przed nami całodobowa akcja.
Więc do jaskini wybraliśmy się w 8 osób. Start spod parku narodowego: 9.15, wejście do otworu: 11 (sobota), planowana godzina wyjścia 12 (niedziela), alarm: 18.00.
Warunki pogodowe jak na tę porę roku były b. dobre: przejściowe słońce, śnieg powyżej 1700m.
Wyjście dość trochę się ociągało od początku. Nikt się nie śpieszył, był czas, trochę problemów przy przepinkach. Cóż – wyjazd rekreacyjny.
Jaskinia, jak na jaskinie Polskie robi niesamowite wrażenie. Już pierwszy etap: rura a po niej lodospad! Lodospad – szerokości około 6m, długość: 80m jest niesamowity. Coś jakby olbrzymia ilość buchającej wody chciała nagle wybić ze skał i spada na całej szerokości rozlewając się gdzie może.
Następnie Wielka Studnia: jak dla mnie po wyprawie w Picos nie robi zbyt wielkiego wrażenia, choć i tak imponuje (zwłaszcza gdy trzeba potem wyjść).
Pierwszy większy postój z ciepłą herbatką za prożkiem Jennego i czekanie na leniwych. Potem wodociągiem do biwaku zakopiańskiego. Zostawiamy za sobą Partie Krakowskie, Za Kolankiem, Nad Kotliny, Wrocławskie. Po dłuższym postoju udajemy się do głównego celu: Galeria Krokodyla. Czym bliżej dna tym stare punkty i sznurki pozostawiają wiele do życzenia. Teraz sobie myślę, że w jednym miejscu powinniśmy nawet pociąć jeden sznurek, żeby ktoś nie próbował z niego korzystać.
Już na starcie Galerii parę osób postanawia odpuścić, tym bardziej że dopiero lwia część do przejścia przed nami – powrót. A Galeria – od samego początku nie zachęca do wchodzenia: ciasno i nie wygodnie. większość drogi pokonuję się w ciasnej szczelinie idącej około 50 st pod górę. Czasami jak się zsunie trochę w dół to jedyną techniką wejścia w wygodniejsze (o mamo – tam przecież nigdzie nie jest wygodnie) partie polega na zapinaniu się i blokowaniu po kolei klatką piersiową i kolanami. Zacisk błotko okazuje się nie być mega straszny – choć nie wszyscy byli w stanie go przejść. Po drugiej stronie idziemy jeszcze kawałek dalej, gdzie kończymy nasze odkrywanie. Jest około północy. Powrót.
W sumie Galeria jak dla mnie była ciekawa. Wkurzająca, ale ciekawa.
Po wyjściu z Galerii szukam chętnego do zejścia do syfonu dziadka, jednak niestety nikt nie chce dołączyć, jedni wyładowali swoje akumulatory innym się nie chce. Ostatecznie nie chce mi się samemu kluczyć.
Do suchego biwaku docieramy około 3 (niedziela), gdzie budujemy namiot i gotujemy obiad. Postanawiamy się przespać na 1.5 godziny. Było dość zimno – namiot niestety był nieszczelny i z za rogów wiało.
Wyjście rozpoczynamy około 6 (niedziela). Idzie leniwie. Najpierw Seba potem ja. Po paru przepinkach na skrzyżowaniu czekamy – bo po co się spieszyć skoro reszta też nie pała energią. I tak do końca idziemy, jedna przepinka, druga, czekamy. Postanowiłem pójść trochę szybkiej a potem się kimnąć przy skale. Jednak dość szybko zrobiło się zimno. Potem nad Wielką Studnią chciałem coś przekąsić i.. przy pakowaniu zapomniałem kurtki kolegi który włożył ją do plecaka. Na szczęście ktoś inny ją zauważył i zabrał. uff.
Na powierzchnię wyszedłem o 10 rano. Powitało nas słońce i praktycznie brak śniegu. Ostatnia osoba wyszła około 11 (znowu się wymarzło podczas czekania).
Podczas schodzenia spotkaliśmy Wiesia, który wyszedł nam na przeciw z plecakiem pełnym ciepłej herbaty i batoników. Wymarzone spotkanie 🙂
Wyjazd był bardzo udany. A Jaskinia Wielka Śnieżna od tej pory jest moją najlepszą jaskinią w Polsce.
Teraz już tylko z niecierpliwością czekam na rekonesans w Wielkiej Litworowej i potem cały trawers.
Takie rekonesanse okazują się być bardzo pożyteczne – parę tygodni przed nami 3 osobowa grupa grotołazów planowała przejść WL – WŚ, jednak zgubili drogę w Nowym Krokodylu gdzieś za Laguną. Ponieważ ściągali za sobą liny, odcięli sobie drogę odwrotu. Zostało im tylko czekać na akcję ratunkową. Po akcji ratunkowej okazało się że TOPRowcy też średnio znają te regiony. W ogóle w te partie rzadko kiedy kto zagląda.
Robert Zaremba
„Zjazd z Liliowego (…), choć łatwy, jest rzadko odwiedzany – z jednej strony często wystawiany na zagrożenie lawinami, a z drugiej nie dostarcza nadzwyczajnych atrakcji”. Narciarstwo wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich.
O tym, że skitury fajna rzecz, nie trzeba nikogo z Was przekonywać. Każdy z nas kupił je po to, by wreszcie pośmigać na dziewiczych stokach, wyzwolić się spod dyktanda wyciągów. Nie stać w kolejkach, nie słuchać narzekania kto, komu, po jakich szpanerskich nartach przejechał, zdzierając brokatowe kwiatki (wiem, bo sama takie w piwnicy mam). W Tatry jeżdżę na skitury z różnymi osobami z klubu od kilku lat. Zawsze był problem ze śniegiem, dlatego nasze eskapady ograniczały się do dolinek, a często gęsto kooczyły zdarciem fok na kamolach. Gdy tego roku dostałam zaproszenie wsparte wspaniałą prognozą pogody oraz widokiem webkamery na ośnieżone góry, nie wahałam ani przez moment. Było nas trzech, w każdym z nas inna krew… A właściwie było nas troje. Grzesiu, który ma największe doświadczenie i najlepszą technikę, ja – domorosły narciarz z życiową sentencją „byle się nie wywrócić” i Arek – kompletna świeżynka. Tego pamiętnego dnia przekroczyliśmy wszystkie możliwe zasady zdrowego rozsądku.
1. Kto rano wstaje, ten w kolejce nie wystaje. Słynna kolejka na Kasprowy. Mamy wielki plan. Plan wymyśliłam ja, a koledzy (chyba niespełna zmysłów) nań przystali. Wjazd na Kasprowy, przejście przez Beskid, zjazd z Liliowego na stronę słowacką, Walentkowa Przełęcz, Gładka Przełęcz, zjazd z Pięciu Stawów. Niezła wyrypa na cały dzień. Długi dzień. A my wstaliśmy późno… Czekał nas więc pieszy spacer do Doliny Gąsienicowej.
2. Kto czekan nosi, ten się nie prosi. W Tatry przyjechaliśmy oszpejeni jak na K2. Arek miał wszystko: liny, uprzęże, śruby lodowe… Po porannych konsultacjach zabraliśmy tylko czekany i raki. W Murowańcu zapytaliśmy o nocleg i uradowani wolnymi miejscami zaklepaliśmy sobie miejsca pod kocykiem, bo śpiwory zostały u Galicowej. Moje odwiedziny pokoju w schronisku skończyły się porzuceniem czekana. Plany zmieniały się jak w kalejdoskopie. Wyszliśmy z Murowańca z zamiarem wejścia na Kasprowy, żeby sprawdzić warunki na następny dzień i zerknąć na Słowację, czy damy radę zrealizować poprzedni, szaleńczy plan na niedzielę. Już w drodze przekonałam kolegów, by pójść na Liliowe i zjechać bądź z Beskidu, bądź z Kasprowego. Grześka nie trzeba było długo namawiać. Trzymający się tyłów Arek wreszcie nas dogonił, by oznajmić za kogo nas uważa i co myśli o naszym tempie poruszania się oraz o ogólnym niedorozwoju wyobraźni. Po czym ruszył za nami. Szliśmy, szliśmy i nie wiedzieć kiedy zostaliśmy na lodzie. Tego dnia twardość śniegu była „na nóż”. Nie wiem do czego ją porównać. Było to coś pomiędzy lodoszrenią a lodem. Na warstwie lodu leżała cieniusieńka warstewka puchu, która sprawiała mylne wrażenie stabilności. Byliśmy już nad kotłem Zielonego Stawu i zrobiło się jakoś tak przestrzennie. Bardzo lubię przestrzeo, ale nie taką. Tym bardziej, że nie robiliśmy żadnych postępów. Jeden krok w przód, jeden ślizg w dół. Tylko Arek człapał raźno, gdyż jak się okazało, gdy został z tyłu, przyczepił sobie harszle. Zaczęło robić się stromo i nerwowo. W tej sytuacji i miejscu nie sposób było ani wypiąd nart i ubrad raków, ani szybko przepiąć nart do zjazdu. Każdy zbędny ruch mógł zakooczyć się lotem do kotła. W końcu Grzesiek za pomocą czekana wyrył sobie platformę, na której przygotował się do zjazdu a ja, asekurowana z dołu przez Arka, „schodkując” zeszłam do miejsca, gdzie wykopałam butami takąż samą platformę i przepięłam się do zjazdu.
3. Kto harszle kupił, ten się nie wygłupił. Zjazd, jak się domyślacie, nie trwał długo (pomijając czekanie na wiecznie przepinającego się Arka). Jechało się „jak po lodzie”. Zrezygnowaliśmy z noclegu w Murowaocu. Bez harszli nie mieliśmy szans dokonać niczego sensownego. Limit szczęścia głupiego też pewnie został wyczerpany na ten rok. Bo przecież nie opowiedziałam wam o powrocie…
4. Od Murowaoca wracaliśmy nartostradą, która za każdym razem dostarcza mi niezapomnianych wrażeń. Zachęciłam Arka, by zjeżdżał „na nartach” czyli rozłączonych płozach deski snowboardowej do zadań specjalnych. W tychże „nartach” z przyczyn technicznych nie ma wewnętrznych krawędzi, są one szerokie i mają dziwnie zakrzywione dzioby. Dodam jeszcze, że kolega Arkadiusz nigdy na nartach nie jeździł… Bilans tego wydarzenia to skręcona kostka Grześka, wbicie przeze mnie sobie kijka w policzek i wielokrotne, zakończone każdorazowo powstaniem, upadki Arka. Wszystko dlatego, że zjeżdżaliśmy lasem w kompletnych ciemnościach.
5. Wszyscy przeżyli, na bazę wrócili. A na bazie kurs świętował zakończenie obozu zimowego.
Tekst: Agnieszka Majewska
Zdjęcia: Arkadiusz Młynarczyk