Klubowo-kursowy tatrzański obóz zimowy – 10-19.02.2017

Większość relacji z obozów/wyjazdów/akcji jest mocno nastawiona na ducha przygody. W końcu zajmujemy się eksploracją niebezpiecznych oraz niedostępnych miejsc. Oczywiście, jest to szalenie interesujące i można by pisać o dokonaniach grotołazów godzinami, jednak osobiście uważam, iż ten temat został mocno wyeksploatowany. Wiele osób zapomina o drugiej stronie działalności klubowej w czasie wyjazdu. Jeżeli obóz zimowy kursu 2016 miałby mieć hymn, dla mnie byłby to utwór z czołówki serialu „Rodzina zastępcza”. Wiem, zrobiło się dosyć familijnie, a ta publikacja zaczyna trącić kiczem, jednak spróbujcie wyobrazić sobie ponad trzydzieści osób, zamkniętych przez ponad tydzień na niewielkim obszarze, zmuszonych do dzielenia jednej kuchni oraz trzech łazienek. Nie muszę chyba tłumaczyć, że każdy z nas jest inny, a cała grupa stanowi niezwykle eklektyczną mieszankę. Wbrew pozorom wyżej wymienione czynniki nie były składową katastrofy. Jak wspominałem, taternictwo jaskiniowe jest niebezpiecznym zajęciem, więc trzeba darzyć zaufaniem i minimum sympatii członków swojego zespołu.

16797124_1389240637764939_2000319510136663499_o

Ku mojemu zdumnieniu nikomu nie przydarzył się przykry „wypadek” w jaskini. No dobra… były dwie wizyty na SOR, ale w obu przypadkach incydent odbył się bez udziału osób trzecich. Po zakończonej akcji mniejszym lub większym sukcesem, przychodził czas powrotu do bazy, gzie w opozycji do zimnych skał czekało nas ciepłe powitanie. Solidny wywiad o przebieg akcji, warunki oraz wrażenia, często skwitowane słowami „dobrze, że już jesteście”.

16836248_1389240811098255_821000856555880000_o
Przez tych 7 dni, a w moim przypadku nawet 10 udało się jeszcze bardziej zacisnąć więzi, poznałem wielu klubowiczów i choć to było nasze pierwsze spotkanie, traktowali mnie, jakbyśmy mieli wiele lat spólnej historii. Gdy wszyscy zasiadali w zbyt małej kuchni, wszelki różnice się zacierały. Wiek, staż, doświadczenie, zawód, dokonania, opcje polityczne, czy nawet szpetota nie miały kompletnie znaczenia. W wielu momentach przeginałem ze swoimi mało wysublimowanymi żarcikami, mimo to nie udało mi się dostać w twarz, choć bardzo na to pracowałem. Piękny festiwal wzajemnego szacunku i zrozumienia, plejada gwiazd naszej kuchni była ogromnie zróżnicowana. Mieliśmy tam: dydaktyków, ratowników, inżynierów, pracowników fizycznych, zdobywczynie bieguna, lewaków i tych bardziej prawicowych, agnostyków, ateistów oraz chrześcijan, artystów, sportowców, był nawet profesor Xavier i jego X-meni. W czasie obozu nie ograniczaliśmy się wyłącznie do eksploracji, odbyło się kilka akcji powierzchniowych, wspólne wypady na narty, do term, grupowe gotowanie, a nawet lepienie bałwana.

16807705_1389239857765017_4921394868217172326_n

W tym miejscu pragnę przeprosić Gaździnę za liczne imprezy oraz nagminne gwałcenie ciszy nocnej, jednak przy tak niesamowitym towarzystwie ciężko nie spuścić się trochę ze smyczy i bawić się na całego. Kolejnym sympatycznym akcentem była gromada dzieci, które swoim uśmiechem i beztroskim podejściem do życia dodawały nam masę energii.

Tekst: Mateusz „Makaron” Makarski
Zdjęcia: Grzegorz Szmidt, Tomasz „Jezus” Jach

Speleokonfrontacje 2016

Jak się wygrywa Speleokonfrontacje. Poradnik.

  1. Motywacja

Najpierw napisali:

Speleokonfrontacje 2016 odbędą się w dniach 18-19-20 listopada. Rezerwujcie czas.
Jest to spotkanie grotołazów z całej Polski, połączone z prezentacją dokonań poszczególnych klubów – zazwyczaj filmy z wypraw. Jest też okazja posłuchać naszego klubowego zespołu Chałos w pełnym składzie, kupić sprzęt i odzież jaskiniową.

Może warto sklecić jakiś kursowy film na prezentację- czas do 10 minut. Co WY na to??

Ale zaraz potem dodali:

Ale jeśli film o XXV-leciu wypraw do Picos będzie tak dobry jak zapowiada B… to konkurencja będzie duża. A wiadomo jak się wygrywa Speleokonfrontacje 😉 A Picos to Picos… (Broń Boże nie chcę Was zniechęcać! Zróbcie zajebisty film i startujcie!)

Brzmiało jak rzucenie rękawicy. Ładna taka, to co będzie leżeć. Podnieśliśmy.

  1. Duuużo filmów + iskra z pomysłem

Dyski komputerów zatykają gigabajty filmików, które odkładane „na później” rzadko kiedy są z tych czarnych dziur wyciągane. Ale skoro się już podniosło rękawiczkę, to trzeba było zajrzeć do tej przestrzeni niczyjej (tzn. dyskowej) i zobaczyć, czy aby zgromadzone obrazki ruchome do czegoś się przydadzą. No coś tam ludzkiego było. Tylko jak to poukładać, żeby było trochę sensu i trochę logiki? By publika z nudów nie umarła, a klub nie musiał się wstydzić za „szczawiki”…

Przecież filmiki są albo pozbawione zupełnie głosu, albo brzmi on… no lepiej nie mówić (gdyby użyć zwrotu „z dna studni” obrazilibyśmy studnię).

I nagle pstryk! Zróbmy niemy film. Skoro niemy, to w ogóle w konwencji starego kina: sepia, filtry, muzyka od tapera, plansze z napisami. I gatunek komediowy (nikt nie musi wiedzieć, że to niekiedy śmiech przez łzy).

  1. Zgrany Gang

Brakowało rozbiegówki i zakończenia. Ale od czego jest cały kurs? Rzucone hasło – przyjdźcie i weźcie kombajny. No może wszystkich nie było, ale crème de la crème wystarczy. Klubowicze patrzą i pukają się ukradkiem w czoło, ale co to dla nas. Nie mówiąc już o tym, że tylko dwie osoby wiedziały, po co to wszystko jest 🙂

Zobaczcie rezultaty tej pracy (przyp. red.):

  1. Przedpremiera, czyli przekonać nieprzekonanych

Plan był taki, żeby była niespodzianka dla wszystkich, czyli projekcja dopiero na Speleokonfrontacjach. Ale zaraz pojawiają się wątpliwości – a jeśli to jest beznadziejne? a jeśli nie pasuje do konwencji? a jeśli lepiej się nie ośmieszać? No to robimy pokaz, ale tylko jeden. Kto był, ten widział, inni musieli poczekać.

I… uff ci, którzy oglądają, śmieją się, czyli jest ok, możemy wysyłać. Jeszcze tylko abstrakt w stylu filmu (był pomysł na bardziej hardcore’owy), jeszcze tylko making off (którego nikt nie widział) i ziuuuum. Poszło. Przyjęli, nawet napisali na wydarzeniu facebookowym, żeby innych zmotywować.

  1. Odstresowanko

Piątkowy wieczór w Podlesicach. Pogaduszki, popijanko, tańce. Ale oczywiście temat filmu się pojawia tu i tam. Esz, nie pozwalają zapomnieć. W nocy sen: puszczają na ekranie jakieś nudy, jakieś dziwolągi, wszyscy ziewają, a ja wstaję i ze łzami w oczach mówię, że to nie jest nasz film, bo nasz był śmieszny przecież. Brrrr.

Cóż może być lepszego na odstresowanko, niż wstać  skoro świt – mimo niesprzyjających warunków wewnętrznych i zewnętrznych – i pójść do dziury. Ach cóż to było za wyjście! 13 osób i jedna ukryta jaskinia. Stoimy w środku lasu i słyszymy, że to tu. Taaa tu – ciekawe gdzie. Wejście do jaskini Józefa maskuje kupka kamieni położona na paru deskach.

IMG_4156
Odwalamy to szybko i hop, hop (to znaczy kursowe: hooop, hooooooop, wolnaaaa, hop) do środka. Akurat na czas, bo zaczyna porządnie lać. Jaskinia jest wąska (ale bez przesady), ma nacieki (jeszcze ma), wszyscy się w niej mieścimy i nawet nie ma dużych tramwajów. Poręczujemy dwie niezależne studnie, które spotykają się na dole. Idziemy wszyscy razem najpierw w partie wschodnie – ale bez wchodzenia w miejsca, w których wieje grozą. Potem w zachodnie – tam też straszą luźne wanty. Robimy foty, jemy, pijemy. Niektórzy wychodzą szybciej, unikając tym samym szoku wiszenia. Reszta siedzi, dopinguje i trzyma kciuki. Na górze oglądamy – podobnie zamaskowane – wejścia do dwóch kolejnych dziur. W Rysiej (Rysia?) jest ekipa, więc już tam nie wejdziemy – maskujemy im wyjście, ot tak, dla zabawy. Na Jaskinię Spełnionych Marzeń przy tak licznej grupie nie mamy już czasu. Trzeba będzie tam przybyć innym razem. Pędzimy do Podlesic.

IMG_4139

  1. Pokaz

Stało się, puszczają nasze dziełko na wieeeelkim ekranie. Co prawda czołówka została wyciszona, a nasze serca zamarły, czy to aby nie awaria. Ale po chwili wszystko działa jak należy, chyba nikt się nie domyślił. Leci. Są śmiechy, są brawa. Ufff, stres odpuszcza. Potem chyba się odbywa jakieś nagabywanie, grożenie i szantażowanie, ale bez naszego udziału, więc nic o tym nie wiemy.

Po wszystkich filmach siedzenia nas trochę bolą, choć higieniczne przerwy na rozprostowanie kośćca wykorzystywaliśmy. Jest zabawa. Chałos daje czadu, potem pałeczkę przejmuje didżej. I tak do czwartej. Podobno.

IMG_4252

O drugiej, w pijackiej malignie, wymyślamy, że może by tak pójść do dziury. Dobrze, że nie mamy siły.

  1. Triumf

W niedzielne przedpołudnie zajmujemy pierwsze rzędy. Na stołach przed nami piętrzy się góra sprzętu wszelakiego – nagrody. Oj, żeby wstydu za dużo nie było, bo się ludzie bardziej i mniej znani znacząco uśmiechają. A publika wiadomo – nieprzewidywalna w gruncie rzeczy. Dobrze, że z tych pierwszych rzędów nie widać, że wszystkie miejsca siedzące są zajęte, a i trochę ludzi stoi z tyłu. Publika przyszła, bo z tego stosu nagród sporo jest do wylosowania.

Najpierw jury ogłasza swoje typy, czyli poważne, merytoryczne filmy o eksploracjach w jaskiniach dalekich oraz głębokich lub nietypowych. Zwycięzcy to wyjadacze, wiedzą jak się zachować, uścisnąć dłoń, uśmiech do aparatu. Profeska.

Potem ogłoszenie nagrody publiczności. Na trzecim nas nie ma, na drugim też nie… Nasze dziełko „Każdy kiedyś był kursantem” wygrywa, w liczbie oddanych głosów podobno deklasuje pozostałe prezentacje. Idę, gdzieś się chyba potykam, komuś nie ściskam dłoni (uścisk dłoni był, dowód na zdjęciu poniżej – przyp. red.), za to kurczowo trzymam pamiątkową kostkę (podobno w ubiegłym roku spadła i się rozwaliła). Gadam trzy po trzy przez mikrofon, jak na Oskarach co najmniej 😀 (Jestem zobowiązana zdementować błędne przekonanie Beti. Mówiła najlepiej ze wszystkich nagrodzonych. Zwięźle, wyraźnie i przede wszystkim na temat! – przyp. red.). Pamiętam, że dziękowałam klubowi, kursowi i Luźnemu, którego, nie wiem czemu, nie zabrałam na środeczek. Nagrodę wybieram taką, jak ustaliliśmy wcześniej – linę. Nazwiemy ją „Dar Kursu” i przekażemy do magazynu.

IMG_9993

Tekst: Beata Nawrotkiewicz
Zdjęcia: Adam Leksowski

Słowenia – 11-14.11.2016

Za siedmioma górami, za czterema granicami, za tysiącem kilometrów leży sobie Słowenia – kraj drogich autostrad, hurtowych zakupów bananów oraz mnóstwa jaskiń. Pięknych, dodajmy, jak z bajki. Pojechał więc dwór króla Seby I na wycieczkę, a jak było posłuchajcie…

IMG_4012

Nasze dwa mechaniczne rumaki rączo mknęły przez kraj Szwejka, ojczyznę Straussa, by w środku nocy (lub pod jej koniec) stanąć przy Križnej Jamie, od której zaczęliśmy przygodę ze słoweńskim krasem. Jaskinia jest turystyczna, zwiedza się ją z przewodnikiem, ale nie ma w niej światła, nie ma chodników i betonu, czyli pełna natura. Na początku każdy dostaje twarzowe wdzianko w kolorze czerwieni, kaloszki, kask na głowę i światełko, a także – w miarę potrzeby – drugą parę skarpet i sweter.

Križną Jamę można zwiedzać na trzy sposoby/trasy, przy czym trasę pierwszą odrzuciliśmy w przedbiegach, bo trwa godzinę i (prawie) nic interesującego tam nie ma. Wszyscy chcieliśmy zobaczyć trasę najdłuższą, ale przewodnicy byli nieugięci – tylko czwórka wybrańców mogła tego doświadczyć. Nie żeby z nami było coś nie tak – chodziło o doświadczenie drugiego przewodnika, który za mało jeszcze znał dalszą trasę, by prowadzić tam turystów, czyli nas. Jaskinia składa się z 22 jezior, które tworzy przepływająca tu rzeka. Križną zwiedza się głównie z poziomu pontonu, wychodząc z niego w miejscu, gdzie wody jest zbyt mało, by płynąć. W momentach wysiadki pan przewodnik dokładnie pokazuje, gdzie można postawić stopę, by nie zaszkodzić sobie (np. nie wpaść do zbyt głębokiej miski), ale przede wszystkim jaskini. W Kalwarii, punkcie, w którym kończy się trasa średnia, mieliśmy sporo czasu na fotki, bo miejsce jest cudowne – małe kaskady wody, wszędzie mnóstwo nacieków, koło których można stać, przechadzać się i pozować. Dostaliśmy też… herbatę i kawę, które naprędce przygotowali przewodnicy. Jedna ekipa wróciła z tego miejsca z powrotem do wejścia/wyjścia, druga popłynęła dalej.

Zanim cały królewski dwór* znowu się spotkał, minęło trochę godzin, zaczęło lać i generalnie dalsze plany objęły tylko zakupy i znalezienie komnat, co i tak zajęło trochę czasu.

IMG_4004

W sobotę pobudkę obwieściła Straż Przyboczna już o 7.00, a po 9.00 byliśmy przy pierwszej dziurze – Mačkovica. I już wiedzieliśmy, co będziemy robić przez kolejne jaskinie i dni. Ładne nacieki? To trzeba się ustawić: poświecić na sufit, na stalaktyty, nie świecić w obiektyw i nie ruszać się na trzy, czte i RY. Sid, ups, Karocy, był w swoim żywiole, a my staraliśmy się mu nie przeszkadzać, ba nawet pomagać trochę i świecić, gdzie sobie zażyczył. Mačkovica Jama wyglądała z początku niepozornie, dopóki nie doszliśmy do sporej sali, w której nie było fotek (nie dotarł fotograf), były tam również błotniste korytarze, w których wspinaczka i złażenie dostarczały komentarzy i niezłych emocji. Tuż przed wyjściem postanowiliśmy jeszcze wszyscy zrobić coś dla Gochy – czyli przekazać jej nasze wsparcie w drodze na biegun południowy (www.samotnienabiegun.pl).

Po Mačkovicy przerwa na kawunię. Okolica jest bowiem całkiem cywilizowana. Ponadto nie trzeba chodzić po 4 godziny z plecakiem, wystarczy zaparkować rumaki na kawałku pobocza, przejść się 10–15 min. i wejść do podziemi.

Zatem po kawuni kolejne dziury. W otworze Vranjej zmieściłoby się z 10 tirów co najmniej, więc i my daliśmy radę. Z wejściem nie było problemów, gorzej ze znalezieniem miejsca, gdzie jaskinia puści dalej. Szukaliśmy, szukaliśmy, zaglądaliśmy, ustawialiśmy się do zdjęć – z przodu, profilu, z tyłu, a nawet do góry nogami – i nic, nie puściło. To wyszliśmy na powierzchnię i ruszyliśmy dalej. I się pogubiliśmy. To znaczy zgubiliśmy króla (wg króla, to dwór się zgubił). Chodziliśmy po jesiennym bukowym lasku, ubrani w stroje maskujące i krzyczeliśmy w poszukiwaniu władcy, który – jak się niebawem okazało – czekał na nas przed otworem jaskini Skednena. Była to dziura o tyle ciekawa, że niewiele tam było rzeczy ciekawych 😉 dwuotworowa, a więc przelotowa, wielka niczym tunel drogowy lub kolejowy. Ale były fajne ściany i mogliśmy – na trzy, czte i RY – pobawić się w teatrzyk cieni. Zabawy były to przednie. Droga z drugiego otworu wydała się nam zbyt stroma i zarośnięta, zrobiliśmy więc w tył zwrot i byliśmy w tym samym miejscu, z którego startowaliśmy. Następnie, olewając wskazania GPS, ruszyliśmy drogą i dotarliśmy do rumaków, by w ostatnim blasku dnia wyjąć zabaweczki do kolejnej, tym razem wymagającej lin, dziury – Najdeny. Trzeba Wam wiedzieć, drodzy czytelnicy, że w słoweńskich jaskiniach jest mega ciepło. Gdy staliśmy nad otworem Najdeny, mocno dopingowaliśmy poręczującego Parobka, by się pospieszył, bo na dworze było czuć przymrozek, a z dziury buchało przyjemne ciepełko. Wystarczył jeden zjazd, nawet nie bardzo długi, by dojechać do sporego korytarza, którym szliśmy, szliśmy i szliśmy – trochę w dół, trochę po błotku, trochę po wodzie, potem drugi zjazd i… nic. Tu woda, tam woda, śliskie ściany, z których można odpaść do wody. Zwinęliśmy drugi sznurek i poszliśmy w inną stronę, tam, gdzie puściło. Znowu spory korytarz znowu góra-dół, trawers z założoną stalową poręczówką i jeziorko, które jednak miało drugi brzeg. Odważni przeprawili się przez wodę i weszli na błotnistą górę, tym, którym nie w smak było moczyć kalosze zawrócili i wyszli. I to zgodnie z planem wyszli! Tuż obok jaskini jest mała wiata lokalnego klubu speleo (?) – jest dach, ława, stół, ściany zabezpieczone streczową folią, góra drewna i koza (czyli piecyk, całkiem jak na Smoluchowskiego!), nawet różowy pony strzeże tego miejsca. Nie zatrzymaliśmy się tam, lecz pędziliśmy do rumaków, bo zegar wybijał coraz późniejsze godziny. Ok. 22.00 byliśmy gotowi do powrotu.

IMG_4034

W naszych komnatach zaskoczenie – gospodarze ugościli nas stosem ciepłych bułek: na słodko i słono. Pyszna to była przystawka (wszystkiego nie zdołaliśmy zjeść) przed obiadokolacją – makaronem z sosem Z Kilku Słoików.

Niedzielna pobudka przesuwała się niespiesznie w okolice południa 🙂 Przed otworem jaskini Logarcek pojawiliśmy się ok 11.00. Był to otwór, jak na tutejsze możliwości, całkiem niepozorny, ale dostać się do środka trzeba było zjazdem. Jaskinia jest naprawdę ciekawa, zjazdy są dwa – przy otworze i kawałek w głębi (ale wisi tam lina, oznaczona datą zawieszenia i danymi właściciela, więc niekoniecznie trzeba targać – i brudzić – swoją). Zresztą dla tych, którzy lubią dreszczyk emocji jest obok jeszcze jedna z pętelkami, można schodzić (i wchodzić) bez przyrządów. A po tym zjeździe (prawie wszyscy) zostawiliśmy uprzęże, co – jak się później okazało – nie było do końca dobrym pomysłem. W lewo ciągnie się korytarz “błotny” – nacieki są, ale przede wszystkim królują góry błota, granie błota i błotne przepaście prowadzące nie wiadomo gdzie. W prawo natomiast ciągnie się korytarz bardzo bogaty w nacieki – nasze przejście uzależnione było od piękna tych formacji, które podświetlaliśmy i podpieraliśmy, by nasi mistrzowie mogli mówić: trzy, czte i RY oraz podawać nam orientacyjny czas, w którym nie należało oddychać. Mieliśmy też przeprawę przez błoto w postaci płynnej (góry błota, o których było wcześniej, są w stanie stałym) – sposoby na pokonanie było różne: albo biegiem, albo powolutku przy ścianach, ale i tak błocko miało życzenie zatrzymania naszego obuwia. Na szczęście byliśmy sprytniejsi. Niemal na końcu korytarza jest spory trawers (wisi baaaardzo luźno lina) i tu żałowaliśmy, że nie mamy uprzęży, bo jednak trochę wiało grozą, gdy pomyśleliśmy o przeprawie. Ci, którzy uprzęży nie zdjęli poszli. Poza tym w niesionych szpejarkach było trochę sznurków i taśm na zaimprowizowanie czegoś dla chętnych.

IMG_3994

Gdy wyszliśmy z dziury już zmierzchało. Duch w narodzie nieco osłabł, bo kombajny były pokryte sporą warstewką błota, a w niektórych kaloszach chlupało. Pojechaliśmy w okolice zamku Podjama, by zjeść coś smacznego, co serwuje lokalna restauracja. Zamek był jednak zamknięty na głucho, a jedyna czynna knajpa serwowała kiełbaski albo sałatkę dorzucając w gratisie chór myśliwych. My jedliśmy, oni śpiewali i pili – pełna symbioza. Zajrzeliśmy jeszcze prawie-turystycznie do gigantycznej Planinskiej Jamy. A w naszej bazie ponownie niespodzianka od gospodarzy – kolejna góra ciepłych bułek. Odwdzięczyliśmy się rymowanym wpisem do księgi gości i logosem – żeby pamiętali!

“Pewien wrocławski klub jaskiniowy

wpadł raz jesienią na pomysł nienowy,

by na Słowenii pozwiedzać dziury,

zostawić w domu nastrój ponury,

a nocleg tu był luksusowy!”

Klamrą zamykającą nasz pobyt w Słowenii była inna turystyczna jaskinia, a raczej ich system – Jaskinie Szkocjańskie wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mają tam fenomenalny podziemny wąwóz rzeki Rjeka. Oraz miły zwyczaj zniżkowych biletów dla grotołazów (wystarczyła jedna karta na całą ekipę). Co prawda droga przez jaskinię jest wybetonowana, a barierki przyozdabiają listwy ze światełkiem, ale… robi to niezły klimat, jak z Tolkiena. Nieco bolesny dla naszych nadwornych fotografów okazał się absolutny zakaz fotografowania i filmowania. Przyczyna zakazu jest prozaiczna – turyści bardziej skupiają na fotkach i nie słuchają przewodników, a w pogoni za dobrym kadrem robią niebezpieczne wygibaski. Nie uwierzycie – dostosowaliśmy się! Po spacerze podziemiami zarzuciliśmy na dobre pomysł, by zjechać do jakiejś przydrożnej dziury. Obejrzeliśmy “przecudnej urody” film o odkrywaniu Jaskiń Szkocjańskich, podjechaliśmy obejrzeć otwór Kačnej Jamy (której studnia wlotowa liczy ponad 200 m), a potem na pyyyyszne jedzenie. Po obiedzie nie pozostało nam nic innego, jak wsiąść do wierzchowców, po drodze polując jeszcze na księżyc w megapełni.

Tekst: Beata Nawrotkiewicz

Zdjęcia: Adam Leksowski

* Idea królewskiego dworu pojawiła się spontanicznie o jakiejś 2 w nocy z piątku na sobotę. Rankiem nikt nie protestował przeciwko rozdanym rolom

Obsada – podwójne etaty to wyraz dbałości o stan finansów dworu:

Król – Seba

Królowa – Marta

Księżniczka, Zausznica – Asia

Podczaszy – Fredi

Karocy – Sid

Straż Przyboczna – Lex

Alchemik – Ida

Garderobiana, Skryba – Beti

Parobek, Wierszokleta – Luźny

 

10th Balkan Cavers Camp, Vratsa 21-26.06.2016

„Za górami, za lasami, blisko bazy
żyły sobie, żyły sobie grotołazy
Trzech ich było, trzech z fasonem
Dwóch wesołych jeden smutny, bo miał żonę

A ta żona taka jędza, grotołazka
Miała wałek taki wielki, jak do ciasta
i tym wałkiem kiedy chciała
swego męża grotołaza wałkowała

Już grotołaz taki cienki jak niteczka
A do tego taki płaski jak karteczka
Ale żona uważała
Że jest gruby więc go dalej wałkowała

Już grotołaz martwy leży, martwy leży
Że od wałka żony zginął nikt nie wierzy
Gdy rodzina w głos płakała
Żona jędza jeszcze trumnę wałkowała”

Urocza ta pieśń rozlega się na dwa głosy po przepięknym bukowym lesie. Wszyscy wokół zastanawiają się co to, a to tylko polskie grotołazki zmierzają do jaskini… Słowa te (i wiele innych) stały się motywem przewodnim naszego wyjazdu.

Balkan Cavers Camp to obóz jaskiniowy organizowany przez Bałkańską Unię Speleologiczną. W tym roku odbyła się jubileuszowa, 10 edycja tego wydarzenia. Tym razem grotołazi z różnych krajów i kontynentów spotkali się w Bułgarii.

Z Polski wyruszamy w poniedziałek o 7 rano w składzie: ja – Aleksandra Robak, Mariusz „Robaczek” Robak, Arkadiusz „Tofik” Młynarczyk, Marta „Ciotka” Mielczarek, Hagrid (nasz pojazd) oraz Batman. Podróż mija mi bardzo szybko, właściwie większość przesypiam i budzę się jedynie na granicach i postojach. Serbia. My głodni. Znak na McDonald! 180km, pewnie jedyny w Serbii… 160km wyczekiwania i kolejny znak McDonald – 20km w lewo. Jak na złość jedziemy w prawo. Na szczęście po około 50km trafiamy jednak na drugiego w Serbii amerykańskiego giganta branży „restauracyjnej”.

IMAG3880
Granica serbsko-bułgarska. U celników serbskich stoi jeden człowiek, w koszulce z napisem cyrylicą, wyglądający jak uchodźca. Już chcemy go minąć, jednak macha nam ręką i prosi ładną angielszczyzną o otwarcie bagażnika. Zauważa kask i kupę szpeju i robi wielkie oczy. Na hasło: „cave camp” kiwa ze zrozumieniem głową i wierci palcem w dół na znak wchodzenia do jaskini. Jedziemy dalej. Podjeżdżamy do strażników granicy bułgarskiej, a tam widzimy chodzącego z papierami i papierosem obywatela Estonii. Wysiadamy i wspólnie szukamy celników. Pukamy w okna. Cisza. Nie ma to jak dobrze strzeżona granica UE. Z nudów pytam Mariusza: co to za dziwny strop? Odpowiedź godna budowlańca: zwykły. Ja: czyli jaki? M: zwykły gęstożebrowy.

IMAG4166

W końcu, na tyłach znajdują się celnicy. Jeden zabiera paszporty i dowód rejestracyjny. Widać za oknem, że długo nad naszymi dokumentami myśli. Może dlatego, że Hagrid ma różowe papiery (w końcu świeżo kupiony i nie dostał jeszcze stałego paszporciku).

Bułgaria. Jakieś zadupie. Dziury takie, że Hagridowi zaraz urwie zawieszenie.
Arek: o, chyba wjeżdżamy na główną
ja (ucieszona): może będzie lepsza droga! … i w tym momencie wjechaliśmy w jedną z większych dziur, a ja uderzyłam się w głowę o wystające rogi Hagrida (mocowanie pasów). Śmiechu było co niemiara, a mi został zacny guz. Jedziemy dalej, wjeżdżamy na spowalniacz.
Arek (już mocno poirytowany): żeby mieć takie drogi i jeszcze mieć czelność stawiać te ku*** spowalniacze…

Wtorek. O 4 rano dojeżdżamy na miejsce. Śpimy pod wiatą, Robaczek w hamaku z dupą na stole. Po 3 minutach drzemki zrywamy się z Martą, bo chrabąszcz tupie nam po śpiworze. Okropne uczucie! Po jako takim wyspaniu się pora na organizację campingu, zakupy, lody u ciotki, rejestrację, próby ochłodzenia się w potoku i poznawanie okolicy.

IMAG3874

Okazuje się, że Bułgaria to stan umysłu. Okolice naszego campingu nas lekko przerażają, choć jednocześnie śmieszą i zachwycają. Co chwila odkrywamy nowe „kwiatki” – dosłownie i w przenośni, gdyż wszędzie są ławki w formie kwiatków. Do tego amfiteatr w formie ślimaka, mozaiki z kostki, dziwaczne figurki (przypakowany Kopciuszek, Robin Hood transwestyta, wiewiórka wielkości Tofika itp.) czy kolorowe kosze na śmieci.

IMAG3917

IMAG4159 IMAG4160
IMAG4161 IMAG4162
IMAG4114 IMAG4113

Wieczór mija na rozmowach przy dobrym bułgarskim winie i sałatce pomidorowo-ogórkowo-jajeczno-tuńczykowej, bo w restauracji skończyło się jedzenie (sic!).

Środa 7:30. Próbujemy obudzić Tofików. Kilkukrotnie, bez skutku. Zdecydowaliśmy, że do jaskini idziemy bez nich. O 9 zebraliśmy się pod schroniskiem, gdzie poznaliśmy naszych współtowarzyszy i przewodnika. Ruszyliśmy do dziury Barki-14 wraz z grupą do Barki-8. Po niecałych 2 godzinach byliśmy pod otworem. Zostaliśmy wraz z 3 studentami z Turcji, których imion niestety nie sposób było spamiętać. Reszta poszła do oddalonej o 5 minut drugiej nory. Jaskinia Barki-14 była najdłuższą zaproponowanych podczas obozu (długość: 2600m, deniwelacja: 356m).

Barki 14
Niestety Bułgarzy zapomnieli napisać, że nie możemy przejść całej, bo po około 300m jest studnia, która nie jest zaporęczowana. Dowiedzieliśmy się o tym oczywiście dopiero pod otworem. Znowu się potwierdza że Bułgaria to stan umysłu. W jaskini spędziliśmy godzinę, chodząc po wszystkich możliwych odnogach i robiąc zdjęcie przy każdym ładniejszym nacieku.

DSCF7668

Po wyjściu postanowiliśmy pójść jeszcze do jaskini Barki-8 (długość: 733m, deniwelacja: 208m). Udało nam się namierzyć otwór dzięki rozłożonym na powalonym drzewie przepoconym koszulkom drugiej grupy. Spotkaliśmy ich już w środku.

Barki 8

Tymczasem w obozie… Bułgarskie wino zebrało swoje żniwo, więc wyczołgujemy się z namiotu około 10. Właściwie to wygania nas słońce. Poszukujemy choćby skrawka cienia i znajdujemy go w ukraińskim obozie tuż obok naszego. Spędzamy miłe przedpołudnie na delektowaniu się kawą i literaturą. W końcu wakacje. Gtorołaźna natura nie pozwala nam jednak przebimbać całego dnia na leżeniu plackiem. Podejmujemy heroiczną decyzję o pójściu do niedalekiej jaskini Reznyovete. Namiary GPS mamy. Zabieramy ekwipunek i wyruszamy. Trochę na nos Tofika, trochę na czuja, trochę na „chyba tędy”, „o tu wydeptane”. Najpierw szlakiem, krok za krokiem, by za chwilę odbić w szatańską stromiznę. Przedzieramy się przez chaszcze i kamienie mniej więcej godzinę. GPS wskazuje, że to już tuż tuż. Jeszcze 100 metrów, jeszcze 50, jeszcze 10. Wedle wskazań technologii stoimy na otworze. Doznania wzrokowe jednak temu przeczą. Kolejne 40 minut spędzamy na penetrowaniu zbocza. Zaglądamy pod każdy kamień, za każde drzewo, tupiemy, skaczemy i nic. Nie ma. W zasadzie jesteśmy już bliscy wykopaniu sobie własnej jaskini. Po kolejnych minutach nierównej walki z otoczeniem postanawiamy: wycof. Doczłapujemy się na camp i spędzamy czas nad Kamenicą – doskonałym bułgarskim piwem. Wyglądamy Robaczków w oczekiwaniu na kolację.

Po powrocie odnaleźliśmy Tofików odpoczywających w cieniu. Upał doskwierał, więc postanowiliśmy pójść pod prysznic. Dzięki temu mamy nowe doświadczenia kąpielowe – zima woda i gorący żel pod prysznic. Przyszedł czas na wykupioną kolację. Przed nami stoją miski z ogórkami i pomidorami. Zjedliśmy i zastanawiamy się 'czy to już wszystko’? W końcu nie zrozumieliśmy pisanego cyrylicą menu. Na szczęście po 15 minutach okazuje się że nie, choć już byliśmy bliscy utraty nadziei.

Wieczorem odbyło się oficjalne otwarcie obozu. Przedstawiono 5 różnych prezesów – parku, federacji, klubu bułgarskiego, miasta i federacji Ameryki łacińskiej. Potem różne osoby przedstawiały różne prezentacje. Popijaliśmy wino i słuchaliśmy kolegów z różnych krajów. Najciekawszą był film z nurkowania jaskiniowego, w którym pokonywano podwodny zacisk. Siedzieliśmy jak na 'Szczękch’.

Czwartek, znów 7:30. Tym razem z bulika dochodzą oznaki życia. Szybkie śniadanie i już wyruszamy do jaskini Zmeyova Dupka z najprzystojniejszych przewodnikiem, co bardzo cieszyło mnie i Ciotkę. Naszych chłopaków, nie wiedzieć czemu, mniej…

Zmeyova Dupka

Zapytaliśmy jak długo będziemy iść, a w odpowiedzi usłyszeliśmy 4,5h. Myśleliśmy że to żarty, jednak okazało się, że faktycznie tyle szła grupa wczoraj. Nasza uwinęła się w 2h, co wywołało u przewodnika wytrzeszcz oczu i zachwyt. Był bardzo zadowolony z tak silnej grupy, w której było 4 Polaków, 3 Rumunów (w tym Florian – rumuński Kalosz z jeszcze większą energią), 1 Turek i 2 Bułgarów.

IMAG3931

Zmeyova Dupka jest bardzo mała i jednocześnie najpiękniejszą w okolicy jaskinią, do której prowadzi ~50m studnia wlotowa. Po zjechaniu można zejść na zawał. Tylu nacieków w jednej, maleńkiej jaskini jeszcze nie widziałam. Jaskinia ta powinna być obowiązkowa dla kursantów.

IMAG3959_1

Tofik (a właściwie wszyscy) miał już dość ciągłego „nie ruszaj się, świeć na ścianę”. Nie dawałam jednak za wygraną!

IMAG3974 IMAG3980

Po wyjściu z jaskini nasz przystojniak zapytał, czy nie chcemy iść dzisiaj do jeszcze jednej jaskini. Oczywiście byliśmy chętni, dlatego w tym samym dniu zaliczyliśmy jeszcze jaskinię Reznyovete. Jaskinia znajduje się bardzo blisko campingu, spod otworu słychać było grającą muzykę. Okazało się, że poprzedniego dnia Tofiki mogły sobie jej szukać jeszcze ze trzy godziny. Namiary GPS rozjechały się
z rzeczywistością o dobre pół kilometra.

Reznyovete

IMAG4051

33m zjazdu i przepiękne nacieki. Czekając na wyjście z dziury nasz przystojny przewodnik pozachwycał się jeszcze naszym zespołem. Było nam strasznie miło, a dodatkowo Florin chwalił po wyjściu polskie kobiety jako 'very strong’. Kolejnym tekstem wyjazdu stało się „rapido ciach ciach”. Okrutnie się zdziwił, gdy Marta uświadomiła mu, że nie jesteśmy polskimi asami, a dodatkowo przez upał i zmęczenie jesteśmy dość słabe i wolne jak na swoje możliwości.

IMAG4022
W trakcie powrotu do campingu stanęliśmy na rozdrożu. Nasz przystojny przewodnik zastanawiał się gdzie iść. 'Here! I’m of course’ – powiedział Mariusz wskazując drogę. Ubawiliśmy się niebywale, a tekst pozostał na cały wyjazd.

W piątek postanowiliśmy pójść do jaskini Belyar.

Belyar

Wejście do jaskini nie zachęca do późniejszego wyjścia z niej. Przy przeciśnięciu się od razu myślałam „jak ja tutaj wyjdę?!”. Oczywiście Robaczek i Tofik byli w siódmym niebie, bo mogli w otworze kręcić piruety.

IMAG4079

Sama jaskinia jest jednym wielkim zawaliskiem. Najlepiej się idzie, jeżeli się za dużo człowiek nie rozgląda, bo wszędzie są poklinowane wanty. Właściwie to całe przejście to kluczenie między wantami. Bułgarzy rozciągnęli nawet małą niebieską linkę dla ułatwienia orienatcji w jaskini.

IMAG4094

Po dobrej godzinie czołgania, rozciągania i wyginania się w najróżniejsze strony, w końcu dochodzi się do większej sali, gdzie można się wyprostować. Tam postanowiliśmy zawrócić, gdyż zmęczenie wzięło górę, a jaskinia i tak nie przypadła nam go gustu. W myślach mieliśmy jeszcze powrót tą samą drogą oraz wyjście. Pierwszy wyszedł Robaczek. Oczywiście zrobił to z właściwą do swoich rozmiarów i sprawności gracją. Przyszła kolej na mnie. Męczyłam się, obracałam, podciągałam. Można powiedzieć, że już jedną nogą byłam na powierzchni, choć nogi miałam ciągle w jaskini… Pod koniec już prawie się popłakałam i poprosiłam męża o pomoc. Ciotka też nie miała lekko…

Po wyjściu z jaskini byłyśmy z Ciotką poobijane jak po 2 tygodniach wyprawy w Picos de Europa. Poczekaliśmy jeszcze na resztę ekipy i wróciliśmy na bazę. Wieczorem tradycyjnie spożywaliśmy bułgarskie wino. Dodatkowo w okolicy campingu zaczął się regionalny festyn i mieliśmy możliwość spróbować wielu pyszności, w tym genialnych pączków, a także zakupić lokalne rękodzieła oraz podzwonić na dzwoneczkach.

IMAG4163

IMAG4112

Sobota. Śniadanie, pakowanie, pożegnania i szybka wizyta w pobliskiej jaskini turystycznej Ledenika Cave. Jest to jedna z największych jaskiń turystycznych w Bułgarii. Budynek prowadzący do jaskini jest wielkim nietopatrzem. W środku znajduje się niewielka sala kinowa oraz wystawa.

home-zM70xM-r0MBvq_11_b

źródło: http://www.parkledenika.org/en/the-bat/

Wejście do jaskini potwierdza nasze wcześniejsze stwierdzenie: Bułgaria to stan umysłu. Wielki plastikowy tunel skalny z olbrzymią mrówką z kilofem na szczycie.

IMAG3904

Jaskinia ma przepiękne nacieki, które niestety są mocno zniszczone przez ruch turystyczny. W połowie jaskini znajduje się ogromna sala, w której wyświetlany jest film na wodzie oraz prezentowany jest „laser show”. Pierwszy raz się spotkaliśmy z czymś takim. Było to bardzo fajne, ale czemu robić to w jaskini? Na to pytanie nie umieliśmy sobie odpowiedzieć.

Tu będzie film z laser show.

Po tych atrakcjach wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Nie prowadziła ona jednak prosto do Wrocławia. Po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze jezioro Balaton na Węgrzech – największe jezioro Europy Środkowej. Podróż uprzyjemniały nam różne gry słowne oraz komórkowe. Największą popularnością cieszyła się gra „literka P” polegająca na wytłumaczeniu słowa używając tylko wyrazów na literę P. Niekwestionowanymi hitami tej gry stały się hasła:
– pojemnik, pożywienie, prawodopodobnie pizdzi – lodówka
– poniżej penisa, powyżej pięt – kolano

Testowaliśmy także nowe dla nas gry, takie jak: żulionerzy, kumpeliada czy prawda i fałsz. W końcu, w nocy dojechaliśmy nad Balaton. Po długich poszukiwaniach campingu postanowiliśmy położyć się w losowo wybranym miejscu. Okazało się, że wybraliśmy niewielki park tuż obok 9 „tatarskich schronów”. Dokładniej były to schrony przeciwko Tatarom, wykute przez mieszkańców w pobliskiej skale. Oczywiście jako grotołazi nie mogliśmy odwiedzić choćby jednego z nich.

IMAG4169

Nad samym Balatonem próbowaliśmy zjeść ludzkie śniadanie. Niestety nasze wysiłki skończyły się na frytkach, hamburgerach i gyrosie w bułce popijanych coca-colą, kawą i mrożonymi jagodami (pycha!). Popluskaliśmy nogi w jeziorze, połaziliśmy po okolicy i strzaskaliśmy nasze blade ciała węgierskim słońcem. Około 12 wyruszyliśmy w dalszą podróż ku ojczyźnie. Tym razem przygód na granicach nie było. Do Wrocławia szczęśliwie dojechaliśmy około 22.

To był bardzo udany wyjazd! W przyszłym roku Balkan Cavers Camp odbędzie się w Grecji. Już teraz planujemy tam być.

Tekst: Aleksandra Robak (z pomocą przyszła Marta Mielczarek)
Zdjęcia i filmy: Aleksandra Robak, Birgul Kalkan (Turcja)

Pierwsze koty za płoty, czyli jurajskie jaskinie pionowe za nami

25-26 czerwca 2016r. wybraliśmy się na Jurę Krakowsko-Częstochowską na pierwszy poważny wyjazd jaskiniowy, w praktyce sprawdzający nauki pobierane do tej pory na Fpince i skałach. I choć wszyscy spotkaliśmy się na nocleg na polanie, mieliśmy działać w czterech (bardziej lub mniej) niezależnych zespołach. Ambitny plan zakładał odwiedzenie 9 dziur: Awenu Wszystkich Świętych, J. Olszyńskiej, Koralowej, Przekątnej, ks. Borka, Sulmowej, Urwistej, Piętrowej Szczeliny i Wielkiej Studni Szpatowców.

W sobotę szybko podzieliliśmy się na cztery grupy. Dwie zostawały na miejscu – razem z instruktorami, którzy już tu byli, dwie pozostałe jechały do Podlesic, by spotkać się z kolejnymi dwoma instruktorami na miejscu (tzn. w pobliżu dziur). Dzięki pomocy instruktorów i klubowiczów wiedzieliśmy, ile szpeju będziemy potrzebować, więc odpowiednio spakowaliśmy wory.

 

Wszystkich_Sw

Oddajmy głos uczestnikom wyjazdu:

Gosia:

Wśród odwiedzonych w trakcie wyjazdu jaskiń znalazły się połączone ze sobą Jaskinia Olsztyńska i Wszystkich Świętych (nazywana również Awenem Wszystkich Świętych) zlokalizowane w zboczach Pustelicy. Do momentu wyjścia z jaskini dziwiły mnie te nazwy.

Eksplorację rozpoczęliśmy od naznaczonej znakiem czasu  i działaniem szpatowców (szczególnie w partiach wejściowych) Jaskini Olsztyńskiej. Przestronne Partie Olsztyńskie nie wymagały w eksploracji użycia liny. Możliwe było swobodne przejście z jednej przestronnej salki do drugiej, połączonej wąską szczeliną ze schronieniem wschodnim. W tej głębszej, dalszej jaskini stop był zdecydowanie wyższy, a bogata, zachowana szata naciekowa przy kominkach pozwalała  na wspinaczkę z  wykorzystaniem techniki zapieraczki.

Następnie wróciliśmy do Sali wejściowej, gdzie naszym zadaniem było znalezienie korytarza, który zaprowadzi nas do jaskini wszystkich świętych. Zadanie było utrudnione, gdyż nie mogliśmy posiłkować się planem jaskini. Oceniając kierunek przepływu powietrza, po wskazówkach instruktora, znaleźliśmy BAKK, który wg opisów jest wąskim korytarzem z zaciskiem wycenianym na Z-II. W rzeczywistości, po zdjęciu kasków, żaden z członków naszej grupy nie miał problemu z jego pokonaniem.

Przez BAKK dotarliśmy studni Warszawskiej, z której korytarz prowadził do dalszej, głębszej części z wąskim przesmykiem  (do pokonania w uprzęży i pełnym rynsztunku bokiem), którego wylot prowadził wprost do studni przed mostem Herberta ( deniwelacja 6-8 metrów). Trawers nad studnią na ochotnika poręczował Przemek.

Olsztynska4

Liczne formy skalne – stalaktyty i stalagmity stanowiły idealne chwyty i stopie przy przechodzeniu. Jednak jak zawsze „najtrudniejszy pierwszy krok” w ciemną otchłań, więc trawers ogólnie wzbudził respekt kursantów.  Za mostem Herberta zeszliśmy na linie do Sali Peny z piaszczystym syfonem Leniwego Maksa, skąd mogliśmy bezpiecznie podziwiać w całej okazałości bogatą szatę naciekową  jaskini wszystkich świętych.

Droga powrotna prowadziła przez zaporęczowaną wcześniej z zewnątrz Studnię Warszawską (lub Awen Wszystkich Świętych).

Nie wiem skąd owa jaskinia wzięła swoją nazwę, ale  ku swojemu zdziwieniu wychodząc na powierzchnię usłyszałam śpiew: „Ave, Ave Maria”. I nie był to efekt halucynacji, tylko najzwyczajniejsza grupa pielgrzymów, zmierzających do Częstochowy J.

Olsztynska5

Malina:

Drugiego dnia naszych jaskiniowych wojaży instruktorem był Andrzej. Dzięki niemu mieliśmy okazję zobaczyć, jak to kiedyś wyglądało. Pierwszą z jaskiń, jaką tego dnia odwiedziliśmy, była Jaskinia Koralowa. Była to największa i jak dla mnie najładniejsza jaskinia na tym wyjeździe. Na początku Brokuł zaporęczował dla nas zjazd z dwoma przepinkami. Dotarliśmy do Sali wejściowej, zasypanej liśćmi, następnie Sala Zawaliskowa a w niej  mnóstwo kamoli, całkiem niezła szata naciekowe i coraz mniejsze salki, przełazy, zawaliska. War wywspinał dla nas Luźny, w czasie kiedy to robił reszta walczyła z błotną pochylnią. Mieliśmy okazję zobaczyć jak nasz instruktor po szacie naciekowej wspinał się jak kozica. Widzieliśmy, nie raz, jak zjeżdżał w kluczu, w miejscach gdzie niektórzy z nas mieli problem używając przyrządów. Zwiedzaliśmy całą jaskinię i sprawiało nam to ogromną radość. Eksplorowanie tej jaskini było idealnym zwieńczeniem tego wyjazdu.

(ciąg dalszy nastąpi)

Zebrała: Beti (Beata)