Kolejna edycja kursu taternictwa jaskiniowego rusza już 5 marca. Pierwsze spotkanie informacyjne odbędzie się w środę 05.03.2014r, w sali 2.17, budynek C-12 Politechniki Wrocławskiej.
Zapraszamy!

Kolejna edycja kursu taternictwa jaskiniowego rusza już 5 marca. Pierwsze spotkanie informacyjne odbędzie się w środę 05.03.2014r, w sali 2.17, budynek C-12 Politechniki Wrocławskiej.
Zapraszamy!

Po wielu tygodniach deszczowej szarugi i iście listopadowych temperatur nastał wreszcie dzień słoneczny i bardzo ciepły. Aż dziw brał, że natura nie zapomniała jeszcze, jak powinien wyglądać czerwiec. Serce radowało się więc na samą myśl, o spędzeniu tego dnia w kamieniołomie o wdzięcznej nazwie „Gruszka”.
Teraz czekał nas samochodowy rajd po ulicach Wrocławia czyli zbieranie współuczestników wyjazdu – Kornela i Kazia. Miały być jeszcze dwie dziewczyny – Ola i Gosia, ale widać wystraszyły się, czy to poziomu zawodów, czy mnie – nie wiem 😉 W ten sposób w czteroosobowym składzie jechaliśmy godnie reprezentować Speleoclub Wrocław i Sekcję Wspinaczki Linowej PWr na 16 Mistrzostwach Polski w Technikach Jaskiniowych. Ja i Adam braliśmy już udział w zawodach w zeszłym roku, natomiast dla Kornela miał to być ten pierwszy raz. Emocji było co niemiara, całą drogę przerzucaliśmy się pomysłami na przejście różnych trudności linowych i dobrymi radami. Kaziu – nasz wieloletni trener i mentor – choć nie zamierzał startować w zawodach, był równie przejęty jak my. Nic dziwnego, przecież jesteśmy jego przyszywanymi wnukami ;)Przygoda zaczęła się właściwie już o 6 rano w sobotę, kiedy to przeraźliwie zaskrzeczał budzik. Najpierw jeden, potem drugi, a potem kot za drzwiami sypialni. Nie było wyjścia, trzeba było zwlec się z łóżka. Budzik do się wyłączyć, ale kota wyłącza się tylko otwarciem drzwi. I tu zaczęły się przedwstępne eliminacje do zawodów w Wojcieszowie – bieg do łazienki, pakowanie plecaka na czas, masowa produkcja grzanek, upychanie jedzenia w torbie i przepychanie się z Adamem w wąskim korytarzu. Uff, tradycyjnie z dziesięciominutowym poślizgiem udało nam się wybiec z domu.
Po około dwugodzinnej jeździe dotarliśmy do Wojcieszowa. Kamieniołom stał w tym samym miejscu, co w zeszłym roku, a polna, mocno wznosząca się droga do niego ponownie pokazała naszemu autu język. Ale nic to, przynajmniej mieliśmy spacer na rozgrzewkę.
Byliśmy przed czasem (niewiarygodne!), organizatorzy dopiero rozstawiali namioty i punkt pierwszej pomocy, ale sznurki na skalnych ścianach już wisiały. Zajęliśmy więc dogodne miejsca obserwacyjne i zaczęliśmy snuć domysły na temat przypuszczalnego przebiegu trasy. Słońce przygrzewało już mocno, ale wówczas jeszcze bardzo nas to cieszyło. Z biegiem czasu kamieniołom zaczął wypełniać się ludźmi: przybywali nowi kibice, a na listę startową zapisywali się kolejni zawodnicy. Ostatecznie nastąpiło nieoficjalne otwarcie imprezy w postaci losowania kolejności startowej. Dla panów przewidziano eliminacje i trasę główną, dla pań – z powodu ogromnej liczby trzech sztuk – tylko tę ostatnią.
Nareszcie się zaczęło. Chłopaki startują parami na równoległych trasach, choć i tak liczy się tylko czas. Najpierw krótki bieg po łące i po niebyt stabilnym piarżysku ostro pod górę. Tu wpięcie w linę i zasuwanie jakiś pięciu metrów do przepinki. Po niej znów dziesięć metrów ostro w gorę i kolejna przepinka, a za nią po paru kolejnych metrach chwila oddechu i przepięcie do zjazdu. I znów przepinki, aż wreszcie wypięcie się z liny i dziki galop w dół do mety. Większości zawodników trasa poszła bardzo sprawnie. Użytkownicy „kostkowców” zaprezentowali efektowne biegi po ścianie, które zdumiewały prędkością pokonywania wysokości. Również zjazdy przypominały te z filmów o komandosach. Doping był różny, jednak dla naszych zawodników nie szczędziliśmy gardeł. W efekcie Adam zajął 8 pozycję, kwalifikując się jednocześnie do finału, a Kornel zdobył wysokie 16 miejsce 🙂
Po krótkim odpoczynku dziewięciu finalistów szykowało się do decydującej walki. Wszyscy w pełnym skupieniu oglądali po raz setny trasę i powtarzali w myślach plan działania. Runda finałowa zaczynała się zworowaniem stumetrowej liny 9 mm i biegiem z worem przez łąkę oraz znanym już piarżyskiem pod górę. Tu następowało wpięcie w linę. Należało przejść przez jedną przepinkę i po kilkunastu metrach czekał już trawers z dwukrotnym przepinaniem. Na jego końcu należało wpiąć linę z dźwiganego wora i zaporęczować zjazd z dwoma przepinkami do otworu jaskini. Tam następowało wpięcie w poręczówkę, porzucenie balastu i galop przez korytarz, a po wybiegnięciu drugim otworem wpięcie do wychodzenia. Po osiągnięciu przepinki zjeżdżało się z powrotem do drugiego otworu, znów po poręczówce do wejścia. Zabranie wora, za którym się wcale nie tęskniło i droga powrotna w górę z reporęczowaniem. Trzeba tu dodać, że pierwsza przepinka wymagała efektownego wahnięcia przy zakładaniu, toteż w drodze powrotnej zwykle powodowała równie widowiskowe wahadło. Po dotarciu do głównego punktu należało zrobić elegancki wycof do podnóża skał jednym ze sposobów „na złodzieja”. Na dole szybkie pakowanie liny do worka i zbieg piarżyskiem do specjalnie przygotowanego tunelu – zacisku, wypełnionego żwirkiem i wodą dla spotęgowania przyjemności podczas przeciskania się. Aby zawodnik nie czuł się samotny i zagubiony pod ziemią, organizatorzy wstawili w dwóch miejscach „stropu” szyby. Po wyczołganiu się z dziury pozostawał tylko szaleńczy podbieg do linii mety.
Obejrzeliśmy występy jeszcze siedmiu zawodników. Zaskakująco wielu zapominało o zlikwidowaniu przepinek podczas reporęczowania! Do tego każdy dorzucał jakiś magiczny patent na pokonanie trasy, co nie pozwalało się nudzić publiczności.Bieg finałowy ma tę specyficzną zaletę, że kolejni startujący oglądają przejście poprzedników i uczą się na ich błędach lub podpatrują patenty. Dlatego ci pierwsi mają zawsze najgorzej. Tak też i było w przypadku Adama. Zawodnik przed nim za wiele nie pokazał, gdyż pomylił trasę i zapomniał zreporęczować założoną wcześniej linę. Co ciekawe, był mocno przekonany, że tak miało być! Nawet zatrzymywany przez sędziów po zejściu z lin z zapałem szykował się do przejścia zacisku. Widzowie mocno się uśmiali z biedaka. Adam wystartował jako drugi. Trasę początkowo pokonywał szybko i bez problemów. Nie zapomniał o zdjęciu liny, ale wcześniej zrobił rzecz brzemienną w skutkach – wyrzucił całą linę z wora pod skały. Publiczność aż jęknęła. Lina mocno zaplątała się w krzaki. Gdy Adam zjechał na dół, sporym problemem okazało się jej ściągnięcie. Sznurek nie dość, że omotał w dziwny sposób zieleń, to jeszcze sam skłębił się w wielkie, koszmarne supły. Sporo czasu i anielskiej cierpliwości wymagało rozplątanie tej wielkiej pajęczyny. W końcu się udało. Lina wylądowała w szpeju i Adam pognał na starcie z zaciskiem. Przymierzył się i zanurkował pod kamieniami. Od głowy do pasa był już gdzieś w środku, ale nogi ciągle wierzgały na zewnątrz. Sytuacja zaczęła wyglądać dramatycznie. Ruchy robaczkowe momentami ustawały, a publiczność zaczęła się nawet martwić, czy aby coś się tam w środku nie stało. Na szczęście Adam wypełzł jakoś z powrotem. Spróbował jeszcze raz wczołgać się w innej pozycji, lecz niestety musiał się poddać. Dziura była na początku bardzo wąziutka i do tego z zakrętem… Z wielkim żalem dotarł do linii mety.
No i nastał wreszcie ten dłuugo wyczekiwany moment – start kobiet. Udało mi się wylosować ostatnie miejsce, miałam zatem okazję podziwiać najpierw zmagania pozostałych dwóch zawodniczek. Pomimo, że wszyscy śmiali się, iż miejsce na podium mamy zapewnione, to rywalizacja była zacięta i podeszłyśmy do sprawy bardzo poważnie. Dziewczyny pokonały trasę sprawniej, niż niektórzy panowie. Zastosowały sprytny patent z zaczepieniem taśmy o trawers, dzięki czemu nie musiały robić wahadła do pierwszej poręczowanej przepinki. Oczywiście pomysł był świetny i postanowiłam go również wykorzystać.
Zmagania dobiegły końca. Zwieńczeniem zawodów był występ chóru gospodyń z Wojcieszowa, po którym nastąpiło oczekiwane przez wielu ogłoszenie wyników. Co było do przewidzenia, zajęłam miejsce na podium 🙂 Drugie.Trzy! Dwa! Jeden! Start! Serce w gardle, a lina już w rękach, ósemka na końcu i szybko do wora. Czynność tyle razy już wykonywana, a nagły głupi impuls i pcham sznurek garściami, bezładnie i nieprzykładnie. Dopiero pod koniec przytomnieję, gdy Sapiech głośno stęka mi do ucha „oj, oj, niedobrze”. Trochę za późno, ale zaczynam już ładnie worować pozostałe kilka metrów liny mamrocząc cicho „mówisz, że to się zemści?” Ostatnie centymetry, dziewiątka, przypinam sobie szpeja i biegiem pod górę. Ależ ten wór ciężki, mocno hamuje mnie na podbiegu. Dopadam liny, przeklęta plątanina lonż! Pierwszy ruch, drugi, masakra, lina za nic nie chce się wybierać i niezbędna jest pomoc drugą ręką. Byle do przepinki. Lonża, croll, płanieta, lonża i znów dymanie, jezu ten odcinek chyba nigdy się nie skończy! Wypluwam płuca, z dołu dobiega donośny doping „dawaj, dawaj”. Tylko co ja mam im dać? I nareszcie trawers. Wdech. Przepięcie raz, dwa, piękny balet po ścianie z przepinaniem i dostrzegam karabinki do poręczowania. Szybko motam drugą dziewiąteczkę, bo tak mi osobisty trener szczęśliwie doradził. Chwila walki z wpięciem w karabinki, bo niefortunnie założone pod trawers, ciężko się do nich dostać. Przepięcie do zjazdu, odgapienie patentu z taśmą, zjeżdżam i jakoś dziwnie ta taśma idzie, nic mnie nie odciąga na bok, oczom nie wierzę – taśma sama wypina się z karabinka! Cholera, trudno, jak z buły to z buły. Jeden wybieg w bok, drugi i… jest, dwa palce wyrywane ze stawu trzymają za karabinek przepinki. Podziękować organizatorom, że samemu tam nie trzeba było karabinka zakładać. Siłą woli dopinam się lonżą, miażdżąc pozostałe tam palce. Nie czas na ból, zakładam przepinkę. Mega ucho przy węźle, ale nie ma czasu, szybko, szybko na dół. I zemsta worowania – lina nie chce wyleźć z wora, uwięzła gdzieś mocno w kłębowisku. Szarpię, ciągnę, w końcu podciągam worek i o dziwo wyplątuję jakoś parę metrów. Druga przepinka na skraju okapu, pokazowe zerwanie shunta pt. „jak rozbić sobie twarz”. Cudem wpycham się w otwór jaskini – lina mocno odciąga i do tego jest lekko pod górę. Poręczówka, z ulgą pozbywam się wora, lonże w dłoń aby się nie zabić po drodze i wypadam na zewnątrz. Znów znienawidzone dyganie do góry na tej przeklętej linie! Uff, na dół, kibice wrzeszczą coś zawzięcie, nawet dzieci jakieś się podłączyły. Chyba muszę być kimś bardzo znanym. Dziura, „nie zapomnij szpeja”, „nie zapomnij zdjąć przepinek”, już niedługo koniec wychodzenia. Wooow, ale super wahadło! Ja chcę jeszcze raz! A racja, trzeba zlikwidować ten bałagan na stanowisku i założyć złodzieja. Jejku, tylko żeby czegoś nie pomylić. Chwilę się motam. No ładnie, shunt wpięty do odcinka drugiej lonży! Jazda na dół, lina ciężko się przesuwa ale jakoś jadę. I znów postój na wygrzebanie splątanego sznurka. Krótka modlitwa do liny, aby udało się wyplątać dostateczną długość. Posłuchała. Przeklęte krzaki, że też musiały wyrosnąć pod samym zjazdem! Ee, teraz… No tak, trzeba się odwiązać, żeby ściągnąć sznurek. Worek na plecy i na złamanie karku po piarżysku w dół. Teraz jeszcze ściągnąć linę, wywalić resztę z wora i rozwiązać węzeł na końcu. Taa, rozwiązać, najpierw trzeba go znaleźć! Na szczęście szybko go dostrzegam. Ledwo zipię, a tłum już żąda, abym pakowała się do dziury! Wdech i wpycham głowę. Wydech, gorąco jak diabli, ciasno, byle jakoś do przodu. Auu, mam żwirek w plecach. O, jakie śmieszne twarze nad szybką. Zaraz się uduszę, jak się stąd szybko nie wyczołgam. Już widać koniec, jeszcze tylko parę pociągnięć. Udało się, meta. Co za ulga!
Najlepsi zawodnicy otrzymali trofeum wraz z odpowiedniego koloru karabinkiem oraz wielkie torby z nagrodami. Miłym akcentem były drobniejsze nagrody dla pozostałych uczestników. Po sesji zdjęciowej w mocnych promieniach chylącego się już słońca wszyscy rozeszli się w radosnych nastrojach. Znaczna część osób brała jeszcze udział w dalszych atrakcjach wieczoru, my natomiast musieliśmy już wracać. Cały dzień na słońcu dał się nam ostro we znaki, spalone twarze i karki mocno piekły. Ogromnie zmęczeni ruszyliśmy w drogę powrotną.
Tegoroczne zawody odbyły się 5 czerwca w Wojcieszowie w kamieniołomie Gruszka.
Organizator: Speleoklub Bobry Żagań
Bohaterowie relacji (lista płac):
Kolejny udany wyjazd szkoleniowy kandydatów na grotołazów z Wrocławia. Tym razem niestety Konar nie mógł prowadzić zajęć, gdyż powódź nie pozwoliła na to, ale w zastępstwie „naszego” instruktora wystąpił Marcin „Szuflada” Krajewski z Krakowa.
W dniach 28-30.05 gościliśmy w rejonach Jury Krakowsko – Częstochowskiej, w których chyba jeszcze nikt z nas nie miał okazji się znaleźć, a mianowicie w pierwszym dniu była to Dolina Będkowska, a w drugim dniu przenieśliśmy się do Doliny Racławki.
Część osób niechcąc wstawać skoro świt w sobotę i ruszać w trzygodzinną podróż, zdecydowała się jechać już w piątek. Podróż była, hmm…… mało przyjemna. Ogólnie panowała ogromna duchota, i każdy tylko marzył aby w końcu dojechać i napić się zimnego piwka. Około godziny 22.30 większości udało się zrealizować marzenia – Marcin pojechał jeszcze po Kasię do Krakowa.
Następnego dnia około godziny 9 przybyła reszta ekipy pod dowództwem niezmiernie cierpliwego i wyrozumiałego kierownika kursu Adama Leksowskiego .
Gdy wszyscy już się „pozbierali”, Szuflada małym monologiem o topografii oraz znaczeniu Doliny Będkowskiej i „Brandysówki” w historii polskiego taternictwa rozpoczął szkolenie.
Po paru minutach dotarliśmy pod bardzo ładną skałę zwaną „Dupą słonia”. Na skale tej spędziliśmy resztę dnia wykonując różne ćwiczenia m.in. podchodzenie, zjazdy, poręczowanie, deporęczowanie. Niestety po tylu dniach niepogody nad małopolską w momencie jak tylko pojawiło się słońce, pod skałą wraz z nami zagościli roznegliżowani do połowy (po co?) wspinacze.
Gdy wszyscy już wypompowali z siebie co tylko mogli albo chcieli udaliśmy się do klimatycznej Brandysówki. Na miejscu okazało się, że Gospodyni tej hacjendy serwuje wyśmienite posiłki. Zainteresowanie kuchnią rosło wykładniczo w czasie. 🙂
Po uzupełnieniu wszystkich węglowodanów przystąpiliśmy do głównej części wieczoru. No właśnie!!! Kasia obchodziła kolejne osiemnaste urodziny, był tort pomysłu Asi i Krystiana i nawet mocniejsze trunki, graliśmy w kości i ogólnie impreza była wesoła i trwała dłuuuugo. :).
Gdzieś pomiędzy zakończeniem imprezy a poranną pobudką pod Brandysówkę dotarła z krakowskiego wesela Agnieszka. Co prawda podróż na nogach z dworca pod „schronisko” upływała jej w stresie, gdyż z braku zasięgu nie mogła się dowiedzieć czy nadal jesteśmy w tej malowniczej dolince, lecz gdy tylko dotarła i oczom jej ukazał się duży zielonkawy samochód z rejestracją ONY rozłożyła karimatke na tarasie i spokojnie zasnęła.
W niedziele udaliśmy się do Doliny Racławki, w której to mieści się Jaskinia Racławicka lub znana pod inną nazwą Jaskinia Grzmiączka. Gdy dotarliśmy pod otwór podzielono nas na dwie grupy i dostaliśmy zadania.
Jaskinia z początku niepozorna ze względu na pochylnie na dnie pierwszej studni zjazdowej lecz dalej dostajemy się nad kilkunastometrową przewieszoną studnie ze świetnymi naciekami. Gdy ją pokonamy i przejdziemy kawałek niskim korytarzem mamy możliwość również poćwiczyć wspinaczkę. Umożliwia ona dostanie się do „Czeskiego korytarza”. Niestety po wyjściu z jaskini niemiło przywitały nas grzmoty a po chwili ulewa w trakcie której przyszło nam się pakować.
Gdy ruszyliśmy już w drogę powrotną zajechaliśmy do restauracji o nazwie „BIDA”. Jak się okazało wcale taka „bida” to tam nie panowała. Chyba wszyscy się zgodzą, że można ten lokal polecić. Obsługa szybka, lokal duży, no i porcje naprawdę ogromne. Napiszę tylko, że nawet Adam i Marcin zaspokoili swoje żołądki, więc te osoby które nie były, mogą sobie wyobrazić jak pokaźne są posiłki.
W wyjeździe udział wzieli:
Marcin „Szuflada” Krajewski- instruktor AKG Kraków
Jak to zwykle w naszym klubie bywa, wszystko zaczęło się od jazdy autostopem…
Złapałyśmy przemiłego pana, gdzieś pod Sobótką, który podwiózł nas na samą przełęcz Tąpadła, doradzając, by nawet nie zaglądać do ośrodka wypoczynkowego w Sulistrowiczkach. Jak to określił, panuje tam „atmosfera PRL-u”. Ośrodek „Mieszko i Jagienka” okazał się ładnie położonym obiektem, niestety w niekończącym się remoncie. Odbiło się to na naszych późniejszych warunkach lokalowych. Decyzja zapadła jednak szybko. Przekonała nas całkiem spora sala.
Świętowanie oficjalnie miało odbyć się w sobotę. Jednak już w piątek przyleciał Armando i całkiem godną ekipą zasiedliśmy przy ognisku. Bawiliśmy się aż po blady świt, mieszając wiele europejskich języków, dopóki nie odpadł Armando. Za szybkie wprowadzenie naszego gościa w stan nieważkości odpowiadają z całą pewnością Bobry w osobach Pigiego i Łysego. Niewiele tej nocy pospaliśmy a nazajutrz czekała nas ciężka praca. Przygotowanie terenu pod kontem zabawy i rekreacji, przystrojenie sali „baletowej”, zajęcie czymś Armanda, by cichaczem przeprowadzić próbę tańca. Już od rana było pod górkę. Poprzedni właściciel nastraszył właścicielkę, reklamując nas jako bandę huśtającą się na żyrandolach. Jak się okazało, temu przemiłemu panu chodziło o któreś tam z kolei speleokonfrontacje, w trakcie których rzeczywiście miały miejsce podobne ekscesy. Potem restauratorka wylewała żale, że używamy sali, w której impreza zaczyna się dopiero wieczorem. Krótko mówiąc, niezła jazda.
Kiedy już padaliśmy za zmęczenia, ociekając potem po nastu próbach tańca, kiedy już wydawało się, że Gocha zawiesi ten ostatni obrazek i skończy wreszcie dekorować… zaczęli zjeżdżać się goście. Miło było popatrzeć na witających się serdecznie grotołajzów ściągających z daleka i z bliska. Miło było wyściskać wszystkich starych dobrych znajomych. Skompresowaliśmy się jak mogliśmy w trzech z czterech obiecanych domkach, rodziny z dziećmi zajęły pokoje hotelowe a Prezes w akcie poświęcenia zabukował już miejsce na tylnym siedzeniu samochodu…
No i się zaczęło… Część powitalną poprowadzili Schab i Stahoo. Poradzilli sobie świetnie mimo braku mikrofonu i dużej ilości bardzo młodej publiczności. Zasadniczo wyż demograficzny zauważalny był gołym okiem a właściwie wychwytywany nieprzywykłym uchem. Dzieciaki najbardziej żywiołowo reagowały na występ taneczny klubowego zespołu specjalnej troski. Największe pochwały zebrał Wiesiek, który powalił dosłownie i w przenośni wszystkich na podłogę nietuzinkowym asobiejedynieznanym układem choreograficznym oraz wysmakowanym strojem stylizowanym na niewiadomoco. Po pseudoasturyjskim występie na cześć Armanda, nastąpiła egzotyczno- andaluzyjska solówka lekko przerażonej Aliny. Jeśli ktoś nie miał tremy, to chyba jedynie Armando, który w podziękowaniu za nadanie mu członkowstwa honorowego nazwał wszystkich braćmi. Na szczęście nie musimy się obawiać. Jest raczej niefotogeniczny, więc z „rodziną” nie będzie dobrze wychodził na zdjęciu.
Po występach artystycznych przyszedł czas na konkurs wiedzy o klubie. W szrankach stanęły zespoły Kasi, Janusza oraz Sebastiana zwanego Żydem. Wszyscy walczyli do końca i można rzec zajadle. Jury w składzie Gocha, Maślanka, Marta, Stahoo, Koń przyznało punkty i nagrodziło zwycięzców. W trakcie imprezy można było wyginać śmiało ciało w parku linowym przygotowanym przez Adama, Kasię, Olafa i Krychę oraz degustować kiełbaski nad którymi czuwał Krzysiek. Kiedy zaczęła się dyskoteka, wszystkim ostatecznie puściły zawory bezpieczeństwa, zwłaszcza DJ-owi, który z przyczyn fizjologicznych opuścił stanowisko pracy. Niezapomniany pozostanie występ akrobatyczny Browara, dzięki któremu właścicielka nie musiała nazajutrz polerować podłogi, a który to, jako niezrównany artysta estradowy, ma drogę otwartą do naszego klubowego zespołu pieśni i tańca . Na wszystko patrzył z dużą dozą zaniepokojenia Miguel, oszczędnie odmierzając kroki i koncentrując się, by nie wejść na nasze trajektorie lotów. Tego dnia miał urodziny , których niewątpliwie nie zapomni, zawłaszcza wkładając czarno-czerwone kalosze z logo naszego klubu.
Nie mam pojęcia jak przybiegała reszta dyskoteki, gdyż zwalona chorobą ewakuowałam się na tzw. glebę piętro wyżej. Mam wszelkie powody przypuszczać, że do końca było żywiołowo, intensywnie I BARDZO GŁOŚNO, gdyż z wyżej wymienionych powodów nikt w pokoju nie mógł zmrużyć oka. Leżąc piętro wyżej uczestniczyliśmy w zabawie niemalże fizycznie.
Rankiem wspaniałe i nieocenione dziewczyny: Marta, Maślanka i Bielawny ogarnęły cały ten bajzel i przygotowały w jednym z domków śniadaniowy szwedzki stół. Potem mieliśmy troszkę czasu, by porozmawiać spokojnie, pojść na spacer z dawno niewidzianymi znajomymi. Gdy rozstania nadszedł czas Lisowice i spółka zgarnęły Armanda i Miguela a my ze smutkiem rozjechaliśmy się we wszystkie strony tego, jak się okazuje, małego świata.
Ja tam byłam, co było to piłam, a co zobaczyłam, z grubsza Wam streściłam. I żyli długo i szczęśliwie, po to, by spotkać się ponownie…
Podziękowania ogromne:
Wszystko zaczęło się 3 października, kiedy to wyruszyli z trzech miast wrocławscy grotołazi. Kursanci ze sprzętem wyjechali z Wrocławia, Krzysiu – Doktorek z Opola zabierając mnie Konara z Piekar. Wszyscy spotkaliśmy się w Zatorze, gdzie udaliśmy się na kebab. Dalej pojechaliśmy już w innej konfiguracji – Karol ze Sławkiem ze względu na ciasnoty w Golfie przesiedli się do Kugi Doktorka. Po drodze doszła do nas wiadomość, że Polki niestety przegrały w walce o finał.
Po przyjeździe i rozpakowaniu spotkaliśmy się z poznaniakami. Melon wraz z Wojtkiem prowadzili kurs dla WKTJ. Wieczorem ustaliliśmy, że Wojtek ze swoją grupą pójdzie na Stare dno w Marmurowej a my pójdziemy na Nowe dno.
Na podejściu szło nam bardzo sprawnie a każdy postój przeznaczaliśmy na poznawanie topografii Doliny Miętusiej i północnej części Doliny Kościeliskiej. Pod otworem spotkaliśmy się z grupą Wojtka, która przepuściła nas i mogliśmy zacząć naszą przygodę z Marmurową. Na dół udało nam się zjechać szybko a do góry Studnia Kandydata też nie sprawiła nam problemów. W Sali Deszczu ponownie spotkaliśmy się z grupą Wojtka i na zmianę wychodziliśmy na powierzchnię. Udało nam się jeszcze wyjść za dnia i nawet dojść na bazę za dnia. Na Piecu powtórzyliśmy jeszcze topografię i schodziliśmy do czekającego na bazie Kuby.
Rano następnego dnia pogoda trochę nie wyraźna, ale popołudniu nastąpiła zdecydowana poprawa i co niektórzy mieli szansę obejrzeć piękny zachód słońca. Wyjście do Wielkiej Litworowej rozpoczęliśmy o 7 rano, aby wrócić o wczesnej porze na bazę. Po drodze znów na postojach omawialiśmy sobie topografię, ale tym razem zachodnie zboczę Miętusiej. Zimny wiatr sprawił, że musieliśmy podchodzić ubrani w kurtki, ale na szczęście na szlaku było sucho i nie ślisko co optymistycznie nastawiało na powrót. W jaskini szybko uporaliśmy się ze zjazdem do Sali pod Płytowcem. Sławek, który dzień wcześniej poręczował Studnię Kandydata tym razem poręczował trawers Studni Flacha. Jaskinia zrobiła duże wrażenie na wszystkich.
W drodze powrotnej zrodził się pomysł odpoczynku następnego dnia, dlatego udaliśmy się na krótką akcję do Kasprowych. Rano dojechał do nas jeszcze Dawid (na jeden dzień) i już w 8 osób pojechaliśmy do Kuźnic. Jak było przez poprzednie dwa dni i tego dnia głównym tematem na podejściu była topografia. Zaczęliśmy od Kasprowej Wyżniej a później zjeżdżaliśmy na powierzchni pod Kasprową Pośrednią. Przy robieniu wycofu doszło do strącenia dużej wanty, która wprowadziła duże zamieszanie. Na szczęście nikt nie został trafiony, oprócz plecaka, który piarżyskiem spadł do doliny. Jako, że godzina była już późna a chcieliśmy zjeść pierwszy prawdziwy obiad od początku obozu podjęliśmy decyzję o powrocie. Maciek, którego plecak spadł czekał na nas w dole, gdy tymczasem Krzyśkowi przy przebieraniu się także spadł plecak w to samo miejsce co Maćkowi.
Kiedy zeszliśmy do Kuźnic zaczął padać deszcz. Na obiad pojechaliśmy do Ziemby i wszyscy najedli się do syta frytkami spadolini, schabowym i surówką.
Według prognozy pogoda miała się popsuć od piątku dlatego w środę rano wyruszyliśmy na trawers Czarnej (od południowego do północnego otworu). Cała jaskinia została wywspinana przez kurs. Akcja była szybka i sprawna. Po wyjściu na powierzchnię było bardzo ciepło i przyjemnie, aż miło się wracało na bazę.
Na koniec padła jaskinia Śnieżna do dna Wielkiej Studni. Na podejściu w porównaniu z pierwszym dniem było już widać zmęczenie. Rura i Lodospad bardzo mnie zaskoczyły. Rury już nie ma a jest raczej szczelina a Lodospad też w dużej mierze nie istnieje, co odsłoniło bardzo dużo śmieci (bynajmniej nie po pierwszych odkrywcach). Wracaliśmy już bardzo wolno, bo Krzysiek i Sławek po tak intensywnym kursie doznali otarć na nogach. Żeby nie wracać tą samą drogą co rano zeszliśmy Doliną Małej Łąki do końca i Drogą pod Reglami wróciliśmy do Kir.
Wieczorem jeszcze była część nieoficjalna i w piątek pojechaliśmy do domu.
W obozie udział wzięli: Michał Konarski, Krzysztof Kubis, Karol Kurpanik, Kuba Nietubyć, Sławek Skarba, Krzysztof Tomsza, Maciej Wajda
Kalendarium wyjazdu:
Zobacz też relację SMS.